Nowy Sącz. Szpitalny Oddział Ratunkowy. Miejsce, gdzie raczej nikt, może z wyjątkiem personelu, nie chce być. Ale czasem życie napisze taki scenariusz, że być trzeba. Bycie na SOR boli. Prawie zawsze. Czasem boli ciało. Czasem boli coś więcej niż ciało – ta niedookreślona żadną definicją przestrzeń, w której pojawia się lęk. Lęk zniewala w pakiecie umysł i ciało. Czasem krzyczy: umierasz! Nawet jeśli w terminarzu umierania, który Pani Śmierć nosi w swojej aktówce, nie ma jeszcze śladu po Twoich danych. Pewnego letniego dnia lęk krzyknął w ten sposób do Basi. Młodej, dzielnej dziewczyny, która w Nowym Sączu była na wakacjach. Przekonana, że umiera, trafiła na SOR tego samego dnia, gdy musiałam pojawić się tam, aby towarzyszyć człowiekowi, który przyjechał tutaj z podejrzeniem udaru niedokrwiennego mózgu.
Szybki triaż. Zdziwienie, że tylko pół godziny. I znalazłam się w korytarzu, na którym kilku pacjentów czeka na lekarskie oględziny. Około 10-letni chłopiec skulony w pozycji embrionalnej z potężnymi nudnościami, śpiąca seniorka, dwóch panów w średnim wieku, którzy, cierpiąc, drzemią znużeni oczekiwaniem i młoda dziewczyna posadzona na wózku inwalidzkim, która cała się trzęsie.
Każdemu z pacjentów ktoś towarzyszy. Ale tylko jeden ktoś. Na więcej „ktosiów” przy chorych szpital nie pozwala. Wszyscy ludzie towarzyszący chorym muszą stać. Na to, żeby mogli usiąść, czekając przez kilka godzin na wezwanie do gabinetu lekarza, szpital również nie pozwala. To korytarz bez krzeseł.
Basia jest sama. W pewnym momencie cicho prosi, żeby zawołać pielęgniarkę. Pukam do pierwszych z brzegu drzwi i proszę pielęgniarkę, aby wyszła na korytarz, bo ktoś potrzebuje tutaj pomocy. Wychodzi. Chcąc nie chcąc, słyszę jej rozmowę z dziewczyną na wózku.
– Boję się tego, co się ze mną dzieje. Bardzo źle się czuję. Czy mogłabym prosić o rozmowę z psychologiem? – pyta dziewczyna.
– To możliwe, ale trzeba poczekać. Może dwie, może trzy godziny. Proszę spokojnie czekać – pielęgniarka jest grzeczna, ale problemu nie rozwiązuje. Odchodzi, zostawiając dziewczynę w stanie, który znam z doświadczeń wielu moich pacjentów. To atak paniki. Stan, w którym lęk tak głośno krzyczy: „zaraz umrzesz!”, że ani ciało, ani mózg nie chcą współpracować. Człowiekiem zarządza emocja. Siadam na podłodze koło dziewczyny i mówię to, co czuję, że powinnam powiedzieć:
– Słyszałam, że chciałaś rozmawiać z psychologiem i że trzeba na to długo czekać… Jestem psychologiem, choć nie jestem tutaj jako psycholog. Ale jeśli mogę w czymś pomóc, to śmiało: możemy razem zastanowić się, co można zrobić, żebyś poczuła się lepiej.
Basia, na początku nieśmiało i niepewnie, później coraz odważniej – opowiada. Od kilku lat chodzi od psychologa do lekarza i od lekarza do psychologa, aby uwolnić się od zaburzeń lękowych z atakami paniki. Mówi o nich tak, jak się utarło w potocznej mowie: „nerwica”, choć to określenie bywa mylące, bo kojarzy się ze zdenerwowaniem. A tutaj pierwsze skrzypce gra lęk. Koszmarny, obezwładniający lęk, który odbiera resztki sił.
Basia brała leki, ale jak mówi – średnio pomagały. Jest stałą bywalczynią szpitalnych oddziałów ratunkowych, na które trafia zawsze w podobnych okolicznościach: wydaje jej się, że zaraz umrze, że to co przeżywa, to preludium zawału, albo czegoś jeszcze gorszego. Z badań, które dotąd wykonano, nie wynika, aby jej stan miał podłoże związane z jakąś chorobą ciała. Cierpi. Bardzo. Lęk jest paraliżujący. Nie jest w stanie wstać. Nawet mówić jej trudno.
Mimo wszystko próbujemy rozmawiać. Opowiadam jej o tym, że mózg po odpaleniu jakiegoś jawnego lub ukrytego wyzwalacza „alarmu” wchodzi w rolę scenarzysty horrorów i nakręca tak nieprawdopodobne interpretacje tego, co się z nami dzieje, że objawy robią się coraz bardziej trudne do zniesienia. Mówię o tym, że unikanie i zabezpieczanie się przed tymi doświadczeniami zakorzenia i wzmacnia lęk. O tym, że przed lękiem nie warto uciekać, że można i warto próbować pobyć sobie z nim z akceptacją, bo przecież on próbuje chronić nasze życie. Że zawsze można z nim ponegocjować.
Jest takie ćwiczenie, które w stanie silnego lęku często robi dobrą robotę. Trzeba wyobrazić sobie trzy pary okularów. Czarne – przez które „widać” w wyobraźni najbardziej koszmarny scenariusz, jaki mózg potrafi wymyśleć, różowe – przez które widać to, co może zdarzyć się w najlepszym ze scenariuszy i neutralne, które „ubieramy” na końcu i zastanawiamy się, jaki bieg wydarzeń zdroworozsądkowo jest najbardziej prawdopodobny. Zastanawiamy się z Basią nad ciemnymi okularami. Pytam, co najstraszniejszego może się zdarzyć…
W tym momencie z jednej z sal wychodzi kobieta w szpitalnym uniformie. Patrzy na mnie, marszcząc brwi i mówi:
– Proszę wstać. Nie wolno siedzieć na podłodze!
Basia siedzi na wózku inwalidzkim. Głupio się rozmawia, patrząc na kogoś z góry, więc nie mam ochoty spełniać polecenia pani w szpitalnym uniformie.
Pytam:
– Jest jakiś kodeks, który zabrania siedzenia na podłodze, nawet gdy człowiek zmęczył się dwugodzinnym staniem, albo po prostu chce porozmawiać, nie patrząc na drugiego człowieka z góry?
Kobieta nie odpowiada. Nie interesując się ani kontekstem mojego siedzenia na podłodze, ani tym co dolega Basi, powtarza chłodnym rozkazującym tonem:
– Nie wolno siedzieć na podłodze. Tu są kamery! Zawsze można stąd wyjść i usiąść sobie gdzie indziej.
Patrzę na Basię porozumiewawczo, mrugam okiem i mówię:
– Mam pomysł na czarny scenariusz. Nie wstaję z podłogi. Jak widzisz – siedzę mimo rozkazu tej pani. I rozmawiamy sobie jak gdyby nigdy nic… A teraz wyobraź sobie, że ta pani, widząc że jej nie posłuchałam, idzie po ochronę. Przychodzi tu pięciu ochroniarzy, zakuwają mnie w kajdanki, prowadzą do celi. Ciebie też: za współudział. Siedzimy sobie w areszcie, przychodzi prokurator i za siedzenie na podłodze i rozmawianie na korytarzu szpitalnego oddziału ratunkowego dostajemy pół roku odsiadki, bez zawiasów. I jakąś grzywnę na dokładkę… Może być? – uśmiecham się.
Basia też się uśmiecha. Wyczuwa absurd. Ja siedzę dalej na podłodze. Coś pękło. Uśmiech zmienia się w śmiech. W miejscu gdzie śmiech prawie wcale nie gości, pojawił się w samym epicentrum ataku paniki.
Później ubrałyśmy różowe okulary i zastanawiałyśmy się, co może się zdarzyć w najlepszym scenariuszu, a później te neutralne i zgodnie stwierdziłyśmy, że ten czarny scenariusz raczej się nie sprawdzi, a to, co Basia czuje, to chyba jednak nie jest zawał serca.
Czasem można trochę wyzdrowieć w korytarzu bez krzeseł, czekając trzecią godzinę na pomoc lekarza, albo szpitalnego psychologa.
Nikt nigdy przez te lata, kiedy Basia leczyła zaburzenia lękowe, nie wytłumaczył jej, jak można próbować sobie z nimi radzić. Nikt nie pokazał jej ćwiczeń oddechowych. Nikt nie wytłumaczył jej mechanizmu „kołowrotka myśli”, nie opowiedział, dlaczego gdy silny lęk przejmuje władzę nad ciałem – serce wali jak szalone, oddech przyspiesza i spłyca się, mięśnie się spinają.
A szpitalny personel wydaje się być kompletnie nieprzygotowany na kontakt z ludzką emocją, która nie jest namacalna. I nie wpadł na pomysł, że krzesła w korytarzu mogą pomóc drugiemu człowiekowi tam, gdzie system nie zdążył ruszyć z pomocą, gdzie redukcjonizm, gotowe scenariusze i automatyzm zawodzą, gdzie ludzie stają się trybikami. Często nie ze swojej winy…
Następnego dnia Basia napisała do mnie wiadomość. Jest w domu. Czuje się dobrze.
Ilu takich jak ona przewinie się jeszcze przez szpitalne oddziały ratunkowe ze swoim autentycznym i bardzo dotkliwym cierpieniem, zanim „system” znajdzie empatyczną procedurę na ten konkretny problem?
Ile pań w szpitalnych uniformach zbeszta kogoś za siedzenie na podłodze, zanim zada (nawet sobie) pytanie: dlaczego ten człowiek siedzi na podłodze?
Zostawiam te pytania tutaj. Niech podźwięczą.
(imię bohaterki tekstu zostało zmienione)
Czytelniku, jeśli też masz do opowiedzenia podobną historię: napisz, pokaż, domagaj się. Razem łatwiej postawić krzesło pod czyjąś godnością 😉 ([email protected])
Czytaj też:


























































































































































































































