Czułbym się speszony, gdy nazywano mnie hrabią

Czułbym się speszony, gdy nazywano mnie hrabią

Rozmowa z Jerzym Juliuszem Stadnickim – potomkiem słynnego rodu Stadnickich, z linii ze Żmigrodu koło Jasła. Jego dziadek – Józef – posiadał tytuł hrabiowski, podobnie jak jego babka Joanna rodem ze Stadnik koło Krakowa. Poeta, piosenkarz, kompozytor. Obecnie mieszka i tworzy w Szczawnicy, gdzie jest również przewodnikiem górskim.

– Ukończył Pan Wydział Inżynierii Lądowej na Politechnice Krakowskiej, ale całe życie poświęcił Pan twórczości poetyckiej i literackiej, do dziś Pan koncertuje. Kiedy zaczął Pan tworzyć?

– Literaturą byłem „nasycony” już od dzieciństwa. Pod koniec liceum, które skończyłem w Katowicach, zacząłem pisać wiersze „do szuflady”. Później wybrałem studia techniczne, ale nadal pisałem, były to wówczas teksty jak na młodego twórcę przystało, opisujące głównie sferę uczuciową. Muszę zaznaczyć, że politechnika posiadała swoich poetów. To tu studiował architekturę Marek Grechuta. Miałem tę przyjemność spotkać go, choć już wówczas był to artysta rozchwytywany. Tak więc studia i wstępne etapy tworzenia były do pogodzenia. Debiutowałem w wieku 21 lat jako gitarzysta i piosenkarz w krakowskim klubie „Pod przewiązką” – politechniki, zdobywając drugą nagrodę za interpretację. Do tej pory wydałem w sumie 8 książek, jeden zbiór opowiadań, 7 zbiorów wierszy. Udało mi się wydać 4 płyty z tekstami moich piosenek.

– Urodził się Pan w Siemianowicach Śląskich, do 19. roku życia mieszkał w Katowicach, później był Kraków. Ale w końcu wrócił Pan w rodzinne strony – skąd wywodzi się Pana ród. Teraz jest Pan przewodnikiem górskim w Szczawnicy, tu mieszka i tworzy. Tęsknił Pan za tym miejscem?

– Rzec można, że tu, jak i już wcześniej, poświęciłem się pisarstwu i częściowo muzyce. W Katowicach poznali się moi rodzice, ojciec był radcą prawnym i pracował w zarządzie Lasów Państwowych. To on wpoił mi miłość do gór i przyrody. W Katowicach zatem spędziłem moją młodość, ale z Małopolską zawsze byłem bardzo mocno związany. Stąd pochodziła moja babka Joanna Krystyna, właścicielka Wielkiej Wsi (siostra stryjeczna Adama Stadnickiego), z domu Stadnicka.  I w ten sposób jestem też spokrewniony z Nawojowską linią ze Stadnik. Z tej linii wywodził się też ostatni właściciel szczawnickiego uzdrowiska Adam hrabia Stadnicki, dla którego, jak wiadomo, Szczawnica była oczkiem w głowie. Po II wojnie światowej bywał tu często, spotkał się z doktorem Pawłem Kuklińskim.  Moja babcia wyszła za mąż za przedstawiciela innej linii Stadnickich, niespokrewnionych ze sobą. W Wojniczu pochowani są moi dziadkowie. Tutaj są moje korzenie. Natomiast ja wcześniej niewiele w tych stronach bywałem. Pierwszy raz wybrałem się w Pieniny z wycieczką szkolną, na spływ Dunajca. Miałem 18 lat i płynęliśmy Przełomem Dunajca, jeszcze z Czorsztyna. Jako student odwiedziłem Szczawnicę na Akademickich Konfrontacjach Twórczych. Były to wówczas spotkania studentów, na początku swej drogi twórczej z zawodowymi aktorami, poetami, filmowcami. Bardzo dobrze wspominam te czasy. Poznałem wówczas wielu, wspaniałych ludzi: m.in. Zbigniewa Kowalskiego, dzisiaj znanego jako Zbigniew Preisner. Szczawnicę, jako miejsce mojego zamieszkania, wybrałem znacznie później. Przywiodła mnie tu też praca, jako przewodnika górskiego. Chciałem uciec od wielkiej aglomeracji. Dodam, że niezwykła jest historia tego regionu.

– Może powinnam się do Pana zwracać Panie hrabio? (…)

Całość w „Dobrym Tygodniku Sądeckim”:

DTS 10 czerwca 2021 online

Filmoteka dts24

218 Videos