Pod Justem znalazła miłość. Rozpoczynała 33 wiosnę życia, kiedy jechała po śmierć

Gdy latem 1939 roku, w kościółku na Juście, pani pilot - Janina Dowbór-Muśnicka przysięgała miłość lotnikowi - Mieczysławowi Lewandowskiemu, nikt nie myślał, że będą razem tylko przez 50 dni i że wkrótce Janka wyruszy w drogę krzyżową, która za 10 miesięcy, w dniu jej urodzin zakończy się po drugiej stronie doczesności. To tutaj, w Beskidzie Sądeckim przeżyła najpiękniejsze chwile swojego życia.

WSB2020

Mietek pochodził z Krakowa. Był podoficerem rezerwy lotnictwa i instruktorem szybowcowym. Szkolił miłośników latania pod Górą Just. Janka urodziła się 22 kwietnia 1908 r. w Charkowie. Była córką dowódcy 1. Korpusu Polskiego w Rosji - przywódcy Powstania Wielkopolskiego - generała Józefa Dowbór – Muśnickiego.

Generał wychowywał trójkę dzieci sam. Z troską ale po męsku. Jego żona - Agnieszka zmarła, gdy Janka miała 12 lat. On sam poszedł za Agnieszką w 1937.

W testamencie napisał: „Moje dzieci winny pamiętać, że są Polakami, że pochodzą ze starej szlacheckiej i pięciowiekowej nieskazitelnej przeszłości i że ich ojciec dołożył wszelkich swych możliwości dla wskrzeszenia Polski w jej chwale i potędze. Ma za to prawo żądać od swego potomstwa, by nazwiska naszego niczym nie splamiło”.

Słowa ojcowskiego testamentu Janka miała w sercu do samego końca swojej drogi.

Zanim straciła tatę, poznała przyszłego męża.

Spotkali się w 1936 roku, podczas pokazów szybowcowych w Tęgoborzy. W tym samym roku zdobyła dyplom Wyższej Szkoły Pilotażu. Mietek patrzył w nią jak w obraz. Była wysportowana, jeździła na nartach i konno, grała na organach, śpiewała no i latała. Była też ekspertem w dziedzinie radiotelegrafii.

- Jako licealistkę ojciec zabierał ją na zawody lotnicze do Ławicy koło Poznania. Już w 1930 roku skoczyła ze spadochronem z wysokości 5 tys. metrów. Według relacji ówczesnej prasy była pierwszą kobietą, która z takiej wysokości skoczyła – wspomina Józef Grajek, prezes Towarzystwa Pamięci Generała Józefa Dowbór-Muśnickiego.

Janka i Mietek chcieli razem zamieszkać i razem się zestarzeć. Po ślubie pojechali na krótki „miesiąc miodowy” w Bieszczady. Później Janina wróciła w rodzinne strony - do Poznania aby przygotować się do mistrzostw szybowcowych, które miały się odbyć we wrześniu w stolicy. Mistrzostwa przepadły, bo wybuchła wojna. Ona była w Wielkopolsce. On w Małopolsce. Nie wiedzieli, że już nigdy się nie zobaczą. Chciała walczyć jak jej ojciec, wypełnić jego testament. Spakowała małą walizeczkę, kupiła węgiel na zimę i zostawiła Mietkowi karteczkę z prośbą aby zaopiekował się mieszkaniem.

Minęli się. Lewandowski przyjechał do wynajętego mieszkania przy ul. Niecałej w Poznaniu niedługo po tym, gdy ona zamknęła za sobą drzwi. Czekał na żonę przez kilka dni, ale doczekał się tylko żołnierzy Gestapo. Wywieźli go do Generalnej Guberni. Udało mu się uciec do Francji, a później do Anglii, gdzie służył jako starszy sierżant pilot w 307 Dywizjonie Myśliwskim Nocnym "Lwowskich Puchaczy" i w 305 Dywizjonie Bombowym "Ziemi Wielkopolskiej". Po wojnie szukał Janki, ale nie znalazł ani jej, ani jej grobu.

Nie miał pojęcia, że 22 września pani porucznik Lewandowska wraz z żołnierzami 3 Bazy Lotniczej z Ławicy wpadła w ręce Rosjan. Że początkowo więziono ją w Ostaszkowie, a 6 grudnia 1939 r. przewieziono do Kozielska...

Miała w obozie oddzielne pomieszczenie. Chodziła na tajne nocne nabożeństwa do budynku dawnej cerkwi. Wypiekała z chleba hostie do komunii świętej. Jak wspominają ci, po których zostały notatki i nieliczni ocaleni – trzymała się dzielnie.

Z obozu w Kozielsku codziennie odjeżdżał w nieznane autobus. Pewnego dnia kazano do niego wsiadać przyjaciołom Janki. Chciała jechać z nimi. Nie wiedziała, że podróż kończy się w lesie w Katyniu. W końcu wyczytano również jej nazwisko. Pojechała.

Wyprowadzili ją z autobusu z rękami związanymi tak, aby każde szarpnięcie zaciskało na szyi pętlę.

Dwóch enkawudzistów wzięło ją pod ręce, trzeci strzelał…

Jedyna kobieta - jeniec z Kozielska, Janina - lotniczka rozpoczynała 33 wiosnę swojego życia w dniu, w którym strzał w tył głowy zgasił jej życie. Spadła. Do kolegów. Do Kazka Szczepkowskiego, który chwalił ją, że dzielnie się trzyma i do Włodka Wojdy, który w obozie urządził dla niej ucztę z kawą z cukrem i chlebem.

***

W 1943 roku, podczas ekshumacji ciał polskich oficerów ze zbiorowego grobu w katyńskim lesie wydobyto ciało kobiety. Nadzorujący pracę antropolog prof. Gerhard Buhtz, kierownik Zakładu Medycyny Sądowej na Uniwersytecie Wrocławskim, zabrał ze sobą siedem czaszek pomordowanych osób, wśród nich tę jedną - kobiecą. Przeleżały we Wrocławiu sześć dekad.

63 lata po zbrodni katyńskiej genetycy i anatomopatolodzy z Zakładu Medycyny Sądowej rozpoczęli badania kilku czaszek pozostawionych im "w spadku" przez dwóch poprzednich szefów placówki - wspomnianego Gerharda Buhtza i polskiego naukowca Bolesława Popielskiego ze Lwowa.

Korzystając z komputerowej metody superprojekcji nałożono fotografię Janiny na czaszkę przywiezioną z Katynia. Wszystko się zgadzało. To była czaszka Janki. 4 listopada 2005 roku złożono ją do grobowca Muśnickich w Lusowie.

Historię jedynej kobiety, którą rozstrzelano w katyńskim lesie ocalili od zapomnienia m.in. Józef Grajek Założyciel i prezes Towarzystwa Pamięci Generała Józefa Dowbóra Muśnickiego wraz z żoną Anną. Dzięki nim do rąk autorki tekstu trafiła książka opisująca losy rodziny generała oraz historię Janiny Lewandowskiej.

Fot. Ze zbiorów IPN

 

Skok w tandemie z widokiem na jezioro i góry? Lotnisko w Łososinie ma nową atrakcję

MAGIK MAŁA

Wypowiedz się w tej sprawie

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.