Dariusz Popiela: na kajaki z plecakiem pełnym książek

Rozmowa z Dariuszem Popielą, kajakarzem górskim, uczestnikiem Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 r., zdobywcą brązowego medalu Pucharu Świata w Ivrei we Włoszech (2016 r). W miniony weekend Dariusz zdobył srebrny medal podczas Mistrzostw Europy w kajakarstwie górskim w słoweńskim Tacen.

- Twoja przygoda z kajakami rozpoczęła się we wczesnym dzieciństwie. Między innymi dlatego, że pochodzisz ze sportowej rodziny.

- Tak, można powiedzieć, że sport to u nas tradycja rodzinna. Na kajakach pływał mój tato - Bogusław i wujek  -Henryk. Z kajakami wiąże się też prywatna tragedia: jeden z moich wujków utonął podczas treningu. To były lata 70. Nikt wówczas nie dbał o kapoki czy kaski. Po prostu przydarzył się tragiczny w skutkach wypadek, który tkwi w nas głęboko po dziś dzień. Ryzyko wypadków jest jednak wpisane w bycie kajakarzem. Choć samą miłość do sportu dziedziczy się właśnie po rodzinie. Zacząłem pływać na kajakach w dzieciństwie, w 1993 r., Wtedy traktowałem to bardziej jako zabawę. Pewnego razu wracaliśmy z rodzinnej wycieczki do Szczawnicy przez Wietrznice, koło Łącka, gdzie zaczynały się właśnie obozy kajakowe. Zostałem tam przez kilka dni. Bardzo miło wspominam tamten czas i  ludzi. Od początku moim motywatorem był tata. Tak jest do dziś. Kajakarstwo z zabawy przeradzało się stopniowo w moją pasję. Dziś jestem zawodowym kajakarzem.

- Dodajmy, że jednym z najlepszych.

- Cały czas walczę. Na koncie mam udział w finale Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Nie był to szczyt moich marzeń. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Miałem wtedy 23 lata, rok wcześniej zdobyłem młodzieżowe Mistrzostwo Europy. Brakowało mi jednak trochę doświadczenia. Bardzo chciałem załapać się na igrzyska, które odbędą się w sierpniu w Rio. Moja dyspozycja w tym roku jest bardzo dobra i do końca rywalizowaliśmy o miejsce z Maćkiem Okręglakiem zostawiając w tyle faworyta Mateusza Polaczyka. Zabrakło niewiele, a przede wszystkim punktów za poprzedni sezon, co w finalnym rozrachunku okazało się bardzo ważne.

Mówiąc o przygodzie z kajakami, która stała się moim życiem, nie sposób nie przywołać mistrza i mentora, który ukształtował mnie jako sportowca, śp. trenera Antoniego Kurcza. Był to dla mnie wzór do naśladowania. Piłkarze mieli Kazimierza Górskiego, kajakarze - Antoniego Kurcza. Dzięki niemu miałem zaszczyt w latach 1997-2002 przez 5 lat reprezentować Austrię. Trenowałem tam, poznawałem inny świat. Zabrał mnie tam właśnie Antoni Kurcz. Wpoił mi pewne zasady, którymi powinien kierować się sportowiec. Były dla mnie święte. Do dziś się ich trzymam. Relacja trener - zawodnik to bardzo ważna relacja, opierająca się na zaufaniu i wzajemnym poleganiu na sobie. Od wielu lat moim trenerem jest mój tata, z którym łączą mnie właśnie takie stosunki.

Antoni Kurcz był mistrzem w pełnym tego słowa znaczeniu. W ogóle miałem szczęście, bo podczas całej mojej sportowej drogi spotkałem wspaniałych ludzi, jak profesor Jerzy Żołądź z krakowskiego AWF-u oraz profesor Jan Blecharz. Mieli wpływ na moje życie, także poza sportowe.

- Kajaki były dla ciebie zabawą. Potem stały się sposobem na życie. Zawsze chciałeś zostać sportowcem?

- W zasadzie tak. Najpierw chciałem zostać piłkarzem. Początkowo uciekałem z treningów kajakowych na boisko, żeby grać w piłkę, ale dziś nie zamieniłbym kajaków na żaden inny sport, mimo że jest to ciężki kawałek chleba. Kajakarstwo jest w Polsce w podziemiu. Nie jest to sport pierwszych stron gazet, w Polsce mało się o tej dyscyplinie mówi. Tymczasem jest to jedna z bardziej widowiskowych dyscyplin, gdzie oprócz sportowego przygotowania mamy do czynienia z walką z żywiołem, jakim jest wzburzona, rwąca woda. Dlatego gdyby nie moja rodzina, nie byłbym w stanie trenować.

- Kajakarstwo jest sportową wizytówką Nowego Sącza...

- Owszem, mówi się w ten sposób. Wydaje mi się jednak, że jest wizytówką wtedy, kiedy jest taka potrzeba. Gdy trzeba poklepać po plecach, to tak. Od dawna słyszymy o obietnicach budowy toru. Jest to wizytówka niewykorzystana. My przywozimy medale z Mistrzostw Europy i Świata. Mamy zawodników, którzy przyczynili się do tego, że Sądecczyzna była i nadal jest zagłębiem kajakarzy. Wiele dokonań Sądeczan może nie tyle jest pomijanych, co nikną one w przekazie medialnym.

Czasami to, że ktoś doceni, zauważy sukces sportowca, to wszystko, na co możemy liczyć. Za kajakarstwem nie stoją duże pieniądze. Przez to, że kajaków nie pokazuje się w telewizji, ciężko jest pozyskać sponsorów. Dlatego duży ukłon należy się firmie Erbert, która od kilku lat mnie wspiera i pomaga w przygotowaniach. Prezesi Erbetu to ludzie pasji wspierający poczynania przedstawicieli rozmaitych środowisk. Bardzo cenię sobie spotkania z nimi. Podobnie jak rodzinna firma Centrum, czyli mój tata i wujek, którzy wspierają mnie od samego początku. Dzięki nim mogłem wziąć m.in. udział w tegorocznym Pucharze Świata. Jestem w pierwszej trójce w klasyfikacji generalnej. Przede mną jeszcze dwa Puchary i nie ukrywam, że chcę walczyć o generalkę. Łatwo nie będzie ale, jak już mówiłem, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Teraz ciężko pracuję, aby we wrześniu postawić kropkę nad „i”. Finałowy Puchar będzie decydujący.

- Jak często trenujesz?

- Sportowcem jest się 24 godziny na dobę. W grę wchodzi dieta, wysypianie się, odpowiedni tryb życia. Nie ma miejsca na zabawy, późne powroty do domu. Oprócz tego trzeba mieć jakiś kręgosłup moralny. Poza tym szkoda byłoby tych ciężko przepracowanych dni. Gdy robimy specjalizacje, siedzę na wodzie po około dwie godziny, gdyż tyle trwa jednorazowy trening.

Na ogół w ciągu dnia są dwa treningi, więc całość trwa od 4 do 5 godzin. Mamy też treningi ogólnorozwojowe, chodzimy na siłownię, jeździmy na rowerze. Nowy Sącz jest dla mnie bardzo dobrą bazą, mamy ładne krajobrazy, więc estetycznie treningi są świetne. Ważne jest dla mnie, aby nie było w treningu monotonii. Jeżdżę też oczywiście na obozy, gdzie szlifuję formę. Staram się, ze względu na rodzinę, aby nie trwały one dłużej jak 10-14 dni. To maksimum. Jednak w zimie - najtrudniejszym okresie dla kajakarza - muszę wyjeżdżać na miesiąc lub dwa. Wszystko zależy od okresu przygotowań.  W sierpniu, z racji tego, że nie mam igrzysk, będziemy robić wypady tygodniowe do Lublany na Słowenii i do Pragi.

- Gdzie najchętniej pływasz, przygotowując się do zawodów?

- Na pewno jednym z ulubionych moich torów i miejsc jest La Seu de Urgel w Katalonii, gdzie rozgrywały się Igrzyska w Barcelonie w 1992 r. Miałem tam okazję uzyskać kilka dobrych wyników, byłem 4. w Mistrzostwach Europy, do medalu zabrakło 0,2 punktu. Miło je wspominam, ponieważ podczas mojego tam pobytu urodziła się moja córeczka, więc mam do tego miejsca sentyment. Szczęśliwy jest dla mnie też tor we Włoszech, gdzie wywalczyłem brązowy medal w Pucharze Świata. Dobrze mi się pływa też w Krakowie, Lipsku, Pradze. Tam trenujemy, budujemy bazę, żeby na zawodach wszystko poszło jak należy. Oprócz tego jest dużo ciekawych torów, które powstają specjalnie na igrzyska. Są one bardzo wymagające i nowoczesne.

- Na koncie masz wiele sportowych sukcesów. Nieobce są Ci jednak inne dziedziny, jak np. historia. Studiujesz też prawo na Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.

- Jestem w zasadzie wiecznym studentem, no, teraz to może urlopowanym. Udało mi się wszystko tak z panią rektor poukładać, że mogę te studia skończyć. To dla mnie sprawa ambicjonalna. Nie chcę komuś czegoś udowadniać, tylko sobie. Od września będę już musiał się na uczelni pokazać i dopiąć sprawy związane z moim wykształceniem. Już niedużo mi zostało do finiszu. Chodzą mi po głowie jeszcze inne plany związane z historią. Kiedy zapisywałem się na prawo, myślałem, że będzie tam więcej historii i więcej przedmiotów humanistycznych. Tak czy inaczej, chcę skończyć prawo a potem popróbować sił w innych dziedzinach. Na moje humanistyczne pasje, a w zasadzie miłość do książek, miała wpływ moja pani od języka polskiego, która uczyła mnie w IV Liceum Ogólnokształcącym. Przed Igrzyskami w 2004 r., nie miałem jeszcze 18 lat, byłem przed maturą, podjąłem decyzję, by walczyć o olimpiadę. Maturę pisałem pół roku wcześniej. Musiałem mieć indywidualne lekcje z nauczycielami i zamknąć pół roku wcześniej całą czwartą klasę. Właśnie te indywidualne spotkania z panią profesor sprawiły, że pokochałem książki. Przedstawiła przede mną tak piękny świat, że mnie to mega wciągnęło. To, że dziś pasjami pochłaniam książki, to jej zasługa. Nie raz do niej dzwoniłem i dziękowałem za to, co zrobiła. Dziś bez książek nie wyobrażam sobie życia. Gdy jadę na jakieś zawody, jedzie ze mną plecak książek. Na każdy humor mam inne pozycje. Staram się też aktywnie działać wokół projektu Sądecki Sztetl, co jest dla mnie bardzo ważne!

Fot. Z arch. D. Popieli.

Rozmawiała Agnieszka Małecka

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie