Mamy swoje jazzowe święto! Pierwszy weekend z Sącz Jazz Festival już za nami! [RELACJA]

Tak, zgadza się! Kocham jazz, kameralne koncerty i spotkania z muzykami! Tym samym, według opisu wydarzenia wrzuconego przez organizatorów do sieci jeszcze dobrych parę tygodni przed inauguracją 1. edycji Sącz Jazz Festival, wprost idealnie wpisuję się w target kolejnego novum festiwalowego na Sądecczyźnie. Za wyjątkiem pojedynczych eksperymentów z jazzem m.in. na deskach staro- i nowosądeckiego „Sokoła”, Miejskiego Ośrodka Kultury oraz, a może przede wszystkim, Atelier Jazz Club Henryka Janusza, próżno było szukać osób, które porwałyby się na organizację więcej niż jednodniowego wydarzenia muzycznego. Stąd decyzja o zorganizowaniu u nas pierwszego jazzowego święta wydaje się bardziej niż trafiona.

Fakt faktem, początki jakiegokolwiek wydarzenia festiwalowego o zacięciu cyklicznym trudno obarczać przesadnie daleko idącymi deklaracjami, raczej poszukiwaniem własnej formuły i publiczności. W ciągu dwóch pierwszych dni Sącz Jazz Festival (22 i 24 listopada) przestronna sala widowiskowa Centrum Kultury i Sztuki im. Ady Sari w Starym Sączu może nie pękała w szwach, ale przyciągnęła w swoje progi całkiem sporą publikę, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest nas wielu, że ludzie są spragnieni jazzu i głodni elitarnych wrażeń. Powodem tak licznego stawienia się miłośników muzyki były dwa zespoły: rodzimy Piotr Wojtasik Quintet oraz słowackie AMC Trio z gościnnym udziałem Samuela Marinčáka (syn basisty) i zaprezentowany podczas dwóch pierwszych weekendowych wieczorów ich autorski repertuaru.

TLENOTERAPIA

Bohaterem pierwszego dnia festiwalu był Piotr Wojtasik, wybitny trębacz jazzowy polskiego i światowego formatu, artysta obsypywany licznymi nagrodami na własnym podwórku, jak i za granicą, laureat między innymi: Jazzowego Oscara, Mateusza Trójki, a także prestiżowej nagrody polskiej branży muzycznej – Fryderyka – w kategorii Muzyk Jazzowy Roku 2008 oraz jako autor Najlepszej Jazzowej Płyty Roku za album „Circle” (2007). Nagrywał i koncertował z najlepszymi: Kennym Garrettem, Billym Harperem, Garym Bartzem, Davem Liebmanem, Victorem Lewisem, Danielem Humierem, Joachimem Kuhnem czy Michelem Donato, a na polskim rynku współpracował z takimi tuzami polskiej sceny jazzowej jak: Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Henryk Miśkiewicz, Andrzej Jagodziński, Maciej Sikała, Lora Szafran, Leszek Możdżer czy Piotr Baron.

Natomiast każdy kto zna, bądź mniej lub bardziej wnikliwie prześledził przed piątkowym koncertem wcześniejsze artystyczne ścieżki kwintetu Wojtasika w składzie: Marcin Kaletka (saksofon sopranowy, tenorowy), Michał Tokaj (fortepian), Alan Wykpisz (kontrabas) i Kazimierz Jonkisz (perkusja), ten wie, że nie są to ludzie, którzy dopiero zdobywają muzyczne szlify. Swoje kariery opierali o utwory największych i grali z największymi, wcielają w życie swoje własne autorskie projekty na tyle udane, że z sezonu na sezon przekuwają się w kolejne wyróżnienia i laury. Piątkowy koncert w Starym Sączu w znakomitej części stał utworami z płyty „To Whom it May Concern” (2018), stanowiącej podsumowanie 30-letniej działalności muzycznej Wojtasika, w nagrywaniu której uczestniczyli muzycy, z którymi trębacz współpracował na przestrzeni lat w różnych konfiguracjach. Stąd repertuarowych zaskoczeń nie było. Wykonawcy postawili na sprawdzone i najbardziej rozpoznawalne utwory z albumu.

Występ Wojtasika nie należał ani do najłatwiejszych w wykonaniu, ani odbiorze. Utwory wielopłaszczyznowe, odmalowywane zamaszystymi łukami o zatartych granicach pomiędzy kompozycją a improwizacją, wymykały się jednoznacznej klasyfikacji. W grze Wojtasika i spółki słychać odniesienia do stylistyki free, pewną transowość z hipnotycznym groovem, ale i zręczny hard bop z unoszącą się nad całością kontemplacyjną aurą nieoczywistości. Można tego słuchać bez końca i od nowa, a i tak za każdym razem będziemy w stanie wyłuskać dla siebie coś świeżego i ekscytującego. Muzyka z „To Whom it May Concern” zaprezentowana na deskach starosądeckiego „Sokoła” była muzyką trudną, gatunkowo wytrawną i to z tej najdroższej półki.

Kwintet Wojtasika, gdzie za wyjątkiem Kazimierza Jonkisza grają muzycy młodsi od lidera przynajmniej o pokolenie, uosabia ciągłość ewolucyjną rodzimego jazzu, którego kanon utwory od lat współtworzą i zarazem uzupełniają. To znalazło swoje odzwierciedlenie podczas piątkowego koncertu, gdzie zarówno naturalne unowocześnienia, okazjonalne freejazzujący galopady fortepianu czy perkusji, ale i charakterystyczne cechy warsztatu kompozytorskiego lidera – niebanalne, skomplikowane podziały rytmiczne, oryginalny zamysł melodyczny i takież poczucie muzycznego humoru – zostały mocno uwypuklone. Występ kwintetu Wojtasika można zamknąć w trzech słowach: tradycja, mądrość i emocja, połączone ze świadomym (poza)scenicznym dydaktyzmem. Muzyk nie zamyka swojej erudycji jazzowej w mocno zakręconym słoiku – wręcz przeciwnie, w jego programie czuć ekshibicjonistyczną wręcz potrzebę otwartości. Wojtasik pragnie dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z resztą jazzowego świata, kształtując tym samym zarówno warsztat, jak i artystyczną wrażliwości młodej generacji jazzmanów.

Drugi dzień festiwalu otworzyło AMC Trio, formacja rodem ze słowackiego Preszowa prezentująca wszechstronny jazzowy repertuar. Dzięki kilku udanym trasom po Europie Środkowej wyrobiła sobie markę wśród fanów gatunku. Mają na swoim koncie kilka europejskich tras z gwiazdami światowego pokroju: Markiem Whitfieldem, Randym Breckerem, Michaelem Patches Stewartem, Davidem Linxem, Ulfem Wakeniusem czy Philipem Catherine. Pozbawione jednoznacznego lidera trio w składzie: Peter Adamkovič (fortepian), Martin Marinčák (kontrabas), Stanislav Cvanciger (perkusja), uszlachetnione gitarą elektryczną Samuela Marinčáka (syna basisty), skupiło się wyłącznie na swoich autorskich kompozycjach. Tak szczerej, bezpretensjonalnej i nieprzytłaczającej formy koncertu jazzowego, jak ta podana przez Słowaków nie czułem już od dawna. Nie bez kozery AMC Trio zostało określone przez samego Randy’ego Breckera mianem wyjątkowych muzycznych gawędziarzy. Każda kompozycja i żywiołowo improwizowana fraza z jednej strony niosą w sobie przepotężny ładunek emocjonalny, z drugiej – narracyjną myśl, która w sposób niezrównany uruchamia i łechce wyobraźnię odbiorcy.

Koncert składał się w znakomitej większości z premierowego repertuaru. W trakcie występu zabrzmiały między innymi: „Melting Pot”, „Lapis Refugii”, „Last Moment”, Breaking News” czy „Autumn Desires, czyli zwartość zapowiadanego na początek grudnia nowego krążka zespołu. Starsze i dobrze znane kompozycje tria: „Soul of the Mountain”, „Waiting for a Wolf” oraz bisowe „Thor Iza” stanowiły idealne wprost dopełnienie rozpalającego zmysły niemal półtoragodzinnego setu najwyższej próby. Cvanciger tryskał energią i udowodnił nie po raz pierwszy, że scena jest jego naturalnym środowiskiem. Przez większość bardzo dynamicznego koncertu to perkusista koncentrował na sobie swoją uwagę. Momentami wytchnienia między kolejno odhaczanymi kompozycjami stanowiła przesympatyczna konferansjerka w wykonaniu Martina Marinčaka, wprowadzająca słuchaczy w przesłanie stojące za poszczególnymi utworami. Młodszy z Marinčaków ze swoją delikatną, bluesowo zabarwioną grą pozostawał nieco w cieniu. Tempo napędzał Cvanciger grający na bębnach z iście rockowym zacięciem, a pozostali muzycy ubarwiali całość, z rzadka mając możliwość zaprezentowania się na pierwszym planie.

Klasyczny formuła akustycznego tria fortepianowego zawsze budzi pewne obawy, jednak słowacki skład poradził sobie z tematem po mistrzowsku – zarówno na płaszczyźnie wykonawczej, jak i interpretacyjnej. Eklektyczna gra Cvancigera, mruczący kontrabas Marinčáka i melodyjna, pełna uroku gra Adamkoviča wytworzyły nastrój idealnie korespondujący z ciepłym, letnim wieczorem, skutecznie odczarowujący listopadowe chłody za drzwiami starosądeckiego „Sokoła”. Mimo, że trio z fortepianem to bardzo popularny rodzaj składu jazzowego, a koncertów i nagrań w tej konfiguracji mamy do dyspozycji całą masę, AMC Trio ma w sobie to coś, co potrafi swoim występem przykuć uwagę i sprostać oczekiwaniom nawet najbardziej wyrobionej widowni. Swoiste porozumienie w dźwiękach, doświadczenie, wrażliwość sceniczna i nietuzinkowe umiejętności przekuły się w piękny i intrygujący koncert w wykonaniu Słowaków.

Co by tu nie pisać, już po pierwszych dwóch odsłonach pierwszej edycji Sącz Jazz Festival jestem w stanie stwierdzić, że jest to bez dwóch zdań wydarzenie wyjątkowe, które ma spore szanse i jeszcze większe aspiracje, by stać się kolejnym liczącym się punktem na i tak już przeobfitej festiwalowej mapie Sądecczyzny. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych dni z jazzem w roli głównej, które uświetnią w najbliższy piątek Mike Parker's Meta 4tet (Atelier Jazz Club w Nowym Sączu), a dzień później Alash & Oleś Brothers.

Bartosz Szarek

Fot. Hejan PHOTOGRAPHY/Paweł Ferenc PHOTOGRAPHY [Atelier Jazz Club]

FORD TRANS

Wypowiedz się w tej sprawie

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w Polityce prywatności oraz regulaminem, dostępnymi na stronie internetowej.