Rozmowa z o. Wojciechem Kowalskim, jezuitą z sądeckiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, autorem książki „Ukształtowany”.

- Wydawało mi się, że nie trzeba Ojca specjalnie przedstawiać, choć sam mówi Ojciec o sobie, że jest w Nowym Sączu świeżakiem.

BOCHENSKI

- To prawda, jestem tutaj trochę ponad pół roku. Nowy człowiek w nowym miejscu.

- Nowy Sącz jest dobrym miejscem?

- Dla mnie coraz lepszym, a to znaczy, że lepiej je przeżywam niż na początku.

- Wielu jezuitów, którzy tu wcześniej pracowali, zakochiwało się w Nowym Sączu.

- A ja zakochałem się w Tatrach, które są niedaleko i Nowy Sącz jest dobrą bazą wypadową w góry. Z każdym miesiącem mam jednak więcej dobrych wrażeń z tego miasta, a proste to nie było, bo wcześniej rozstałem się z miejscem, które pokochałem. Nie jest prosto przetransferować się z jednego miasta do drugiego i zostawić przeszłość. Pracowałem w Kłodzku – to historyczna perełka, jezuickie miasto poświęcone Franciszkowi Ksaweremu, naszemu świętemu misjonarzowi, a cała Kotlina Kłodzka to wyjątkowo urokliwe miejsce.

- Kazania Ojca w kościele kolejowym w niedzielę o 9:30 przyciągają wiele osób. W ten sposób narodziła się inicjatywa, by Ojciec przeprowadził konferencję dla wydawnictwa RTCK, a jej efektem jest również książka którą trzymam w ręku.

- Zostałem zaproszony przez RTCK by powiedzieć coś o profilu ucznia – taki temat stworzyliśmy. Zostało to nagrane, spisane i tak oto powstała książka.

- Na jej okładce możemy przeczytać kilka słów o Ojcu. M.in. takie określenie: „były punkowiec”.

- Słowo „były” sugeruje czas przeszły, kiedy to byłem czynnym punkowcem. Występowałem w punkowej kapeli, jeździliśmy na koncerty i był taki czas, że bardzo się utożsamiałem z tym, co ta kultura ze sobą niosła. Dzisiaj mam do tego bardziej sentymentalny stosunek, ale kawałek serca został ukształtowany przez ten etos punkowy.

- Były punkowiec i były karateka. Dlaczego były? Nie można być jednocześnie księdzem i karateką?

- Nie trenuję już karate, bo mam kontuzję kolana, ale być może kiedyś do tego wrócę. Chciałbym wrócić, pewnie na innych zasadach niż wcześniej, kiedy to było pięć treningów w tygodniu.

- Ludzie, którzy Ojca trochę znają, opowiadają, że Wojtek był niepokorny za młodu. Zbuntowany, księży nie lubił, jak któryś przychodził po kolędzie, to podobno mama prosiła, by się Wojtek nic nie odzywał.

- To prawda, nie lubiłem księży.

- „Nie lubiłem księży” - powiedział ksiądz katolicki.

- Pewnie to było wpisane w mój całościowy bunt skierowany przeciwko wszystkiemu. Jako młody człowiek szukałem autentyczności, ale mało jej wokół widziałem. W Kościele katolickim także. Widziałem, że wielu się modli, a po mszy św. są gotowi skoczyć sobie do gardeł. Podobnie patrzyli na świat moi znajomi z zespołu, pewnie w sposób odrobinę przerysowany, ale tak ten świat postrzegaliśmy. Dwudziestolatek myśli, że musi zmienić świat, bo ten istniejący nie pasuje mu. Dotyczyło to szkoły, społeczeństwa, pewnych klimatów w domu. Mówiąc krótko nic nam nie grało, więc trzeba to było wykrzyczeć, więc oberwało się przy okazji Kościołowi i księżom. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, to wówczas jako dwudziestolatek wiedziałem już wszystko i na każdy temat mogłem się wypowiadać. No więc dwudziestolatek nie wie wszystkiego, chociaż się na każdy temat wypowiada.

- A gdyby dzisiaj dwudziestolatek zapytał Ojca: „Ale co wy księża możecie nam powiedzie?”, to co by Ojciec zrobił? Zamieniły się życiowe role.

- Ja się czasami z takimi sytuacjami spotykam. Ale to chyba nie na tym polega dialog, że mam do kogoś dotrzeć i przykuć czyjeś ucho do moich słów. Spotkanie musi odbywać się na płaszczyźnie serdeczności. Jeśli chcemy się dogadać, to znajdziemy sposób, żeby się porozumieć. W dawnych czasach mieliśmy poczucie, że musimy stworzyć świat od nowa i wielu instytucjom i ludziom się obrywało. Ostatecznie niczego wielkiego żeśmy nie dokonali, ale myślę, że każdy okres ma swoich dwudziestolatków.

- To jest chyba naturalne, że dwudziestolatkowie buntują się przeciwko systemowi, a potem dojrzewają.

- Ale to nie znaczy, że stają się konformistami i nie mają ideałów. Tylko te ideały stają się nieco dojrzalsze, bo perspektywa się zmienia. Pewien mędrzec powiedział, że czuł potrzebę zmieniania świata aż do momentu kiedy odkrył, że najpierw musi zmienić siebie. Ale on to powiedział mając już kilka dekad życia na plecach.

- I nagle temu zbuntowanemu przeciwko światu Wojtkowi Kowalskiemu trener karate powiedział, że w Gliwicach są jezuici i może warto do nich zaglądnąć.

- Nie od razu tak się stało. Musiałem zrozumieć, że ten bunt młodego człowieka dotyczył zła, które było w środku. No więc zanim się do trenera zwróciłem był w moim życiu okres zmagania się z osobistym złem, czyli tym, co dzisiaj mogę nazwać grzechem. To był problem o wiele większy i groźniejszy niż jakikolwiek zły system na zewnątrz. No więc mając jakieś 24 lata i będąc po różnych przejściach na własne życzenie, odkryłem, że opresja jest we mnie. Wiesz jak to jest kiedy się człowiek kładzie spać i budzi z tym samym sercem, a to serce boli, jest niespokojne, obciążone jakimś syfem. Nie da się od tego uciec. Wobec bólu nie ma bohaterów – jak mówił George Orwel – i ja myślę, że coś takiego się u mnie pojawiło. Szukałem pomocy, już nie w krzyku i punkowych tekstach, tylko potrzebowałem lekarza od duszy. Mój instruktor karate był starszy o 10 lat, miałem do niego zaufanie,  więc mu powiedziałem, że mam smołę w sercu. I to on polecił mi jezuitów. Wówczas nawet nie wiedziałem, że byli w Gliwicach, skąd pochodzę, więc wysyłał mnie do Warszawy, na co byłem gotów. Byłem w takim stanie, że gdyby powiedział, żebym się spotkał z Marsjanami, to ja bym to zrobił. Sam nie był człowiekiem wierzącym, ale powiedział idź do jezuitów, bo to są skurczybyki i potrafią słuchać. Widocznie wyczuł, że ja potrzebuję kogoś, kto mnie wysłucha i zorientuje się, co się z gościem dzieje.

- I tak obolały Wojtek Kowalski zapukał do jezuitów.

- Myślałem o wyjeździe do Warszawy, ale któregoś dnia - tak od czapy - wstąpiłem do gliwickiej katedry, a nie był to czas, kiedy odwiedzałem kościoły. I tam spotkałem ubogiego człowieka, który rozdawał obrazki „Jezu ufam Tobie”. On biedny, ja biedny, więc zaczęliśmy gadać. Powiedziałem mu, że wybieram się do Warszawy do jezuitów, a on się zdziwił i powiedział, że na Kopernika w Gliwicach też są jezuici. I ten człowiek z obrazkami to był mój drugi mąż opatrznościowy. Można powiedzieć, że to przypadek, ale ja tak nie uważam.

- Poszedłeś po pomoc do jezuitów.

- Pamiętam nawet pierwsze pytanie jakie zadałem: „Mam 24 lata i czuję brak sensu, pustkę”. I gdyby ten ksiądz powiedział mi wówczas „Nie martw się Pan Jezus cię kocha”, to bym mu odpowiedział „wal się”. To nie był moment na takie słowa. Ja byłem człowiekiem na granicy, potrzebowałem jakiegoś kierunku, a on mi dał swoje ucho.

- A gdyby ten ksiądz nie miał wówczas czasu, albo gdyby to był ktoś inny…

- No i tam była próba czasu. Widziałem, że on spogląda na zegarek, nie pasuje mu, że jakiś gość z ulicy przychodzi i czegoś chce, a ja nie wyglądałem jak ministrant. Raczej jak człowiek zagubiony, jak Jim Morrsison.

- Ale po to też jest ksiądz, żeby dać swój czas i nastawić ucha.

- Może przede wszystkim po to. Powiedział: „Wojciech, ty taki wrażliwy gość jesteś, mamy fajne rekolekcje”. I ja pojechałem do ośrodka jezuickiego do Częstochowy na rekolekcje ignacjańskie. Kolejna osoba, której posłuchałem, a ja czułem, że nie ma na celu zrobienia mnie w konia, tylko daje mi pewną wskazówkę. Ja to odczytuję jako dobry sygnał, wejście na szlak, który ma gdzieś poprowadzić. Na tych rekolekcjach wydarzyło się coś przełomowego.

- Rekolekcje ignacjańskie są jednymi z trudniejszych.

- To nie miało znaczenia. Istotne było to, że znalazłem się na kolejnym etapie mojej drogi. A pamiętałem, że na początku był egzystencjalny ból nie do zniesienia. Wówczas szuka się pomocy u kogoś, komu się ufa. W moim przypadku pojawiały się osoby, które pokazywały kolejny krok do zrobienia. Powiem więcej: ja w tamtym czasie nie miałem pojęcia o istnieniu jezuitów.

- I do głowy Ci nie przyszło, że niebawem sam zostaniesz jezuitą?

- Niezwykłe, prawda?

- Dodajmy, że podczas ignacjańskich rekolekcji obowiązuje kilkudniowe milczenie. I w tej ciszy Wojciech Kowalski usłyszał głos. Tak było?

- Nie tak było. To, że nie można tam było mówić, bardzo mi pasowało, bo w tamtym czasie nie miałem za wiele do powiedzenia. Czułem się trochę jak kosmonauta, który wylądował wśród ludzi z innej bajki. Pojechałem tam w jednych ciuchach, w których chodziłem przez cały tydzień.

- Czułeś się tam nieswojo?

- No pewnie! Przecież ja przez siedem lat nie chodziłem do kościoła, zero sakramentów i nagle ląduję w takim miejscu. Dałem sobie szansę, czułem, że tam się coś musi wydarzyć. Miałem myśli, by przerwać rekolekcje i wyjechać, ale nie chciałem wracać do tego, co zostawiłem. Miałem wówczas osobiste trudności, z którymi się zmagałem, więc chciałem dokończyć te rekolekcje.

- Tysiące osób odbywają rekolekcje ignacjańskie, ale niewielu z nich zostaje jezuitami.

- Ja nie wiem, co się dzieje w ich sercach, oni mają swoją własną przygodę. Ja pojechałem na rekolekcje mając w głowie absolutny bajzel. I zmagając się z metodą modlitwy, milczeniem i tym, że muszę rozmawiać z kierownikiem duchowym, nagle w czwartym dniu pojawił się we mnie ogromny pokój. Byłem w kaplicy, miałem bajzel w głowie, wiem, że jest grzech za grzechem i nagle za darmo pojawia się pokój. Za nic! Ja tego pragnąłem, bo człowiek pragnie iść drogą, która ma serce, a w sercu pokój. A ja tego pokoju szukałem dotychczas w karate, muzyce, relacjach damsko-męskich. To wszystko było szczere – ok., ale nagle przychodzi do mnie prawdziwy pokój. Pan Jezus mówi o nim „Pokój, jakiego świat dać nie może”. I tego czwartego dnia nastąpił przełom. Ja się tam posmarkałem, poryczałem, bo sobie uświadomiłem, że za darmo otrzymuję pokój, który jest nowym życiem. Wówczas pomyślałem, że Pan Jezus – nie Pan Bóg, tylko właśnie Jezus – mówi do mnie: „Wojciech, nawarzyłeś browaru. Teraz razem go wypijemy”. W jednej sekundzie stało się dla mnie jasne, czym jest chrześcijaństwo – to jestem ja i On. Wróciłem z Częstochowy i już wiedziałem, że chcę być jezuitą. Zakochujesz się w kimś i natychmiast podejmujesz decyzję: „Wchodzę w to!”.

- Wróciłem do domu, przepakowałem plecak…

- Rekolekcje były w lutym 1998 r., a w marcu zameldowałem się na pierwszych rozmowach o wstąpieniu do zakonu. A wstąpiłem w sierpniu tego samego roku.

- Książka „Ukształtowany”, zdaniem osób, które ją czytały, jest również mocno osobista, jak historia, którą przed chwilą usłyszeliśmy.

- Skoro tak mówią, to pewnie tak jest. Nie taki był zamysł. Pierwotnie miałem mówić o św. Stanisławie Kostce, potem o profilu ucznia. Ale temat ewoluował, a ja nie mając tak naprawdę tematu, wiedziałem, jakie treści chcę poruszyć. Ostatecznie te rzeczy, które znalazły się w książce okazały się priorytetowe i chciały być wypowiedziane. Nie wiem, jaki będzie odbiór czytających. Jest tam opowiedziana pewna historia człowieka, który się zmaga ze swoją przeszłością, grzechem, niedoskonałością i z samym sobą. Ale w tym wszystkim obecny jest Pan, który się nigdy nie zniechęca, daje łaskę, podnosi i pokrzepia. Może ktoś czytając to odkryje, że w jego historii również obecny jest Pan, który się nigdy nie zniechęca. Bóg jakiego spotkałem w swojej sytuacji jest Bogiem miłosierdzia, a nie Bogiem, który grozi palcem. Mam nadzieję, że ktoś odnajdzie tam Ojca, który jest gotów zawsze wyjść naprzeciw. I taka jest główna myśl.

 

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

Wykorzystano fragmenty wywiadu dla Regionalnej Telewizji Kablowej.

Fot. RTCK, Dorota Czoch

Czytaj więcej w wydaniu Dobrego Tygodnika Sądeckiego na majówkę !

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie