Z Antonim Bugajskim, zastępcą redaktora naczelnego „Przeglądu Sportowego” rozmawia Wojciech Molendowicz.
– Późno dzisiaj wstałeś po Balu Mistrzów Sportu?
– Wstałem wcześnie, jak zawsze zresztą. Rytm dnia mam taki, że wstaję wcześnie. Wiesz, człowiek sobie lubi rano pobiegać. Jak porządny dziennikarz…
– Pobiegać, jak porządny dziennikarz sportowy!
– Albo nieporządny (śmiech), a w każdym razie jak taki nie do końca normalny. Dzisiaj akurat nie biegałem, ale i tak wstałem wcześnie. Jakoś się pozbierałem, ale też przyznaję, nie doczekałem na balu do jajecznicy.
– No to trochę mi popsułeś koncepcję. Tyle razy mówiono wczoraj o tej legendarnej jajecznicy na balu, że chciałem cię o nią zapytać.
– Mogę o niej powiedzieć, bo nie raz ją na balu mistrzów jadłem. Ta jajecznica jest trochę jak – można powiedzieć – ostatnie okrążenie w biegu na dziesięć tysięcy metrów (śmiech), czyli oficjalnie kończy imprezę. Po jajecznicy jest już dogorywanie. Milknie muzyka, choć goście jeszcze są na imprezie. I tak było tym razem. Jajecznica była o 4 rano i ustawiła się do niej długa kolejka, a impreza trwała prawie do 6. Kto zje jajecznicę, ten wie, że już może iść do domu.
– Chciałem…
– Uprzedzę twoje pytanie. Klaudia Zwolińska była do końca, jak przystało na pierwszą damę tej gali.
– Poczekaj, zaraz wrócimy do Klaudii Zwolińskiej. Chciałem Cię zapytać jeszcze o sam bal, o to, czego nie widzieliśmy, kiedy wyłączono kamery.
– Ta edycja była naprawdę wyjątkowa ze względu na miejsce. Teatr Wielki, Opera Narodowa, największa scena i taka najbardziej dostojna, z ponad dwustuletnią tradycją – Moniuszko, Bogusławski. To wszystko spowodowało, że ta impreza na pewno przejdzie do historii. I to w stulecie gali. Ze względu lokalizację , w drugiej części imprezy nie było stolików z przypisanymi miejscami dla każdego, tylko szwedzki stół. To spowodowało, że wszyscy zaczęli się natychmiast integrować. A gości było wyjątkowo wielu, grubo ponad tysiąc osób.
– Wychodziłeś na scenę w tzw. prime time’ie, relacja na żywo, cała Polska przed telewizorami, ale rozumiem, że na człowieku mediów nie robi to większego wrażenia.
– Robi! Jestem w „Przeglądzie Sportowym” prawie 30 lat, ale po raz pierwszy wręczałem Czempiona. Ba, po raz pierwszy wręczałem jakąkolwiek nagrodę i od razu na takiej scenie. Z wykształcenia jestem filologiem i pewnie niepotrzebnie mi do głowy weszło, że jak idzie się te piętnaście metrów do mikrofonu i zobaczyłem tę wielką scenę, wielką galerię i cały Teatr Wielki, to właśnie Moniuszko i wszyscy wielcy twórcy mi się przypomnieli. Dodatkowo ta muzyka, orkiestra i zupełnie niepotrzebnie to sobie do głowy wrzuciłem. Masz 15 metrów do przejścia, ale koncentrujesz się – niepotrzebnie oczywiście – żeby się nie potknąć.
– Wyniki plebiscytu. Czy one są dla Ciebie zaskoczeniem?
– Odpowiem tak: krążyły wcześniej jakieś nieoficjalne informacje (śmiech)…
– Które mówiły, że…
– … że Klaudia Zwolińska do dnia gali prowadzi po tym tradycyjnym głosowaniu. I to prowadzi dosyć wyraźnie.
– Mówimy o głosowaniu internetowym na stronie PS, gdzie można było oddać jeden głos dziennie z jednego IP.
– To jedno, ale również o głosowanie z kuponów w gazecie. Tych kuponów było prawie sto tysięcy w tym roku. Bardzo dużo jak na gazetę tradycyjną. Najwięcej od wielu lat. I to jest fajne, że ludzie wrócili do takiej tradycji. Przecież to jest jakiś wysiłek, jakaś fatyga, bo trzeba gazetę kupić, wyciąć i wypełnić kupon, a potem go wysłać. A internetowe kliknięcie nic nie kosztuje, trwa pięć sekund. Wysyłając tradycyjny kupon pokazujesz jakąś determinację w głosowaniu.
– Zatem przed galą wiedzieliście, że Klaudia Zwolińska i jej kajak wysunęli się na prowadzenie.
– Tak, ale trochę się obawiałem, że ona przegra w głosowaniu SMS-owym, w którym uczestniczy ten zdyscyplinowany elektorat, a taki posiada wielu sportowców.
– Napięcie rosło. Kiedy prowadzący ogłosili pierwszą ósemkę…
– No właśnie. Wyobraźmy sobie, że drugie miejsce zajmuje Zwolińska. I wtedy byłoby wszystko jasne, że na pierwszym będzie Iga Świątek. Ale stało się inaczej, bo Iga znalazła się na miejscu drugim. I wszyscy zaczęli kombinować, co teraz? Stało się jasne, że wygra czarny koń. Tylko kto z tego grona wyświetlanego na tablicy?
– Klaudia okazała się czarnym koniem tego plebiscytu?
– Tak, ale ona sportowo zasługuje na to pierwsze miejsce. Jeśli to przeanalizujesz od strony sportowej, trzy medale mistrzostw świata w tym dwa złote! I to w tak trudnej dyscyplinie. Ładnie o tym powiedział jej narzeczony Grzegorz Hedwig, że kajakarstwo górskie to tak, jakby lekkoatleta uprawiał czterysta metrów płaskie, czterysta metrów przez płotki i na przykład rzut młotem. Kto się interesuje sportem, ten to doceni. Ona naprawdę jest gigantem, takim klasycznym sportowcem.
– No i jeszcze jeden aspekt tego zwycięstwa. Kajakarstwo górskie pod względem oglądalności w porównaniu z tenisem – o piłce nożnej nie wspominam – to dyscyplina ciągle niszowa.
– Ale takie zwycięstwa się zdarzają. Np. w 2008 r. – czyli roku olimpijskim – wygrywa plebiscyt Robert Kubica. Czyli nasze złote medale olimpijskie okazały się przez kibiców mniej cenione. Robert wygrał wówczas w Formule 1 Grand Prix Kanady, a to robiło wielkie wrażenie, bo to pierwszy Polak, który zwyciężył w tym sporcie. Klaudia miała wcześniej srebrny medal olimpijski i wydawało się, że jeśli nie wygrała plebiscytu w roku olimpijskim, to straciła tę szansę i może dopiero po Los Angeles stanąć przed kolejną. Ale nie, okazało się, że ona była w stanie wygrać w roku nieolimpijskim. I zrobiła coś takiego, że rozwaliła system! I wszystkim zagrała na nosie – Lewandowskim, Kubicom, no i Świątek. I to jest fajne. Mnie to bardzo cieszy, chociaż wiem, bo czytam komentarze, że kibice różnie oceniają zwycięstwo Klaudii. No, ale taka była wola głosującego ludu.
– Wątek regionalny. Masz chyba dodatkową satysfakcję. Po raz drugi w historii wygrała sportsmenka z szeroko pojętej Sądecczyzny.
– Tak, wcześniej była Justyna Kowalczyk, która wczoraj dostała Czempiona Stulecia, a generalnie miała najwięcej zwycięstw indywidulanych w plebiscycie. Justyna to dziewczyna z Kasiny Wielkiej, a Klaudia z Kłodnego, powiat limanowski, a nawet gmina Limanowa. Urodziła się w Nowym Sączu, ale pewnie tylko dlatego, że w Kłodnem nie ma szpitala (śmiech).
– Przedstawiona została jako góralka, choć mieszkańcy Kłodnego, Limanowej i Nowego Sącza to nie górale.
– Dokładnie. Ale ona szybko to wytłumaczyła, dlaczego tak mówi, co mi się też spodobało, że nie tworzy mitologii, tylko wyjaśnia – dlatego „góralka”, że jest kajakarką górską. Naprawdę, bardzo mnie to cieszy. Może ja na starość (śmiech) robię się taki sentymentalny i coraz bardziej utożsamiam się z moją ziemią rodzinną, moim matecznikiem.
– Byłeś pewnie gdzieś w kuluarach gali i nie mogłeś tego słyszeć kiedy przed uroczystością w telewizji Justyna Kowalczyk wymieniła Klaudię w gronie kandydatów do zwycięstwa.
– Nie, nie słyszałem o tym. Może coś wiedziała (śmiech). Miała takich samych informatorów jak ja. Oczywiście żartuję. Może wspomniana tożsamość lokalna odezwała się w Justynie, takie życzeniowe myślenie.
Rozmawiał Wojciech Molendowicz
Fot. PIOTR KUCZA/FOTOPYK/NEWSPIX.PL
Na zdjęciu: Antoni Bugajski wręcza statuetkę Superczempiona Natalii Partyce
Czytaj też:
Klaudia Zwolińska Sportowcem Roku!


























































































































































































































