Pociągiem z nieba do piekła

Pociągiem z nieba do piekła

Jako pasażer PKP na legendarnym odcinku Tarnów–Stróże-Nowy Sącz przeżyłem w ostatnich dniach podróż z nieba do piekła.

Kiedy w poniedziałek kierowcy ślizgali się po zaśnieżonych i oblodzonych drogach Sądecczyzny, stresując się czy cało i zdrowo dotrą do pracy, ja – wraz z setkami innych pasażerów – delektowałem się absolutnym komfortem dojeżdżania do Nowego Sącza pociągiem. Pomijając fakt, że pojazd produkcji Newagu mknąc bezszmerowo myśli za mnie, naprowadzając co do minuty do celu podróży, to jeszcze budowniczowie trasy blisko 150 lat temu pomyśleli, żebyśmy mieli najpiękniejsze widoki za oknem. No i absolutnie nie przeszkadzały nam śnieżne zaspy ciągnące się po horyzont.

Z kolei kurs powrotny w porze, kiedy sądeckie firmy kończą pracę, to niemal stuprocentowa frekwencja w pociągu. Jeszcze kilka osób i byłoby jak za dawnych dobrych czasów, kiedy z braku miejsc siedzących niektórzy musieli stać całą drogę. I to było jasna strona torów.

Dodać oczywiście należy, że taki luksus wrócił po dłuższej przerwie, kiedy wspomniana linia kolejowa była wyłączona z eksploatacji, a wzdłuż torów sunęły zastępcze autobusy widma przewożące powietrze. Radość nie trwała długo. Właśnie na łamach dts24 PKP Polskie Linie Kolejowe poinformowały, że… niebawem znowu zamkną tory, bo muszą „zapewnić sprawność trasy i bezpieczeństwo”.

Tym razem przerwa ma potrwać dłużej. Kto zatem zuchwale planował, że porannym pociągiem na wiosnę wyskoczy w góry, albo do cioci na imieniny, ten niech już zaplanuje inną formę spędzania wolnego czasu. No i formułę wspomnianej podróży do pracy oczywiście również. Wszystko co dobre szybko się kończy, bo jak śpiewała znana artystka: nic nie może przecież wiecznie trwać. Nawet luksus jeżdżenia pociągiem.

Share on twitter
Share on facebook