Złamane kości, wybite zęby, głębokie rozcięcia i drastyczne kontuzje – przez ponad 20 lat w sportach walki Rafał Dudek widział już niemal wszystko. Tymczasem na cztery tygodnie przed najważniejszą walką w ostatnich latach, jego mistrzowski pas zawisł na włosku. Powód? Dramatyczna akcja ratunkowa na drzewie, w której główną rolę odegrał… jego własny, mruczący kocur.
Sądecki wojownik, który dopiero co świętował triumfalną i udaną obronę pasa mistrzowskiego, postanowił zrzucić bombę i opowiedzieć o kulisach przygotowań, które na miesiąc przed galą zamieniły się w prawdziwy horror.
Misja ratunkowa na wysokościach
Wszystko zaczęło się od incydentu, który brzmi jak scenariusz filmu komediowo-sensacyjnego, choć Rafałowi do śmiechu wcale nie było. Mistrz ruszył na ratunek swojemu pupilowi, który zaklinował się wysoko na drzewie. – Podczas ratowania mojego kota przed psem… tak, mój własny kot ugryzł mnie w rękę! Dobrze, że przy okazji nie spadłem z tych kilku metrów z drzewa! – relacjonuje już z dystansem Rafał Dudek. – Niby coś, co nie powinno się wydarzyć, a jednak się wydarzyło. Chyba tylko mnie mogą spotykać takie historie…
Dreny, antybiotyki i wyścig z czasem
Choć sytuacja brzmi anegdotycznie, konsekwencje były śmiertelnie poważne. Kocie ugryzienia są niezwykle niebezpieczne ze względu na bakterie, a dla zawodowego piściarza i kickboksera sprawność dłoni to absolutny fundament. Zamiast na salę treningową, Dudek trafił pod opiekę medyków. Sprawa otarła się o stół zabiegowy.
– Sytuacja była poważna. Dreny, zastrzyki, antybiotyki i kilka bardzo nerwowych dni – przyznaje Dudek.
Gdyby do tego nieszczęśliwego wypadku doszło kilkanaście dni później, fani mogliby zapomnieć o mistrzowskich emocjach. – Gdyby taki uraz przydarzył się 10 dni przed walką, najprawdopodobniej musiałbym wypaść z karty walk. Wyobrażacie sobie ten nagłówek? „Mistrz nie zawalczy przez… własnego kota!” – śmieje się nowosądecki wojownik, dodając, że byłby to prawdopodobnie pierwszy taki przypadek w historii sportów walki.
Sztab ludzi za plecami championa
Ostatecznie, dzięki ekspresowej i profesjonalnej pomocy lekarskiej, ręka wróciła do pełnej sprawności, a przygotowania mogły ruszyć z kopyta. Dudek podkreśla, że ten sukces ma wielu ojców, a kluczowa okazała się błyskawiczna reakcja doktora Marcina Marszałka oraz niezawodnego personelu szpitala w Gorlicach.
W codziennej walce o powrót do zdrowia i formy mistrza wspierali również lekarze: dr Jakub Stańczak, który bez przerwy monitorował przebieg leczenia, oraz dr Hubert Szurmiak. Z kolei o to, by mimo przymusowej przerwy waga i każdy kilogram się zgadzały, tradycyjnie zadbał Konrad Babij.
– W sporcie sukces nigdy nie jest dziełem jednej osoby. Za każdym zwycięstwem stoi grupa ludzi, którzy dokładają swoją cegiełkę do końcowego wyniku. Dziękuję lekarzom, całemu personelowi medycznemu oraz wszystkim, którzy pomogli mi wrócić do zdrowia. Dzięki Wam mogłem wyjść do ringu i obronić mistrzowski pas – podsumowuje sądecki wojownik.
Jak widać, droga na szczyt bywa kręta, a najtrudniejsi przeciwnicy nie zawsze czekają w ringu. Czasem mają cztery łapy, futro i na co dzień potrafią słodko mruczeć!
Czytaj także: „Myślałem, że będzie słabszy”. Rafał Dudek w wywiadzie prosto z szatni dla DTS24

















































































































































































































