W dniach, kiedy Nowy Sącz dyskutuje nad egzystencjalnym pytaniem, czy wolno zwalniać dyrektorów w miejskim ratuszu, korci mnie, żeby oddać się przedświątecznym rozmyślaniom o nieśmiertelnym bycie dyrektorskich stołków.

Nie będę tu jednak rozbierał na czynniki pierwsze dokonań zwolnionych z urzędu dyrektorów, ani też analizował prawa nowej władzy do doboru kadr. Dla zilustrowania tego prostego i naturalnego w przyrodzie procesu posłużę się własnym przykładem. Jako zwalniany w przeszłości dyrektor mam w tym zakresie pewne doświadczenie i pojęcie trochę więcej niż mgliste. Ba, jestem czystej wody praktykiem.

Prezydent w tekście

Otóż w bardzo podobny do ostatnich szarych poranków 2010 r. do sądeckiej redakcji „Dziennika Polskiego” przyjechała z Krakowa delegacja na wysokim szczeblu. Po przywitaniu wyciągnęła z teczki dokument, który położyła przede mną z lakonicznym komunikatem: „Panie dyrektorze, tu jest pańskie wypowiedzenie, proszę podpisać i oddać nam jeden egzemplarz”. Być może w tym krótkim niczym błysk flesza momencie poczułem się podobnie jak dyrektorzy zwalniani niedawno z sądeckiego ratusza.

Dzisiaj już tego dokładnie nie pamiętam, bo z perspektywy czasu samo wręczenie wypowiedzenia wydaje mi się zupełnie nieistotnym epizodem. Przez chwilę może smakuje jak strzał z liścia w lewy policzek, czyli podobny zabieg jaki dopiero co zastosowali kibice Legii względem własnych piłkarzy.

Oczywiście Nowy Sącz
nie dyskutował nad zwalnianiem dyrektora „Dziennika”, podobnie jak nie dyskutuje nad losem dziesiątków innych dyrektorów zwalnianych z sądeckich firm. W prywatnych wolno zwalniać i nic nam do tego. Z państwowej posady zwolnić nie wolno? Jak się mogę domyślać na granicy pewności, wielu osobom moja dymisja sprawiła wówczas niemałą satysfakcję. Ok, ludzka rzecz cieszyć się, że to jednak ktoś inny dostał bęcki. Jak się szybko okazało, największą jednak satysfakcję tamto wypowiedzenie sprawiło mi. Któż to mógł bowiem przewidzieć, że właściciele gazety przygotowują grunt pod sprzedaż „Dziennika Polskiego” niemieckiemu wydawcy i dla obniżenia kosztów osobowych wietrzyli przed transakcją redakcję z kogo się tylko dało. Niebawem stało się oczywiste, że zabieg wyciągnięcia dyrektorskiego stołka spod mojego tyłka był raczej prezentem od Pana Boga, niż karą za jakieś domniemane nieudacznictwa. Zgodnie ze strategią nowych właścicieli, DP zniknął z krajobrazu nie tylko Nowego Sącza i na co dzień sięga tu po niego jakaś garstka koneserów, którzy pasjonują się po tygodniu wynikiem dzisiejszego meczu. Jak widać nowy właściciel miał prawo zrobić z całkiem przyzwoitym produktem, co tylko chciał. Choćby uciąć mu nogę i spokojnie patrzeć, jak się wykrwawia.

Z perspektywy wylanego dyrektora (ja jako były) dzisiejsza histeria wywołana wręczaniem ratuszowych nominacji i denominacji wydaje mi się szumem wiatru na przełęczy Passo Pordoi. Między nami dyrektorami mówiąc i nie próbując nikomu doradzać, w takiej sytuacji najlepiej usiąść na jakiejś wysokiej górze, podłożyć pod pupę wypowiedzenie, żeby portki nie przemokły, i patrzeć jak obok przepływają chmury. Za chwilę wyjdzie słońce.

Czytaj „Dobry Tygodnik Sądecki” - kliknij i pobierz bezpłatnie cały numer:

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie