Oksana Nadizhko: Nic już nie jest jak dawniej

Oksana Nadizhko: Nic już nie jest jak dawniej

Oksana Nadizhko

– Najtrudniejsze jest to, że nie wiesz, co będzie jutro i czy tego jutra dożyjesz. Każdy alarm, dźwięk samolotu wywołuje paraliżujący strach – relacjonuje Ukrainka Oksana Nadizhko. – Z dnia na dzień jest coraz straszniej. Na początku myśleliśmy, że to wszystko potrwa dzień, może dwa. Że obejmie tylko jakiś region, walki toczyć się będą jedynie lokalnie jak w 2015 roku. Teraz nie mamy już złudzeń. Wojna zatacza coraz szersze kręgi.

Oksana Nadizhko mieszka we Lwowie, jest dentystką. Bardzo dobrze mówi po polsku. Uczyła się naszego języka, bo jej się podobał, często też brała udział w konferencjach branżowych w Polsce. Specjalnie dla DTS relacjonuje obecną sytuację w Ukrainie.

– Dziś na ulicach jest we Lwowie spokojnie (rozmowa z 5 marca – przyp. red.). Jeśli w ogóle można w tej sytuacji mówić o spokoju. Codziennie w dzień i w nocy odzywają się syreny. Trzeba wtedy chować się do schronów lub piwnic. Na ulicach we Lwowie jest bardzo dużo ludzi z innych stron Ukrainy, to słychać po sposobie mówienia, każdy region ma bowiem swój specyficzny język. Wszyscy są przestraszeni, zdenerwowani sytuacją. Równocześnie wszyscy są bardzo solidarni i starają się pomagać – relacjonuje Oksana Nadizhko.

– Walki obejmują głównie wschodnie tereny Ukrainy. Tam jest piekło. Takie obrazy widzieliśmy wcześniej tylko na filmach i słyszeliśmy o tym z opowieści babci. A teraz to dzieje się naprawdę! Tysiące ludzi uciekają z tamtych terenów. Kto mógł samochodem wyjechać, już wyjechał. Teraz ludzie uciekają pieszo. W rozmowach przewija się głównie jeden temat: Co robić? Zostać w kraju czy wyjechać? Wszyscy dyskutują o tym, czy zostając, dobrze robią. To nasza ojczyzna, tu jest nasz dom. Ale z drugiej strony zostając, ryzykujemy nie tylko swoim życiem, ale przede wszystkim życiem swoich dzieci. A równocześnie nie znając języka, nie mając nikogo poza granicami, trudno jest decydować się na wyjazd. To są bardzo trudne decyzje – przyznaje Oksana.

Jak opowiada, w sklepach nie ma już kaszy, mąki. Kto mógł zrobił zapasy. Pozostały towar jeszcze jest, ale z dania na dzień go ubywa. Dzień zaczynają od telefonów do rodziny i znajomych. Gdy ktoś nie odbiera, zaczynają się nerwy, czy coś się nie stało.

– Do pracy idą ci, którzy muszą, służby medyczne, obsługa sklepów itp. Dzieci zostają w domach. Tych dzieci jest na miejscu bardzo dużo. Na obecną sytuację reagują bardzo różnie. Niektóre (…)

Całość przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS: