Informacje o tym, że ktoś powędrował na drugą stronę doczesności zaczynają się często od okolicznika: „po długiej i wyczerpującej chorobie… odszedł/odeszła…”. Informacja, którą dziś mam Wam do przekazania też się tak zaczyna, a zwracam na to szczególną uwagę, bo dalej jest coś bardzo ważnego, co może dotyczyć każdego z Was. Po długiej i wyczerpującej chorobie odeszła moja mama, Zofia.
Jej choroba trwała kilkadziesiąt lat. Przynajmniej sześćdziesiąt. Mama, której jedną z cech rozpoznawczych był upór w pomaganiu innym albo w siłowaniu się z systemem kiedy zauważała, że system zapomina o człowieku, uparcie chorowała przez kilkadziesiąt lat swojego życia i kategorycznie odmawiała leczenia.
Depresja pojawiła się gdy była jeszcze nastoletnim dzieckiem, które zbyt wcześnie musiało dorosnąć. Tato w bitwie pod Iłżą trafił do niewoli, z której wrócił dopiero po wojnie. Było bez niego ciężko, tym bardziej, że mama małej Zosi hołdowała zasadzie: zimny chów kształtuje charakter. W jej rodzinnym domu nie było dla dzieci ciepłych słów, nie było przytulasów na dobranoc, był za to pas. Czasem pas na zapas. Do tamtego domu nie wracało się po dobre słowa, tylko po krytykę, reprymendę, czasem – po poniżanie, innym razem – po karę cielesną nawet za to, co było tylko cieniem podejrzenia rodzica, nie faktem. W takim „inkubatorze” smutki i lęki rosną jak szalone, a poczucie własnej wartości kurczy się do rozmiarów atomu.
Znała tę zależność doskonale i dokonała czegoś genialnego: sama będąc mamą przełamała schemat, który pojawił się w jej rodzinnym domu prawdopodobnie jako scheda pozostawiana z pokolenia na pokolenie. Nigdy nie uderzyła dziecka. Wręcz przeciwnie: przytuliłaby cały świat gdyby mogła go objąć i wszystkie dzieci na świecie.
Ale to, czego doświadczyła sama będąc dzieckiem, zostawiło w niej trwały ślad, jak tatuaż na duszy: smutek i lęk.
Choć umiała cieszyć się drobiazgami: dedykacją na książce, laurką od wnuka, jednak zawsze dźwigała wewnętrzny smutek i przekonania, że świat jest groźny, ludzie często też i że jeśli ona – Zośka – nie da z siebie wszystkiego, co dać może – z pewnością zdarzy się jakaś katastrofa. Próbowała uparcie ratować i swój świat i resztę świata, dźwigając już nie tylko epizod depresji, ale przewlekłą dystymię – ten stały, sączący się w tle smutek i lęk przed wszystkim co może się zdarzyć. Próbowała ratować, ale zawsze po swojemu. Zewnętrznie – turbo-odważna gotowa bić się na pięści o wszystko, co dla niej było ważne, wewnętrznie drżąca jak liść na wietrze, który boi się, że jeśli nie stawi oporu podmuchom, to wiatr powali całe drzewo.
Przez kilkadziesiąt lat nie pozwoliła zaprowadzić się do lekarza, bo nie dała się przekonać, że na depresję współczesna medycyna ma skuteczne sposoby. – Nie róbcie ze mnie wariatki – ucinała, gdy ktoś próbował ją przekonać. Nie chciała nawet słuchać, że przewlekły smutek to choroba, którą trzeba leczyć jak raka: konsekwentnie i sięgając do dorobku nauki. Że wariactwem jest coś przeciwnego: dźwigać go uparcie. A długo dźwigany smutek rozkręca się, szczególnie w tańcu z lękiem.
Nie chciała słuchać o antydepresantach nawet wtedy, gdy po śmierci ojca jej codzienność nabrała trwale szarych barw, które zdominowały jej obraz świata już do końca życia po tej stronie a lęk stawał się dyrygentem w jej głowie, który sięga tylko po partytury w minorowych tonacjach. Mając 20 lat jeździła ze swoim smutkiem jak szalona na motorze. Mając 80 – bała się gdy ktoś wychodził z domu po zmroku i nawet wśród ludzi czuła się samotna.
Depresja nie zawsze wygląda jak w filmach. Czasem to długie, szare dni, poczucie winy, lęk o wszystko i przekonanie, że nie można już nic zmienić. Nie zaufała, że można. A my nie znaleźliśmy sposobu, aby ją przekonać.
Żyła pięknie. A mogła żyć pięknie i z pogodą ducha, gdyby przyjęła nadzieję, że choroba, którą dźwiga to nie wyrok a przede wszystkim – nie powód do wstydu.
Odeszła po cichu. We śnie. Lekko. Odkąd jest tam, gdzie już nie ma czego się bać i tam gdzie wszystkich można przytulić, nie opuszcza mnie myśl, która brzmi jak szept z zaświatów: napisz im, powiedz im, że mogą być zdrowi, że do lekarza marsz, bo szkoda każdego dnia spędzonego z tym ponurym dyrygentem w głowie.
Jeśli coś z tej historii brzmi znajomo, nie bój się szukać pomocy. Dla siebie, dla bliskich. Zasługujesz na życie bez lęku, który paraliżuje i bez smutku, który zabiera światu kolory.
Niech to nie będzie tylko opowieść o końcu, ale o możliwości nowego początku dla tych, którzy jeszcze mogą powiedzieć: czas na ulgę.

Dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli nam w bardzo trudnym czasie jej ostatnich miesięcy dodając otuchy i przypominając, że trzeba oddychać.
Pożegnanie Zofii – 3 lutego 2026 roku (wtorek) o godz. 14 w kaplicy przy ul. Śniadeckich w Nowym Sączu.


























































































































































































































