Gazety słuchasz dzięki firmie WIŚNIOWSKI

31 maja 2019 r. dobiegła końca pewna epoka. Bezszelestnie dobiegła końca w Łącku i nawet bez jednego plusku na tym odcinku Dunajca, który płynie przez Sądecczyznę. Może terminu „koniec pewnej epoki” użyliśmy nieco na wyrost, ale na pewno wymieniona na wstępie data oznacza przełom przynajmniej w dziedzinie forsowania rzek w naszym regionie. Bo od 1 czerwca 2019 r. przestała funkcjonować w Łącku przeprawa łodzią przez Dunajec, chyba ostatnia taka na Sądecczyźnie. Pozostał już tylko prom motorowy Wytrzyszczka-Tropie.

Renault2

Przeganianie z rynku pracy

Nieubłagany postęp cywilizacyjny, tak upragniony w skali społecznej, akurat Józefa Steca zawsze gonił, doganiał i przeganiał z rynku pracy. Bo za młodu Józef Stec trudnił się flisactwem. Nauczył się tego od ojca. Zbijali 20-30 pni w tratwę i spławiali do Marcinkowic, gdzie znajdowało się składowisko i skąd bale wędrowały dalej do Wisły, a stamtąd kto wie, dokąd jeszcze. Cała ta gałąź gospodarki wodnej runęła, a ludzie potracili zajęcie i zarobek, odkąd upowszechniły się silne i wytrzymałe jak woły ciężarówki marki Praga, które wypchnęły rzeki i flisaków z branży transportu drewna.

A kiedy Józef Stec najął się do przewozu ludzi przez rzekę, to z kolei rząd i samorząd złośliwie pobudowali tyle mostów i utwardzili tyle dróg, że promy kolejno potraciły rację bytu. A konkretnie Stecowi zaszkodzili zawsze winni wszystkiemu cykliści, gdyż to właśnie dla nich Unia Europejska, ta przebrzydła gadzina, stworzyła i dofinansowała program budowy ścieżek rowerowych, a w ramach tego programu – na pohybel przeprawie promowej w Łącku – postawiła łukowatą kładkę rowerową, z jakiej zaczęli korzystać ci, których dotychczas to Stec osobiście przewoził przez Dunajec.

 

Flotylle łódek

Sam pamięcią nie sięga tak daleko, ale wieść gminna mu doniosła, że przed wojną w tym samym miejscu, to znaczy na szlaku z Łącka na Dzwonkówkę, przewoził łodzią przez Dunajec niejaki Mrówka. Po nim, o ile się nie myli, nastał klan Jasiukowskich: małżonkowie Franciszek i Zofia oraz ich niezliczone dzieci, z których Stec spamiętał Henka i Hankę. Tak, tak: kiedy chłopy były w polu, to prom obsługiwały wtedy kobiety. Potem wciąż wozili Jasiukowscy, kolejno Wojciech i Józef. Wszyscy dotychczas z Łącka.

Dopiero po nich rządy nad promem objęli maszkowianie. Bo Józef Stec jest z Maszkowic. I pamięta jak po Dunajcu uwijały się ławice łodzi: - Mnóstwo ich się unosiło – powiada. Może nie było ich tyle, co dżonek w porcie w Szanghaju, ale gęsto pływali rybacy i flisacy, a prawie każdy z rolników, mieszkających blisko rzeki, zwłaszcza na jej prawym brzegu, miał łódkę, żeby szybciej przedostać się na drugą stronę i piechotą nie nadkładać drogi po próżnicy.

Opowiadał mi 60-letni gospodarz przy nadbrzeżnej posesji Czerniec 61, że jak był chłopakiem, to i jego rodzice mieli łódź. Na drugą stronę przepływali nią członkowie rodziny, a nieraz zabierali się sąsiedzi. Płynęło się na pych kawałek w górę rzeki, przy samym brzegu, gdzie woda płytsza i nurt mniej wartki, a potem puszczało się z prądem, który sam znosił łódź na przeciwną stronę. Ale inni, z którymi rozmawiałem, dodali, że właśnie z rodziny mojego rozmówcy utopiła się kiedyś w czasie takiej przeprawy kobieta.

 

Na pych wzdłuż liny

Do roboty na promie Józef Stec przyjął się w 1990 r. Najpierw posłano go na przeszkolenie do Żeglugi Rzecznej w Krakowie. Było trochę teorii, natomiast z praktyki jedynie pływanie łódką po Wiśle, a to miał już przecież opanowane z Maszkowic. Dziwne, że nie było zajęć na żadnym promie.

Zaczął z początkiem września - pamięta, że przewoził dzieci zdążające na pierwszy dzień roku szkolnego. Najpierw robił w Maszkowicach, a gdy w jego wsi zbudowano most, przeprawa łodzią zaczęła mijać się z celem. Toteż od 1996 r. przerzucono go na prom w Łącku, gdzie robili we trzech – oprócz niego młodszy brat Tomasz i sąsiad z Maszkowic Józef Babik.

Prom w Łącku nie był motorowy, lecz miał konstrukcję linową: zakotwiczoną w obu brzegach plecioną linę stalową o przekroju przynajmniej 30 mm rozciągnięto nad nurtem; tę główną linę przewleczono przez pętlę cieńszej cumy przypiętej do łodzi; przewoźnik przeprawiał łódź na drugą stronę na pych, czyli przy pomocy drąga o długości 5-6 m, zwanego szprychą; pomagał prąd wody, który unosił łódź wzdłuż liny, dzięki czemu przesuwała się ona na niej od brzegu do brzegu. I cała filozofia.

Łodzie były dwie: większa, drewniana - na 6 pasażerów plus przewoźnik oraz mniejsza, metalowa - na 4 plus 1. Stec i razem z kolegami trochę łodzi zapływali na śmierć techniczną. Drewniane wytrzymywały 5-6 lat i butwiały od wilgoci. Pamięta, że pierwsza była dziełem Józefa Klimka, stolarza z Maszkowic. Szkutnikiem wprawdzie nie był, ale miał wprawę, bo robił łodzie dla siebie i dla mieszkańców. Nie można narzekać – nie przeciekały. Przy Klimku nauczył się Stefan Podobiński, następny stolarz z Maszkowic, i to on zrobił następne łodzie dla przeprawy w Łącku.

 

Przerwy w kursowaniu

A ten Podobiński to wnuk przewoźnika rzecznego w Jazowsku, za którego doszło tam do okropnej tragedii: w 1949 r. utonęły – według ówczesnego kronikarza, prezesa OSP w Jazowsku Jana Zaremby - 24 osoby przewożone na pokładzie tamtejszego promu, w tym pomocnik głównego przewoźnika. Szczęśliwie na zmianie Józefa Steca na promie w Łącku nie doszło do żadnego wypadku, nikt się nie utopił. Stec starał się przestrzegać bhp, gdyż zawsze zgrozą przejmowały go opowieści o zatonięciu w Jazowsku. No, ale tam były okoliczności obciążające: przepełnienie ludźmi wracającymi z nabożeństwa wielkanocnego, wiosenne wezbranie wód i zdaje się, że urwanie liny...

W Łącku o tym, czy rzeka nadaje się do przepłynięcia, każdorazowo decydował dyżurujący przewoźnik według uznania. Jeśli woda była za duża albo spływały kry, to kursowanie promu zawieszano do odwołania – aż do ustąpienia zagrożenia. Ku radosze dziatwy szkolnej, której trafiały się nadprogramowe ferie.

 

A ryby to, panie, wiadrami...

Ale to stare dzieje, bo zmiany klimatyczne dają się we znaki. Ostatnia wielka powódź była w 1997 r. Woda podeszła aż pod domek na przystani – musiało być jej z 5 metrów ponad stan. A teraz to cięgiem ino susze i wody jak na lekarstwo. W ciągu 20 lat ubyło przynajmniej z półtora metra wody. Może jeszcze nie da się przejść suchą stopą, ale w lecie przejechać furmanką już tak – wystarczy omijać głębie i kierować się od mielizny do mielizny, od garbu ze żwiru do garbu.

Kiedyś było więcej wody, to i ryb zatrzęsienie. Nie tylko sztucznie zarybione pstrągi-tęczaki i lipienie, jak teraz, lecz naturalne bogactwo gatunków: świnki, brzany... Mnóstwo ludzi łowiło i uzupełniało ubogi jadłospis. Kiedy lody puszczały, to kra tyle ryb wyzabijała, że można było wiadrami zbierać. Teraz pozostali hobbyści – jesienią brodzą wędkarze muchowi w woderach.

Zaś kry przestały płynąć, kiedy powstała zapora w Czorsztynie. A taka góra lodowa to potrafiła przecież zatopić Titanica... Zresztą od chyba 10 lat nie było takich mrozów, żeby rwący Dunajec mógł zamarznąć. Bo kiedyś jak zamarzł, to ludzie autami przejeżdżali, a co odważniejsi to nawet po lodzie brawurowo driftowali.

 

Pędzenie na środku Dunajca

Za czasów Steca przeprawa promem była zawsze bezpłatna – czasem tylko ludzie zostawiali wolne datki. Prom i przewoźników utrzymywała w Łącku gmina. Ale z roku na rok prom tracił popularność. Kiedy Józef Stec zaczynał, czynny był w godzinach od 5 do 21, później o godzinę krócej, ale tylko w lecie, bo w pozostałe pory od 6 do 16. Bo i ludzi do przewozu ubywało. Kiedyś rano przewoził 20-30 osób: dzieci szkolne, ludzi do pracy, gospodynie na targ i zakupy. I to samo po południu z powrotem. Jesienią dochodzili grzybiarze, a późną wiosną, latem i wczesną jesienią - turyści. Bo prom znajduje się na trasie żółtego szlaku na Dzwonkówkę. Nieraz były to całe wycieczki, więc trzeba było namachać się w tę i we wtę.

Ale Stec nie sypie anegdotami z rękawa, z jego skąpych wypowiedzi wynika, że przewóz ludzi łodzią przez Dunajec był zajęciem upiornie nudnym. Nic tylko pływanie tam i z powrotem, a czasem konserwowanie liny towotem. Pozostawało wypatrywanie klienteli przez okno budki nad przystanią, małego domku drewnianego o rozmiarach altany, wyposażonego w piecyk, fotel, leżankę, radio i telewizor. A kiedy przewoźnik nie dostrzegł klienta, bo mgła albo ciemno, ten mógł na przeciwnym brzegu szarpnąć za linkę i wtedy w budce odzywał się dzwonek. Albo wołać: - Hop, hop, podaj łodzi! I głos niósł się po wodzie.

Dawniej ludzie przewozili towary większe gabarytem, np. krowę, ale za czasów Steca już się nie zdarzało. Z ciekawszych rzeczy pamięta jedynie parnik, jaki umieścili na łodzi filmowcy, kręcący dokument o śliwowicy. Że niby w Łącku pędzi się wszędzie, nawet w łodzi na środku rzeki...

Potem ludzie wyposażyli się w samochody, a władze asfaltowały drogi i można było jeździć naokoło. Infrastruktura robiła się coraz bardziej gęsta w mosty. Pieszy ruch turystyczny zmalał. I w końcu Zakład Gospodarki Komunalnej poszukał oszczędności. A że akurat Józefom Stecowi i Babikowi wybił wiek emerytalny...

 

A na końcu wszyscy umierają

Stec chwalił sobie tę pracę, bo nieciężka. No chyba, że łódź tak obmarzła lodem, że trzeba było dużej siły, żeby ją ruszyć z miejsca. Lecz to już coraz rzadziej, bo zimy robią się, panie, coraz lżejsze. Zaś latem całkiem przyjemnie: z góry słońce, od rzeki ochłoda. Ale żeby zaraz tęsknił... Co to, to nie – może tylko ma lekki sentyment, ale nawet nie, bo napatrzył się już na wodę po dziurki w nosie.

Rok temu na tablicach i słupach ogłoszeniowych przylepiono nekrolog jednobrzmiącej treści, że w związku z oddaniem do użytku pobliskiej kładki rowerowej "z dniem 1 czerwca 2019 r. zawiesza się regularny przewóz rzeczny międzybrzegowy na rzece Dunajec w miejscowości Łącko". I było po wszystkim. Szczęśliwie się złożyło, że Józefowie Stec i Babik akurat nabyli uprawnień emerytalnych, więc wycofanie promu z użytku odbyło się bezboleśnie. Obyło się też bez uroczystości i oficjalnego pożegnania. Nikt nie odprawił egzekwii nad promem-nieboszczykiem, nikt nie uronił łezki, więc niniejszym czynimy to my – w „Dobrym Tygodniku Sądeckim”.

Dziś na przystani pozostały po promie zaledwie lina, łódź i domek. Będą butwieć i rdzewieć, bo nie ma tam żadnego dojazdu i nikt ich raczej nie wywiezie. Normalną koleją rzeczy natura je zutylizuje i tak trafią do jej wiecznego obiegu... W życiu jest właśnie tak: nie ma happy endów - zawsze i wszystko kończy się źle, bo na końcu wszyscy umierają!

IRENEUSZ PAWLIK

Pobierz najnowsze wydanie "Dobrego Tygodnika Sądeckiego" i czytaj za darmo gdzie chcesz:

 

 

GRADZIEL

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.