Nie wyobraża sobie, że mógłby zrezygnować z zespołu

Po szkole chciał wyjechać za granicę, by zarobić trochę pieniędzy. Z wyjazdu jednak zrezygnował i został w rodzinnym Podegrodziu. Gdyby wyjechał, musiałby porzucić cotygodniowe próby Zespołu Regionalnego Pieśni i Tańca Podegrodzie, w którym śpiewa i tańczy od dziecka. Wojciech Sułkowski 10 grudnia z rąk starosty nowosądeckiego Marka Kwiatkowskiego odebrał nagrodę za pracę na rzecz upowszechniania kultury.

wsb3

Wojciecha Sułkowskiego zawsze interesowało, jak ludzie dawniej żyli. Jak się bawili, tańczyli, co śpiewali, jakie tradycje swych przodków kultywowali. To wszystko odnalazł najpierw w Małym Podegrodziu, potem w grupie Zespół Regionalny Pieśni i Tańca Podegrodzie.

– Twórczość ludowa Podegrodzia podobała mi się od zawsze. Nasz zespół to nie tylko piękne, barwne stroje, chwalone zresztą na całym świecie. To życie codzienne, programy, w których prezentujemy na przykład wesele podegrodzkie, Zielone Świątki, dożynki, wiązowiny, czy sceny z życia codziennego, takie jak wypas krów, powrót parobków z jarmarku godniego czy nawet wykopki. Nasze występy to jednak ciężka praca. Ludziom często się wydaje, że tylko wychodzimy na scenę i tańczymy. Tymczasem do każdego występu, jak i próby, trzeba się przygotować, by dobrze wypaść – tłumaczy Wojtek.

 

Tradycja przechodząca z dziadka na wnuka

– Próby zespołu odbywają się raz na tydzień, we wtorki, w Gminnym Ośrodku Kultury w Podegrodziu. W latach 1954-1965 mój dziadek prowadził zespół Małe Podegrodzie.

Z kolei w roku 1957 reaktywował i przez pięć lat kierował Zespołem Regionalnym Pieśni i Tańca Podegrodzie. Natomiast w latach 1997-2003 pracę nad zespołem przejęła moja mama Zofia. Od 1985 roku do końca 2019 choreografem zespołu był mój tata Krzysztof. Niedawno oficjalnie zakończył prowadzenie grupy. Obecnie zespołem kieruje Jerzy Nieć. W zespole tańczy około 60-70 osób. Członkowie Podegrodzia tworzą cudowną atmosferę i klimat. Bez nich nie byłoby nic. Często bierzemy udział w ważnych konkursach i festiwalach – opowiada Wojciech.

W Regionalnym Zespole Pieśni i Tańca Podegrodzie, istniejącym od 1937 roku, od lat występują całe rodziny, między innymi Głuców, Bodzionych, Lorczyków, Konstantych, Łatków, Maciuszków i innych. Wszyscy oni mają folklor we krwi. Talent i zamiłowanie do rodzinnych tradycji przechodzi tutaj z babki na matkę i z mamy na córkę, z dziadka na ojca i z ojca na syna.

– Prezentujemy nasz autentyczny folklor, odtwarzając dokładnie, jak dawniej bawili się nasi przodkowie i jak spędzali czas, mówiąc kolokwialnie, w „robocie i po robocie”. Co ciekawe, Zespół Pieśni i Tańca Śląsk, bądź zespół Mazowsze, mają w swoich repertuarach program Podegrodzia, który prezentują podczas występów – podkreśla Wojciech.

Końcem października tego roku zespół Podegrodzie wytańczył pierwsze miejsce w XXXV Ogólnopolskim Konkursie Tradycyjnego Tańca Ludowego, który odbył się w Rzeszowie. W miarę możliwości zespół stara się również wyjeżdżać za granicę.

– Mieliśmy zaszczyt tańczyć w Chinach. Byliśmy też na bardzo znanym festiwalu we Francji. Można go spokojnie porównać do naszego Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem. Takich zagranicznych wydarzeń artystycznych, gdzie można by było zaprezentować swoje umiejętności, wbrew pozorom, nie ma za wiele.

 

Śpiewający informatyk

Wojtek Sułkowski, z wykształcenia informatyk, ma na swoim koncie wiele nagród w zakresie śpiewu ludowego. Kilka razy zdobył czołowe miejsca na konkursie „Druzbacka”. Co roku na przeglądzie występuje 500-600 artystów: śpiewaków, grup śpiewaczych, instrumentalistów. Jak przygotować się do takiego występu, skoro konkurencja jest tak duża?

– Trzeba zaśpiewać coś oryginalnego, nowego, coś, co jest jeszcze nieodkryte, może nawet nigdy dotąd nieśpiewane. To bardzo trudne zadanie, bo śpiewa się, oczywiście a cappella, w taki sposób, jak śpiewano przed laty. Komisja konkursowa bardzo dba, aby ludzie odnajdywali to, co śpiewali dawno temu nasi dziadkowie. Jest to spore wyzwanie, gdyż dawniej nie zapisywano nut melodii, czynili to jedynie muzycy. Wszystko przekazywano dalej w przekazie ustnym. Premiowane są utwory jeszcze nierozpowszechnione, nieosłuchane. Ciężko jest jednak wyszukiwać z roku na rok coś nowego, a jednocześnie tradycyjnego. Niektóre piosenki po prostu powtarzają się w kolejnych latach.

Wojtek, zajmując pierwsze miejsce na Druzbacce, zakwalifikował się na „Sabałowe Bajania” w Bukowinie Tatrzańskiej. W 2013 i 2016 roku zdobył tam w kategorii śpiewu drugie miejsca.

 

Kolęda z konikiem

„Pon Bóg ukroł swe bóstwo a ukłochoł ubóstwo, byście go naśladowali, biynnych ludzi kłochali. Zeby w kazdom nowom roku, nikt nie robiuł złego kroku, zeby ludzie w zgłodzie żyli, siostry, bracia się godzili. Zeby zawsze jednoś boła i kłoloda wam scościuła” – to fragment spektaklu kolędniczego pt. „Konik”, opracowanego przez Wojtka.

Bogate tradycje kolędnicze od lat charakteryzują region Lachów Podegrodzkich. – To druga strona medalu, jeśli chodzi o nasz folklor, i moja wielka pasja. Odkąd pamiętam biorę udział w występach kolędniczych. Od dziecka ze znajomymi chodziliśmy z gwiazdą, z turoniem, do rodziny i sąsiadów, by wspólnie kolędować. Chodziliśmy po okolicznych wioskach, bez względu na pogodę. I robimy to do dziś – podkreśla Wojtek. Sam najczęściej występujący w roli diabła. – Zdarzało mi się co prawda bywać także Cyganem czy Cyganką, a nawet turoniem, ostatnio jednak najczęściej w trakcie kolędowania skaczę w czarnym diablim kostiumie z rogami na głowie i z widłami w dłoniach – śmieje się podegrodzianin.

Wojtek po wielu poszukiwaniach, szperaniach w starych materiałach i rozmowach ze starszymi mieszkańcami zarówno Podegrodzia jak i Gostwicy, odtworzył tekst programu kolędniczego „Kolędowania z konikiem”.

– Kosztowało mnie to wiele wysiłku i pracy, ale się udało. Już dawno mówiliśmy z dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Podegrodziu, Krzysztofem Bodzionym, że warto by było odtworzyć właśnie „Konika”. Dużo rozmawiałem też na ten temat z panią etnograf Magdaleną Kroh, oglądałem nagrania różnych grup z terenu Małopolski, kolędujących z konikiem. Podpatrywałem, jak to wygląda w innych regionach – tłumaczy.

Kolędowanie z konikiem przybierało bowiem różne formy. Wedle niektórych lokalnych tradycji osoba siedząca na koniku miała na sobie na przykład strój strażaka, w Podegrodziu zaś – tradycyjny strój lachowski. A dlaczego akurat kolędowanie z konikiem? Otóż konik symbolizować miał płodność, dobrobyt i urodzaj.

Przy opracowywaniu tekstu „Konika” pomagał Wojtkowi Ludwik Cabała, lokalny działacz społeczny, grający w grupie kolędniczej postać Heroda, który przez prawie całe swoje życie pracował w cyrku.

– Ja miałem jedynie zarys, Ludwik zaś bardzo dużo mi pomógł, jeśli chodzi o całokształt. Do naszych czasów nie zachował się tekst „Kolędowania z konikiem”. Osoby starsze ode mnie o około 20 lat jednak z konikiem kolędowały, więc nie było to wcale tak dawno temu. Ale tekstu już niestety nie pamiętał nikt.

Kolędnicy z Podegrodzia występowali „z konikiem” pod Krakowem, w Bukowinie Tatrzańskiej, a także podczas jarmarków świątecznych w Miasteczku Galicyjskim w Nowym Sączu. – I świetnie się przy tym bawiliśmy i bawimy, bo tekst konika jest bardzo wesoły i żartobliwy. 

 

Szopka do rana

Wojtek wykonuje również rekwizyty kolędnicze. W dzieciństwie, przy konstruowaniu

pierwszej tradycyjnej podłaźniczki, pomocą służył mu dziadek oraz tato. Dziesięć lat temu skonstruował tradycyjną gwiazdę podegrodzką, a potem turonia oraz postać konika podegrodzkiego.

– Zrobiłem również szopkę. By zrobić jak najlepszą, obejrzałem chyba setki szopek wykonywanych w Małopolsce. Konsultowałem się znów z etnografami: panią Magdaleną Kroh oraz z panią Marią Brylak-Załuską. Szopkę zaprezentowałem na Gminnym Konkursie Podłaźniczek i Eksponatów Kolędniczych. Pracowałem do świtu, do czwartej albo piątej godziny, aby zdążyć. Pamiętam, że na drewnie jeszcze schła świeża farba. Ale zdążyłem i to było najważniejsze – opowiada Wojtek.

Teraz ta typowa sądecka szopka bożonarodzeniowa znajduje się w Gminnym GOK w Podegrodziu.

Wojciech Sułowski nagrody od starosty nowosądeckiego się nie spodziewał.

Byłem mocno zaskoczony, nie spodziewałem się takiego wyróżnienia. To naprawdę miłe. Robię to, co robię, nie dlatego, aby się pokazać, ale dlatego, że to kocham i tym żyję. Wychowałem się w naszej podegrodzkiej tradycji i na pewno jej nie porzucę – kończy.

Agnieszka Małecka

Fot. z arch. W. Sułkowskiego

 

 

GLINIK
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: