GAZETA DO SŁUCHANIA! Kobieta z wigorem. Sześć kilometrów marszu w zaspach

Staram się budować w sobie pokój...

 

- Proszę sobie wyobrazić młodą kobietę, wykształconą, która powraca z Krakowa na wiejskie gospodarstwo. Kiedy idzie kupić mleko do sąsiadki, ta jej odpowiada: „Jak się kształciłaś, to se radź”. I mleka nie sprzedaje. Kobieta zakasuje więc rękawy, kupuje krowę, kury, sadzi grządki. Taka była moja mama. To od niej nauczyłam się zarządzania, radzenia sobie w każdej sytuacji i obchodzenia się małym – opowiada „Dobremu Tygodnikowi Sądeckiemu” WIESŁAWA BORCZYK, prezes Sądeckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

PROTEUSSMARZ

 

- Uważa się Pani za kobietę spełnioną, kobietę sukcesu?

- W sumie, mogę powiedzieć, że tak. Mam poczucie, że udawało mi się być we właściwym czasie, we właściwym miejscu i, co najważniejsze, z właściwymi ludźmi. Uważam, że w dużym stopniu to, co dziś nazywa się sukcesem – choć osobiście nie lubię tego słowa, wolę mówić o pozytywnej drodze życia i jej efektach – zawdzięczam temu, że zawsze znajdowałam się wśród bardzo dobrych, przyzwoitych ludzi. Niektórzy z nich byli dla mnie mentorami, autorytetami, choć oni nawet nie są tego świadomi. To ludzie, których słuchałam na wykładach, prelekcjach, konferencjach – znałam często nie osobiście, ale ex cathedra czy czytając ich książki, publikacje. W takim kontekście mówię o tych właściwych ludziach, którzy wnieśli wiele dobrego do mojego życia, mojej zawodowej i społecznej aktywności.

- Dziś młodzi zapytani, kto dla nich jest autorytetem, nie potrafią odpowiedzieć. Zdarza się, że jako synonim traktują słowo autorytet i celebryta. Kto więc konkretnie był dla Pani autorytetem?

- Młodzi rzeczywiście mają z tym problem. Myślę, że ma na to wpływ szeroki dostęp do informacji, w tym mediów społecznościowych, gdzie wszelkie wiadomości pojawiają się tam na chwilę i są zaraz zastępowane kolejnymi, bardzo pobieżnymi. Brakuje więc czasu na refleksję, analizę - czy i  jaki ta informacja oraz to, kto ją podaje, ma na mnie wpływ. O autorytetach zwyczajnie się nie myśli. Co więcej, młodzi często sami siebie już uważają za autorytet. Trzeba byłoby więc postawić pytanie, jak w ogóle oni to pojęcie rozumieją. Może część odpowie, że dla nich autorytetem jest święty Jan Paweł II. To funkcjonuje jednak na innej płaszczyźnie – wiary i tradycji narodowej. Ale czy ktoś powie, że autorytetem jest dla niego na przykład Henryk Sienkiewicz albo zwykły człowiek z otoczenia – może rodzice, ksiądz, nauczyciel, wykładowca? Tak, zdecydowanie za mało się o tym mówi.

- To kto więc był dla Pani autorytetem?

- Z liceum w Skawinie pamiętam moją nauczycielkę języka polskiego Jadwigę Wawszczak. Polonistka, która naprawdę była w stanie wywołać w młodzieży zainteresowanie literaturą, zachęcić do czytania. Podpowiadała, oprócz lektur, wiele innych pozycji, do których warto zaglądnąć. Nie robiła tego w sposób narzucający, ale epizodycznymi stwierdzeniami: „Jak chcecie poczytać więcej na ten temat, to informacje znajdziecie tu i tu”. Była też profesor Zuzanna Gajda, historyczka. Jak ona wspaniale prowadziła zajęcia! Na tamte czasy bardzo nowocześnie. Pokazywała jak to, co dzieje się w Azji, w Stanach Zjednoczonych, ma wpływ na nasze sprawy. To był rok 1968, żyliśmy w zamknięciu. Wydawało się, że poza naszym krajem są jeszcze sąsiedzi Czechosłowacja, Niemcy i Rosja, a właściwie Związek Radziecki, i więcej nic. Ona otwierała oczy na świat, na życie ludzi w prawdziwym świecie. Przez to im byłam starsza, tym moja ciekawość światem wzrastała. Wystarczy, gdy sięgnę pamięcią, co wówczas czytałam: „Polityka”, „Życie Literackie”, „Przekrój” i jeszcze „Dziennik Polski” - to była w naszym domu codzienna gazeta. Tata pracował w Krakowie, więc ją przywoził. Pewnie byłabym zupełnie innym człowiekiem, gdybym na swojej drodze nie spotkała tylu wspaniałych nauczycieli, a później, na studiach, wykładowców, wśród których było wielu wybitnych krakowskich profesorów.

- A w jaki sposób to, w jakim domu Pani dorastała, wpłynęło na Pani życie?

- Tak, wspaniali ludzie, których spotykałam, i to, co wyniosłam z domu, mnie ukształtowało. Wychowanie ma ogromne znaczenie na nasze przyszłe życie. Działając w Stowarzyszeniu SUTW, spotykam się z wieloma sytuacjami, które skłaniają mnie do refleksji. Przychodzi do mnie kobieta, w moim wieku, i żali się, że jej syn się rozwodzi. Zamieszkał z nią i zaczął dysponować jej życiem. Zabrał emeryturę. Zagroził, że jeśli składki za udział w zajęciach na uniwersytecie się podniosą, będzie musiała z nich zrezygnować. Współczułam jej, bo wiem, ile kosztowała ją ta rozmowa. W swoim żalu, ta kobieta komentowała szerzej, że nie sądziła, że syn się tak wobec niej będzie zachowywał. Robiła rachunek sumienia, jak wychowała swoje dziecko.

- Wrażliwość na ludzi i ich sprawy to cecha, jaką wyniosła Pani z domu?

- Z pewnością tak, jak również umiejętność radzenia sobie w każdej sytuacji. Mama była nauczycielką, tata ekonomistą. W rodzinie nieraz opowiadano, jak zimą mamę wozili saniami do szkoły, a gdy sań nie było, sześć kilometrów potrafiła iść piechotą w zaspach. Kiedy mnie urodziła, a później kolejną trójkę mojego rodzeństwa, przestała uczyć. Zajęła się prowadzeniem domu. Proszę sobie wyobrazić młodą kobietę, wykształconą, która powraca z Krakowa na wiejskie gospodarstwo, w Radziszowie. Kiedy poszła do sąsiadki kupić mleko, ta jej odpowiedziała: „Jak się kształciłaś, to se radź”. I mleka nie sprzedała. To dobrze zapamiętałam, bo nie sądziłam, że ludzie potrafią być też i okrutni. Mama wiedziała, że z jednej pensji taty trudno będzie utrzymać coraz liczniejszą rodzinę. Zaczęła więc tak prowadzić dom, by stać się niezależną od innych. Uczyła przy tym, że trzeba obchodzić się małym, czyli jak cię na coś nie stać lub czegoś nie masz, to musisz się umieć zadowolić tym, co jest. Z roku na rok obserwowałam, jak rozrastają się grządki w naszym gospodarstwie, pojawiają krowy, kury. Mam przed oczami obraz mamy ratującej małego pisklaka, który zachłysnął się jedzeniem. Na targu w Skawinie mama kupowała sto pisklaków i chowała je w przyziemiu domu, przy lampach, zanim nie dorosły i można je było wypuścić w pole. Biegnie z tym pisklakiem do kuchni, mówiąc do niego: „Ty nie możesz zdechnąć, nie dam ci, maleńki, zdechnąć”. Ona do wszystkiego dochodziła sama. I tak nauczyła się  zarządzać domem, że niczego nam nie brakowało.

- Pani miała swoje obowiązki w gospodarstwie?

- Każdy z nas miał. Ponieważ byłam najstarszym dzieckiem, ode mnie zawsze wymagano najwięcej. To chyba normalna kolej rzeczy. Kiedy mama uległa wypadkowi - bo pomagała sąsiadce nosić trawę i tak niefortunnie upadła, że uszkodziła kręgosłup – to ja przejęłam wszystkie jej obowiązki. Dodatkowo doszło jeszcze doglądanie, czy mamie nic nie brakuje. To też wydawało mi się naturalne. Mimo niedyspozycji mamy, funkcjonowaliśmy bardzo dobrze - gospodarstwo na tym nie ucierpiało. Dzięki temu do dziś jestem bardzo zorganizowana. W ciągu godziny potrafię zrobić pranie, ugotować obiad i upiec ciasto. Zapyta pani, czy od swoich dzieci też tego wymagałam? Niespecjalnie nawet musiałam. Moje trzy córki widziały, jak ja pracuję, jak zarządzam domem i  czasem. Wszystkie są dobrze wykształcone, doskonale też potrafią gotować, upiec ciasto tak jak i ja, a wcześniej moja mama, babcie i prababcia. W ogóle jak wracam pamięcią do tego, jak żyły moje babcie, to aż trudno porównywać to do dzisiejszych czasów. One, prowadząc gospodarstwo, zawsze były aktywne i zorganizowane. Nieraz spałam u babci i już o piątej rano słyszałam dochodzącą z jej pokoju modlitwę „Kiedy ranne wstają zorze”. Później szła do obory, oporządzić zwierzęta. Wracała, robiła śniadanie, pranie, sprzątanie. Dalej, jechała na targ, a także często pracowała w polu.

- A gdzie w tych Pani obowiązkach w gospodarstwie był czas na naukę?

- U nas w domu nauka była zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli w tym czasie były ważne prace do wykonania w gospodarstwie, mama szła i robiła je sama. Jeśli nie było to nic pilnego, mówiła, że zrobimy to jutro, teraz jest czas na przygotowanie się do klasówki. Jako nauczycielka nie akceptowała innych niż najwyższe oceny. Po powrocie ze szkoły musieliśmy się rozliczyć z postępów w nauce. Ja na szczęście zawsze lubiłam się uczyć. Kiedy pierwszego września szliśmy do szkoły odświętnie ubrani, mama stała w oknie i płakała. Myślę, że bardzo chciała kontynuować pracę w szkole, że to było jej niespełnione marzenie. Dlatego tak wielką wagę przykładała do naszej nauki. Pamiętam, że zanim recytowałam wiersz na rozpoczęcie roku w szkole, najpierw deklamowałam go na stole w kuchni. Nauczycielki pytały później, kto mnie tak nauczył i czyj to wiersz. A ja tylko odpowiadałam: „Mama, mamy”. Do dziś mam ten wiersz w swoich szpargałach. Wtedy nie przywiązywałam do niego żadnej wagi, dziś czytam go i stwierdzam, że to nie był byle jaki wierszyk. Mama naprawdę kochała swój zawód i literaturę.

- Skąd decyzja, by studiować prawo?

- Pierwsze dokumenty złożyłam na Akademię Górniczo-Hutniczą na nowo otwarty kierunek – ceramika. Wówczas wychowawca klasy musiał poprosić moją mamę na rozmowę, bo wiedział, że mnie samej nie przekona do zmiany tego wyboru. Wie pani, co to moda i jak działa na młodych? Ja jej uległam. To tak jakby dziś, czasem wbrew sobie, iść na informatykę, programowanie, czy co tam teraz jest modne. Wychowawca mówił więc mamie: „Musi ją pani od tego odwieść, ona ma predyspozycje, by być lekarzem, prawnikiem, człowiekiem, który wychodzi do ludzi, a nie bawi się w inżynierię ceramiczną”. I mama skutecznie, widząc moje zainteresowania językiem polskim, historią i geografią, namówiła mnie na prawo.

- Co z tej ceramiki zostało?

- Czasem lubię sobie na ceramiczne rzeczy popatrzeć (śmiech).

- Całe życie była Pani aktywna zawodowo. Nie chciała Pani pójść na emeryturę i już nic nie musieć robić?

- Był taki okres w moim życiu, kiedy czułam się wyczerpana. Prowadziłam swoją kancelarię radcowską, a drugą część dnia poświęcałam sprawom stowarzyszenia. Nie sądziłam, że SUTW tak mnie będzie absorbował. Szybko się rozrastał, a wraz z tym dochodziły nowe obowiązki. Nie miałam siły na wszystko i zdecydowałam się złożyć dokumenty o emeryturę. Kiedy mi ją przyznano (po blisko 45 latach pracy), wcale nie przybyło mi wolnego czasu. Zaczęły go wypełniać sprawy polityki senioralnej, w którą się zaangażowałam. I nie żałuję. To piękny okres w moim życiu, kiedy uczestniczyłam w zarządzaniu z najwyższej półki, czyli ustawianiu kierunku polityki państwa pod kątem ludzi starszych. Wcześniej tego nie było. Znów uczyłam się nowych rzeczy, ale i z mojej wiedzy korzystali inni. Jak tak spojrzę na moje życie, to muszę przyznać, że miałam szczęście cały czas się rozwijać, poznawać coraz to nowe rzeczy. Pamiętam jak szef Andremy [byłe przedsiębiorstwo produkujące i sprzedające odzież na skalę międzynarodową – przyp. red.] zaproponował mi pracę. Opierałam się, bo stwierdziłam, że się na tym nie znam. Prowadziłam sprawy urzędowe, o sprawach spółek handlujących z całą Europą nie miałam pojęcia. Zdecydowałam się na trzy miesiące próbne, zostałam siedemnaście lat. Do dziś mam w uszach jego słowa, które wypowiedział, gdy zaczynałam pracę: „Masz tak prowadzić sprawy: jak najmniej sądów, jak najwięcej ugód i porozumień”. Te słowa towarzyszyły mi w mojej karierze radcowskiej już zawsze. Przez całe życie w sądzie byłam zaledwie kilka, no może kilkanaście razy. Ot, taki ze mnie nietypowy prawnik. Większość spraw udawało mi się tak wyprowadzić, by nie angażować w to sądów. Może narażę się wielu kolegom tym, co powiem, ale czasem lepiej odpuścić, coś stracić, niż wpaść w tryby sądowe.

- SUTW w ubiegłym roku obchodził jubileusz 15-lecia. Jak nikt, jego członkowie, mają poczucie przemijania. Czy nietaktem będzie zapytać, czy przez ten czas „wychowała” Pani swojego następcę?

- Cieszę się, że udało się stworzyć politykę senioralną i emeryci już nie są pozostawieni sami sobie, że ten okres życia nie jest nastawiony na odchodzenie. Nie tracę przy tym świadomości, że jesteśmy na finiszu życia. Co nie jest łatwe. Szczególnie, gdy słyszy się, że ta koleżanka umarła, ten kolega już nie żyje. W styczniu skończyłam 71 lat. Staram się budować w sobie pokój i proszę Boga, żebym nie musiała być ciężarem dla nikogo - leżąca, niedołężna czy sparaliżowana. Oczywiście to nie zajmuje  całkowicie mojego myślenia, ale mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy jest. Zastanawiam się więc, kto powinien dalej poprowadzić stowarzyszenie. Wciąż jednak trudno mi tę kwestię rozstrzygnąć. Wiem, że 30 czy 40-letni menadżer może sprawnie zarządzać stowarzyszeniem. Współpraca międzypokoleniowa jest niezbędna i tak jest w Sądeckim UTW. Mam jednak poczucie, że funkcję prezesa powinna pełnić osoba w wieku senioralnym. Tylko taka potrafi bowiem zrozumieć problemy starszych.

- Człowiek nad instytucję.

- To dewiza, którą kierowałam się wszędzie, gdzie pracowałam. Nigdy nie chciałam rozmawiać przez instytucje, tylko z człowiekiem. I tak też chciałabym, żeby dzieło SUTW było kontynuowane.

 

WIESŁAWA BORCZYK wychowała się w Radziszowie koło Skawiny, ukończyła studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W 1975 r. przeprowadziła się do Nowego Sącza, gdzie pracowała jako radca prawny m.in. w Urzędzie Wojewódzkim, Sądeckiej Strefie Usług Publicznych, spółce Andrema, Starostwie Powiatowym, Muzeum Okręgowym, a później w swojej kancelarii. Należała do założycieli stowarzyszenia na rzecz utworzenia powiatów i województw, uczestniczyła w zespole organizacyjnym Związku Powiatów Polskich. W 2004 r. z jej inicjatywy powstał Sądecki Uniwersytety Trzeciego Wieku, którego jest prezesem, a w 2007 stanęła również na czele Ogólnopolskiej Federacji UTW. W 2009 r. zainicjowała  coroczną, międzynarodową konferencję Forum III Wieku na Forum Ekonomicznym w Krynicy Zdroju.

 

Przeczytaj także o innych inspirujących kobietach w specjalnym wydaniu "Dobrego Tygodnika Sądeckiego" - Sądeczanka. Pobierz BEZPŁATNIE:

WIŚMAŁA2020

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.