Dobroczynność to niczego nie oczekiwać w zamian

O dobroczynności, o rewolucji w medycynie, o filmie "Bogowie" i innych ważnych tematach- rozmowa z prof. JANUSZEM SKALSKIM - kardiochirurgiem dziecięcym, dyrektorem Polsko-Amerykańskiego Instytutu Pediatrii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie

- Panie profesorze, jeszcze kilkanaście lat temu hasło „operacja serca” było zapowiedzią czegoś groźnego i skomplikowanego. Dzisiaj interwencja kardiochirurgiczna zaczyna się nam jawić jako rutynowy zabieg.

- Słowa „rutyna” i takiego stanu umysłu akurat bym się wystrzegał. Ale faktycznie to, co dawniej wydawało się poza naszym zasięgiem i możliwościami medycyny, w tej chwili podlega normalnemu leczeniu. Dzieci z poważnymi wadami serca przeżywają i operację, i bardzo trudny proces leczenia. Pamiętam moje pierwsze lata pracy w tym szpitalu, kiedy patrzyliśmy na medycynę zachodnią, głównie amerykańską, jak na niedościgniony wzór. Wydawało nam się, że nigdy nie uzyskamy takiego poziomu lecznictwa jaki był w Stanach Zjednoczonych w owym czasie, czyli na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Pamiętam te czasy, bo zaczynałem przygodę z kardiochirurgią i patrzyliśmy na Amerykanów jak na bożyszcza, a na medycynę amerykańską jak na odległą galaktykę, do której nigdy nie będziemy w stanie dotrzeć. Tymczasem dotarliśmy tam, zrównaliśmy się poziomem i w wielu dziedzinach mamy możliwość zaoferowania pacjentowi identyczne sposoby leczenia jak w USA. Możemy jeszcze troszkę niedomagać, bo startowaliśmy z bardzo złego poziomu i stopniowo nadrabialiśmy te ogromne straty, które wynikały ze straszliwego zaniedbania medycyny polskiej w komunie.

- W kilka lat nadrobiliśmy ten kosmiczny dystans?

- W szpitalu w Prokocimiu otrzymaliśmy niezwykłą szansę jaką chciałyby mieć różne ośrodki leczenia w Europie. Mianowicie, mieliśmy kontakt z najlepszą medycyną amerykańską, która tutaj się pojawiła za sprawą Project Hope - organizacji, która pomagała krakowskiemu szpitalowi. Dzięki temu mogliśmy śledzić najwybitniejsze osiągnięcia. Odwiedzał nas profesor William Norwood, który siedemnaście razy był w Krakowie i operował. On tutaj tworzył nową medycynę, przeprowadzał operacje pionierskie w skali światowej. To genialny chirurg, który był naszym mistrzem.

- Pamiętam koleżankę, która pod koniec lat 70. trafiła na operację serca do Prokocimia. Kiedy wróciła po kilku miesiącach była przez otoczenie traktowana jak przybysz z innej planety, jakby przeszła przez niemożliwe.

- Już to wyjaśnię. W czasach, o których pan opowiada, operowaliśmy wyłącznie proste wady serca, ale i one były wielkim wyzwaniem dla lekarzy. W tej chwili proste wady serca to jest materiał szkoleniowy dla młodszych lekarzy, którzy wchodzą w zawód. Prostych wad mamy obecnie bardzo mało, wśród tego, co trafia do kliniki. Kiedyś wady złożone w ogóle nie trafiały na stół operacyjny, bo umierały wcześniej. Nie miały szans na leczenie. Świat medyczny był przyzwyczajony, że są wady, które są nieoperacyjne.

- Taka diagnoza, to był wyrok?

- To rzeczywiście był wyrok, ale proste wady się operowało, choć jakaś śmiertelność zawsze była. W tej chwili (...)

Przeczytaj całą rozmowę w świątecznym wydaniu "Dobrego Tygodnika Sądeckiego":

 

SKILLEDBIKE

Wypowiedz się w tej sprawie