Pannonica - najlepszy festiwal world music na świecie

Rozmowa z Wojciechem Knapikiem - dyrektorem Centrum Kultury Sokół im. Ady Sari w Starym Sączu, pomysłodawcą i organizatorem Festiwalu Pannonica

- Piękną cenzurkę wystawił Pannonice Maciej Szajkowski, twierdząc, że ten festiwal jest jak doktor Judym, który oświeca ludzi w kwestii muzyki, pokazując ciekawą alternatywę. Jako „sprawca” Pannoniki czuje się Pan takim dr. Judymem?

GoldenEgo

- Trochę tak. W swoim szeroko komentowanym tekście Maciej kreśli dość przygnębiający obraz kultury na polskiej prowincji. I ja niestety, mieszkając i pracując na Sądecczyźnie, muszę się z nim zgodzić. Maciej jest zresztą w swoich sądach naprawdę obiektywny, bo koncertując z „Kapelą ze Wsi Warszawa” co roku przemierza nasz kraj wzdłuż i wszerz. Nie można więc jego zdania traktować jako protekcjonalnej opinii przedstawiciela tzw. „warszawki”. Dla mnie Judymami są wszyscy organizatorzy i animatorzy, którzy nie godzą się na kulturalną bylejakość na tzw. „prowincji” i nie boją się iść pod prąd. Bo przecież najłatwiej zrobić jest przysłowiowe Święto Buraka z koncertem popularnej gwiazdy, która ściągnie na rynek czy centralny plac miasta „rozentuzjazmowaną publikę”. A publika ta z pewnością odwdzięczy się przy najbliższych wyborach głosami dla tak świetnego włodarza, który taki wspaniały koncert i rzecz jasna darmowy zorganizował.

Inna rzecz i powiem to z naciskiem: największymi szkodnikami dla kultury zwłaszcza na prowincji są różnej maści decydenci (nie muszę ich wymieniać, bo wiemy o kogo chodzi), którzy „załatwiają” pieniądze na bezpłatne eventy kulturalne, które finansują np. koncerty popularnych gwiazd. Są to nie tylko zmarnowane pieniądze publiczne, bo gwiazdy te bez problemu bez żadnej ich pomocy są zdolne otrzymywać się z grania biletowanych koncertów. Ale największą ofiarą tych działań są owe społeczności lokalne, które szufladkowane są w ten sposób jako zacofane, nieprzygotowane czy wręcz niezdolne do aktywnego uczestnictwa w kulturze inaczej jak tylko poprzez udział w dotowanych bezpłatnych koncertach i festynach. O ile misją edukatorów i animatorów kultury niosących kaganek oświaty na prowincji jest nauczeniu ludzi świadomego i aktywnego uczestnictwa w kulturze oraz zwiększanie wydatków na kulturę w budżetach gospodarstw domowych, to politycy i owi Świeci Mikołaje robią coś zupełnie odwrotnego i oduczają ludzi najbardziej pożądanych nawyków. Przy czym są z siebie niezwykle dumni i przekonani, że robią coś dobrego. Naprawdę o wiele lepszym pomysłem na kulturalną aktywizację Polski "gminnej" jest wspieranie zespołów regionalnych czy orkiestr. Natomiast bezpłatne masowe eventy tak naprawdę degenerują życie kulturalne na prowincji i pogłębiają przepaść jaka
dzieli ją od aglomeracji i miast dysponujących ofertą kulturalną na przyzwoitym poziomie. W mieście albo gminie, gdzie mieszkańcy pogodzili się z tym, że za kulturę tak samo jak za jedzenie czy ubranie czy dostęp do Internetu "się płaci" można realizować najbardziej innowacyjne inicjatywy kulturalne oraz prezentować ciekawe alternatywne odmiany sztuki spoza głównego nurtu albo zapraszać niemal dowolnych, również topowych artystów nie tylko z Polski ale i ze świata. I nie jest się już w swoich aspiracjach zdanym na niczyją łaskę, czyli... jest się człowiekiem wolnym. Tylko, czy politykom chodzi o to byśmy byli wolni?

- Muzyka etniczna, bałkańska jest w stanie wyprzeć disco-polo?
- Nigdy nie liczyłem, że tak się stanie. Zwłaszcza, że disco polo zdaje się być aktualnie ulubionym nurtem polityków i speców od politycznej propagandy. Wypełnia coraz odważniej ramówkę telewizji, która zwykła o sobie mówić „publiczna”. W erze Kurskiego serwowana jest już nie tylko widzom TVP w sylwestrowy wieczór, ale przez całe lato koncertuje po całej Polsce po Polsce w ramach gigantycznej trasy promocyjnej "Lato. Muzyka, Zabawa" finansowanej przez TVP2. Ktoś uznał, że prawomyślnym celem polityki kulturalnej ma być teraz rozpieszczanie suwerena za pomocą dźwięków disco-polo.
Wracając do pytania, bałkańska muzyka etniczna była i raczej pozostanie niszą. Jeśli zgodzić się, że historia muzyki przypomina sinusoidę, to możliwe, że czeka nas jeszcze niejeden powrót do mody na muzykę jaką prezentujemy na Pannonice, ale raczej nie spodziewam się, że w sposób powszechny zawładnie ona sercami Polaków i co przełoży się np. na zasięgi przekraczające 100 mln wyświetleń na YouTubie, jak w przypadku discopolowych hitów.

- Maciej Szajkowski, chwaląc Pannonikę, mówi też: „wydarzenia takie, jak Pannonica Festival są genialną realizacją fundamentalnych założeń sceny folkowej, czyli pozytywnego nastawienia do świata, afirmacji tolerancji oraz wzajemnej życzliwości”. Jak się to udaje osiągnąć? Przecież na festiwal przyjeżdżają różni ludzie…

- Na nasz festiwal prawie nie przyjeżdżają przypadkowi ludzie. Cała idea tego festiwalu, pomysł, który stał się jego fundamentem, od początku zakładał, że nasz festiwal nie jest dla ludzi, którzy powiedzmy w czwartkowy wieczór szukają pomysłu „jak by tu fajnie spędzić weekend”. Dla dużej części wytrawnych „pannonikowiczów” Festiwal Pannonica to najważniejsze wydarzenie kulturalne w ich kalendarzu, na które przygotowują się wiele miesięcy. Na samym początku założyliśmy, że spróbujemy z naszym pomysłem trafić do autentycznych fanów bałkańskiego brassowego grania. Wiedzieliśmy, że w okolicy Nowego Sącza pewnie nie ma ich zbyt dużo, ale w 37 milionowym kraju parę, a optymistycznie to może i kilkadziesiąt tysięcy takich ludzi pewno uda się znaleźć. Intuicyjnie przeczuwaliśmy, że jeśli zaproponujemy festiwal jakiego nie ma Polsce, skrojony pod ich gusta, to „w podskokach” przejadą przez całą Polskie i dotrą na południowe jej rubieże, żeby wziąć udział w takim wydarzeniu.

Kolejny efekt, którego nieskromnie mówiąc również spodziewaliśmy sie jest taki, że Ci ludzie, którzy w Barcicach "na własne potrzeby" odkryją naprawdę unikalny festiwal z atmosferą jakiej nie ma nigdzie indziej,
z czasem zechcą zaprosić na festiwal również niektórych, trochę podobnych do siebie swoich znajomych i przyjaciół, których podejrzewają że barcicki festiwal może zauroczyć tak samo jak ich samych. Nie zarekomendują go przecież miłośnikom ciężkiego grania, czy fanom technologicznych błyskotek. Myślę, że już po pierwszej obecności na Pannonice, każdy dość precyzyjnie sam potrafi zdiagnozować, którzy z jego znajomych mogą zachwycić się tym miejscem, a kogo Pannonika po prostu znudzi. Stąd z roku na rok przybywa na naszym festiwalu nowych festiwalowiczów, których wspólną cechą jest właśnie owo pozytywne nastawienie do świata, otwartość, tolerancja, życzliwość.

Ten mechanizm to takie "pannonikowe perpetum mobile". Zauważyliśmy to od samego początku, i pozwoliło nam to niemal zupełnie zrezygnować z kosztownych kampanii reklamowych. Nasz festiwal rozwija się samoistnie.
A ludzie, którzy niespecjalnie czuliby się u nas, najczęściej do tej pory po prostu nie słyszeli o Pannonice. I niech tak zostanie, niech to będzie wydarzenie w jakimś stopniu elitarne, przez to że organizowane jakby „dla wtajemniczonych”. Mówię „jakby” w cudzysłowie, bo nie stwarzamy żadnych barier i na nasz festiwal może wejść każdy, co najwyżej nie każdy natknie się w prosty sposób na informacje na jego temat. Dlatego od kilku lat nie dajemy podczas festiwalu żadnych strzałek-drogowskazów, które mogłyby do nas skierować przypadkowego widza, a większość (ponad 80 proc.) biletów i karnetów sprzedajemy z dużym wyprzedzeniem w przedsprzedaży.

- Fenomenem jest to, że ludzie przyjeżdżają na Pannonikę, nie na koncert zespołu X czy Y, ale właśnie na Pannonikę jako taką. To chyba coś, o czym giganci, wydający pieniądze na przyciągające publiczność gwiazdy, mogą tylko marzyć?

- Tak właśnie jest! Od wielu lat najwięcej karnetów na kolejną edycje sprzedaje się w ramach specjalnej promocji, która trwa tylko trzy dni, zaraz gdy tylko uruchamiamy przedsprzedaż na następny rok. Jest to z reguły jeszcze we wrześniu i oczywiście nie są wtedy znane żadne konkrety, w tym ten najważniejszy, czyli kto zagra na przyszłorocznej Pannonice, a więc rzecz wydawałoby się najważniejsza. To dla nas jest chyba najlepsza nagroda i podziękowanie za to, co robimy. Rzeczywiście inne, często dużo większe festiwale, mogą o tym tylko pomarzyć. A inni chyba po prostu nie bardzo wierzą nam, gdy z dumą podkreślamy, jak bardzo przywiązaną i ufająca nam wręcz bezgranicznie mamy publiczność.

- Po 6 latach „ubogi” festiwal pozwala sobie jednak na gwiazdę – Gorana Bregovića. To na pewno jest sporym magnesem, ale czy nie zagrożeniem, że festiwal przestanie być kameralny?

- O tym jak doszło do zaproszenia Bregovića, można by dużo mówić. Ja powiem krótko: obecność Gorana Bregovića na Pannonice jest czymś zupełnie naturalnym i programowo absolutnie uzasadnionym. W pewnym sensie stanowi ukoronowanie naszych wieloletnich aspiracji, bo jest to najdroższy, a w każdym razie jeden z najbardziej ceniących się reprezentantów gatunku, a przy tym (i to było dla nas kluczowe), jego prawdziwa ikona. Nie traktujemy Bregovića jak magnesu, który pomoże nam sprzedać określoną liczbę biletów, tylko jako swoją powinność w stosunku do naszej publiczności, która na ten koncert cierpliwie czekała przez 7 długich lat. Czy jest to wydarzenie w dalszym ciągu kameralne? Według nas tak! A to dzięki odpowiedniemu zorganizowaniu wioski festiwalowej i infrastruktury festiwalowej, którą co roku od nowa budujemy w Barcicach, „w krzakach nad Popradem”. Obawy że festiwal może przestać być kameralny pojawiają się od samego początku i były podnoszone zarówno przy 500 uczestnikach, jak i przy 5000. Od samego początku zarządzanie wielkością naszego festiwalu było i nadal jest jednym z najtrudniejszych zadań. W naszej opinii, i również zdaniem większości uczestników, udawało nam się to do tej pory, więc zakładamy, że uda nam się również i w tym roku. A jak będzie rzeczywiście to się okaże podczas festiwalu. Zresztą zdecydowanie lepiej sprawdzić to samemu, niż polegać wyłącznie na opinii innych.
Mamy precyzyjnie obliczoną pojemność naszej wioski festiwalowej i wiemy, ile biletów możemy przeznaczyć do sprzedaży. Nigdy dotąd założonego limitu nie przekraczaliśmy i tak samo będzie w tym roku.
Jeśli na nasz festiwal zdecyduje się przyjechać nagle 15000 osób, to po prostu połowa z nich odejdzie z kwitkiem. Zresztą w przeszłości już dwukrotnie zdarzało się, że w kasie podczas Pannoniki zabrakło biletów.

- W Barcicach, w cieniu marketingowych kolosów, jak napisał „Przekrój”, pod koniec sierpnia będzie… „ogień nie muzyka”?
- Będzie! Wszyscy wtajemniczeni wiedzą, że Pannonica to „Ogieeeń, nie muzyka!”. Niedawno udzielałem wywiadu dla serbskiego magazynu muzycznego, który próbował swoim czytelnikom przybliżyć fenomen naszego festiwalu. Wywiad ukazał się właśnie pod takim tytułem. Po serbsku to brzmi równie dobrze: „Pannonica, vatra nie muzika!”. Bardzo cieszy nas wyróżnienie ze strony kwartalnika „Przekrój”, który zaliczył nasz festiwal do grona festiwali godnych polecenia, ale też warto zauważyć, że tych wyróżnień czy rekomendacji dla Pannoniki ostatnio przybywa: „5 Najlepszych Festiwali Muzycznych dla kobiet” od Woman Magazine.pl czy „3 najlepsze NIEkomercyjne festiwale letnie w Polsce!” od Opencallmag.com. Prawdziwym powodem do dumy jest zaliczenie barcickiego festiwalu do grona najlepszych festiwali world music na świecie (!) przez brytyjski opiniotwórczy Songlines Magazine. Taki zaszczyt spotkał nas w tym roku po raz pierwszy! I pomyśleć, że wszystko to pod nosem, w Barcicach nad Popradem, mniej jak 15 km od Nowego Sącza.

 

WIŚNIAMAŁALIP

Wypowiedz się w tej sprawie