Mateusz Ziółko: domowe zajęcia mnie odmładzają

Mateusz Ziółko: domowe zajęcia mnie odmładzają

Rozmowa z Mateuszem Ziółko kompozytorem, wokalistą oraz autorem tekstów.

– Miło nam, że znalazłeś czas na tę rozmowę. Mamy nadzieję, że nie jechałeś zbyt daleko żeby tu dotrzeć.

– To była jedna z dłuższych podróży ostatniego, tygodnia, bo trwała 20 minut. Ten tydzień w większości spędziłem w domu, po wielu podróżach, po przejechaniu w marcu kilku tysięcy kilometrów.

– Mateusz, wyobrażam sobie, że bycie osobą publiczną nie jest łatwe. Na co dzień koncertujesz, spotykasz bardzo wielu ludzi. Potem musisz wrócić do zwykłej codzienności. Jak długo zajmuje ci przejście z wersji artysty na scenie do swojej wersji codziennej?

–  To fajne pytanie. Ostatnio rozmawialiśmy o tym z żoną w domu. Przez długie lata po powrotach z intensywnych wyjazdów i koncertów, a bywają takie okresy, że wyjeżdżam nieustannie, a najdłuższy mój wyjazd w zeszłym roku trwał 22 dni. Tyle czasu nie było mnie w domu. Praktycznie prawie codziennie miałem koncert. Więc kiedy wracasz po trzech tygodniach do domu, to jesteś trochę…

– Gościem?

– Panem z emigracji. [śmiech] Nagle się okazuje, że te rzeczy, do których się przyzwyczaiłeś wcześniej, one już trochę inaczej zaczynają działać w domu podczas twojej nieobecności. Więc to ty musisz się dostosować do nowego systemu, który tam panuje. I zazwyczaj to u mnie wyglądało tak, że pierwszy dzień po przyjeździe był taki day off. Ja wtedy funkcjonowałem zawsze jak ameba. Po prostu wstajesz rano i z automatu idziesz umyć ząbki, jesz śniadanie i jak mi żona kazała coś zrobić, to ja to robiłem, ale jak nie kazała, to nie robiłem. [śmiech] Więc musiałem się zaadoptować i zawsze ten jeden dzień był taki dziwny. Zawsze sobie wyrzucałem, że za wiele nie robię, że muszę coś ogarnąć, pomóc w domu, a ja po prostu potrzebowałem odpoczynku.

– I to trwa do dziś?

– Dziś już szybciej się aklimatyzuję i po prostu wstaję i działam. Podejmuję decyzję, że nie będę amebą, ale tatą i mężem. Poza tym dom mnie ładuje. Bycie w domu, bycie z rodziną, bycie z dzieciakami mnie ładuje. Zawsze w domu jest dużo pracy. Teraz przychodzi wiosna, trzeba wsiąść na kosiarkę i tym podobne rzeczy zrobić. To jest zejście na ziemię. Lubię te domowe zajęcia, bo one mnie odmładzają.

– A gdy zaczynałeś karierę, też tak czułeś? Czy raczej miałeś taką adrenalinę, że cały czas chciałeś być w trasie?

– To była raczej potrzeba adrenaliny, bo scena daje adrenalinę. Bycie wśród ludzi bardzo nakręca, daje dobre endorfiny i trzeba się nauczyć w tym balansować. Muzyk to jest specyficzny rodzaj pracy. Niedawno w jednym z wywiadów o tym rozmawialiśmy. O tym jak trudno jest wejść w stan wyciszenia po godzinach dużych emocji i natłoku bodźców. Bo kiedy jesteś w trasie, jeszcze jak podróżujesz z zespołem, to już w ogóle jest najczęściej ciągła impreza. [śmiech] Cały czas ktoś koło ciebie jest, coś się dzieje. Wychodzisz na scenę jest sporo ludzi, po koncercie do ciebie podchodzą. Rozmawiasz i cały czas trzeba być na najwyższych obrotach. To nakręca, emocje. Potem wracasz do hotelu, zamykasz drzwi i jest tak, jakby ci ktoś wyłączył życie. Takie pff. Jest cisza. To jest okropne. [śmiech] Z tym trzeba nauczyć sobie radzić. Dawniej to były wyjścia na miasto, spotkania ze znajomymi itd. A teraz, kiedy tylko mogę, po prostu zawsze wracam do domu. Są takie sytuacje, że kończę koncert o godzinie 20:30 i patrzę, że do domu mam cztery godziny. Wsiadam w auto, wracam do domu i jestem o pierwszej w nocy.

– Praktycznie cały czas otacza cię muzyka, a jaką rolę odgrywa w twoim życiu ta cisza?

– Zbawienną! [śmiech] To też nie prawda, że cały czas otacza mnie muzyka. Ludziom się na przykład wydaje, że jak wsiądą ze mną do samochodu, że będziemy słuchać najpiękniejszej muzy świata i będzie koncert. No way! W zeszłym miesiącu przejechałem jakieś 11 tys. I uwierzcie mi, śmiem zaryzykować stwierdzenie, że z tego jakieś 10 tysięcy przejechałem w ciszy. Autentycznie potrafię jechać wielogodzinną trasę w ciszy.

– To ciekawe i zaskakujące, co mówisz.

– Tak, bo lubię sobie pewne rzeczy przemyśleć, dopracowywać jakieś pomysły albo melodie. Jeżeli czegoś słucham, to są to najczęściej podcasty. Słucham też Biblii audio w trasie. To mnie bardzo uspokaja. Muzyka towarzyszy mi bardzo rzadko. Najczęściej to są piosenki, których mam się nauczyć na jakiś koncert. Wsiadam w auto, mówię ok, to idziemy do roboty i uczę się piosenki.

– Wydawało się nam, że jednak piosenkarze cały czas otaczają się muzyką.

– Wszyscy tak myślą. I jeszcze, że jak wracam do domu, to siadam do pianina i gram.

– Czyli obaliliśmy stereotyp. [śmiech] A Twoje dzieci nakłaniają Cię do muzyki w domu? Chcą, żebyś im grał, śpiewał?

– Czasem tak. Ale ja mam taki dosyć duży rozstrzał wiekowy chłopaków, a w domu mam czwórkę synów. Mój piąty, najstarszy syn, już nie mieszka z nami, jest na wylotce, czyli na swoim. Więc jak oni chcą, żeby tata coś im zagrał, to najczęściej są to jakieś nowości, które ja nie do końca kojarzę. Więc oni puszczają mi to, co chcą ode mnie usłyszeć, a ja siedzę i coś kminię. I to jest duże wyzwanie. Ale mamy też najmłodszego synka, który ma dwa latka i z nim są nieraz ciekawe obrazki. Bo jak on ucina sobie popołudniową drzemkę, to zasypia z mamą na kanapie, a ja siadam za organika i gram jakieś tam melodie. I to jest takie też dla mnie kojące. To bardzo fajny moment.

– Przed naszym nagraniem rozmawialiśmy o tremie. Mówi się, że trema mija z wiekiem. A jak to wygląda u ciebie, znalazłeś antidotum?

– Nie. [śmiech] Nie ma na to antidotum. Ja to już kilka razy gdzieś powiedziałem i powiem wam, że to było dla mnie odkrycie. Kiedy pierwszy raz zostałem zaproszony do jury na festiwal Skowroneczek w Nowym Sączu. Wrzucili mnie na głęboką wodę i ekipa, która organizuje ten festiwal, przygotowała moje spotkanie z dzieciakami. Ja się broniłem przed tym rękami i nogami. Myślę, co ja tam będę robił? Przyjdę i wszyscy i będą mi zadawać pytania. Trochę się czułem głupio w tej roli, no ale napisałem, że będę, no to musiałem być. I wszedłem na to spotkanie. Zacząłem rozmawiać z dzieciakami i w pewnym momencie jedna z dziewczynek zadała pytanie: „Jak sobie poradzić ze stresem? Jak sobie pan radzi ze stresem?”. I jeszcze czy trema mija. Zestawiła dwa określenia: stres i trema. I ja w momencie, kiedy zadała mi to pytanie, uświadomiłem sobie, że to są kompletnie różne uczucia, dwie rzeczywistości. Stres. Ja sobie to tak nazwałem po swojemu. Stres to jest pochodna lęku. Czyli boimy się, że coś nie wyjdzie. Stresujemy się, że coś nie wypali, że coś nie zadziała. I najczęściej stresujemy się wtedy, kiedy jesteśmy słabo przygotowani. Mówię za siebie jako muzyk. Kiedy np. mam źle odśpiewaną piosenkę, kiedy nie wyćwiczyłem jej dobrze jako pianista, to wychodzę na scenę i czuję, że jest niedobrze. Więc wtedy jest stres. Ale kiedy siadam do tego utworu 50 razy przed występem, to go wyćwiczę. Mam to wszystko wbite w pamięć mięśniową. Wówczas wychodzę ze świadomością, że raczej się uda. Więc ten stres można, myślę zminimalizować do poziomu bliskiego zeru właśnie poprzez pracę i przygotowania. To jest oczywiście moja teoria. Natomiast obok tego jest trema i ona jest uczuciem wynikającym z zupełnie innych pobudek. Ponieważ trema jest według mnie pochodną empatii i tego, że my bardzo chcemy, żeby to dobrze wyszło. Wychodzimy na scenę i bardzo chcemy, żeby widzowie wyszli stamtąd zadowoleni, zaspokojeni, żeby wyszli nakarmieni. Zależy nam na nich. To jest trema. I myślę, że nie wolno się jej pozbywać, bo ja miałem taki okres w swoim życiu, że wychodziłem na scenę – a to był peak mojego rock and rolla – że tak powiem to najdelikatniej. Graliśmy po krakowskich klubach, rockerkę uprawialiśmy, a koncertów było mnóstwo. I imprez też było dużo, więc w pewnym momencie wychodziłem na scenę i myślałem, że jest okej. Zawsze się udawało. Aż przestało się udawać, bo ja przestałem chcieć robić to dla tych ludzi. I ci ludzie to czuli. Ja nie dawałem emocji, oni ich nie odwzajemniali. Była pustka. W ogóle wychodziłem na cwaniaka i widzieliśmy, jak z miesiąca na miesiąc te koncerty były coraz słabsze. Ludzi było coraz mniej. Możesz się produkować nie wiadomo ile. Nie ma w tym prawdy, nie ma w tym właśnie tej tremy, tej troski o publiczność. I to jest lipa. Więc nie mam zamiaru pożegnać się z tremą. Niech ona zostanie ze mną jak najdłużej. Nawet artyści tacy jak Maryla Rodowicz opowiadają, że po tylu latach na scenie, jak wychodzi do publiczności, to ona jest stremowana. I powiem wam, że to też jest ciekawe uczucie, bo to potrafi uzależnić. To może być fajne.

– Czyli trema może pomóc.

– Tak, ona jest ciekawa. Na przykład wychodzę na jakiś duży koncert telewizyjny. Śpiewam już ponad 25 lat i wychodzę np. w Opolu, z bezpośrednią transmisją. Stoję za tą sceną i wiem, że zaraz mam na nią wyjść. I w tym momencie w mojej głowie jest po prostu milion myśli: „Po co ty stary w ogóle jesteś? Nie nadajesz się do tego. Człowieku, weź zejdź i już nigdy więcej tego nie rób!”. Kłębią się myśli. Wychodzisz,  wiesz, że musisz to zrobić, no bo głupio nie wyjść. A kiedy zaśpiewasz pierwsze trzy dźwięki i wtedy myślisz: dobra, jest ok, jeszcze tu wrócę! Tak to działa.

Fot. FB Mateusza Ziółko
Rozmawiali Emilia Cieślak i Maciej Mróz

Pobierz ZA DARMO najnowsze wydanie dts24 w wersji elektronicznej:

Filmoteka dts24

217 Videos