Lubię Igora Herbuta – lirycznego, melodyjnego, nieprzebierającego w słowach. Z podbitym okiem, w kwiatach i pragnieniu, by raz jeszcze oddać nam całego siebie. Najbardziej niebezpieczne w nim jest to, że kultura wciąż patrzy na niego jak przez zaparowane szkło, nie dostrzegając pełni blasku jego talentu. A to właśnie czyni go wolnym. Strzeżcie się więc wolnych poetów. To oni mogą – i naprawdę to robią – powiedzieć wszystko, o co baliśmy się zapytać, i zajrzeć tam, gdzie nie mieliśmy odwagi spojrzeć.
To, co zawsze wzbudzało moją ciekawość w twórczości LemON, istniało gdzieś poza utartym tu i teraz. Jednak teraz myślę, że to „gdzieś indziej”, którego Igor Herbut docieka w swoich tekstach, wcale nie było tak daleko. Ono było tu – zawsze. W nim. Kiedy ludzie mówią: „podążaj za swoim sercem”, mam wrażenie, że dają słuszną radę. Jednak to, czego nie mówią, to dokąd to serce prowadzi.

Na tym tle Igor Herbut ujawnia to wyjątkowe, ponadczasowe poczucie braku przynależności. Wydaje mi się, że osoby, które potrafią dostrzec swoje duchowe potrzeby i je wyartykułować, czują tak samo. I choć może się wydawać, że to tylko jego zdolność mówienia o tym, o czym większość z nas nie potrafi nawet pomyśleć, w rzeczywistości mówi o tym, co czuje serce, duch i dusza każdego z nas. To nie melancholia, nie smutek, nie poczucie straty ani bezsensu życia w świecie, który już dawno temu złapał doła. To głęboka, nieugaszona tęsknota za czymś, czego nie potrafimy uchwycić. Coś, co nie ma jeszcze swojego imienia. Igor Herbut łapie te wszystkie nasze tęsknoty i tłumaczy je w sposób najprostszy z możliwych: zostaliśmy stworzeni dla innego świata…
— Przepraszam, mogę przejść? — zapytała, jakby niepewna, czy nie przeszkadza.
Spojrzałem na nią, ledwo słysząc, co mówi, raczej domyślając się z ruchu jej warg.
— Proszę. — odpowiedziałem odruchowo, starając się wrócić do koncertu.
— Przepraszam, myślałam, że to tu, ale moje miejsce jest chyba gdzieś indziej, tylko nie pamiętam, gdzie.
— Spokojnie, zdarza mi się to codziennie. Wtedy najlepiej jest wrócić do początku — odpowiedziałem.
— Tak, wiesz, czasem te miejsca to jak… — zawahała się, jakby szukając odpowiednich słów. — Jak te teksty — wskazała w stronę sceny — które nie są nasze, ale jakby były.

W tej samej chwili rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Ptaków”. Przytaknąłem więc, nie do końca pewny, czy jeszcze rozmawiamy o miejscach, czy już o muzyce. Kobieta przeszła dalej – gdzieś indziej zapewne. Nie tu. A scena rosła w siłę, krzepła, tężała głosem Igora, a ja czułem się, jakbym kołysał się ze skrajności w skrajność. Mało jest artystów, którzy potrafią tak swobodnie poruszać się w cudzych snach, wchodzić i wychodzić, przechodzić przez dziwną scenerię światów, które zdają się być zarezerwowane wyłącznie dla ciebie.
„Ptaki” odleciały, a w odpowiedzi rozległy się soczyste brawa – jak morze bezpardonowo rozbijające się o brzeg. Wtedy poczułem, jak rzeczywistość zaczyna powoli wracać na swoje miejsce. Odpływać. Subtelnie, prawie niedostrzegalnie, jakby ktoś stopniowo przyciszał głośność snu. Ale scena wciąż rosła w siłę, coraz intensywniej. Dźwięki oplatały, unosiły, pchały w stronę, w której nie było jeszcze miejsca na pewność. Kto może wiedzieć, co miało się wydarzyć? Poza pragnieniem pozostaje tylko jedno – nawiedzenie:
Może któregoś dnia spotkamy się na nowo
I będziemy osobami, które będą dla siebie nieznajome,
i znów zaczniemy od początku.
Foto: Konrad Obidziński, Video: Bartosz Szarek








































































































































































































































































































