Krew, pot i atmosfera zwycięstwa. Takie wywiady nie zdarzają się przed kamerami w świetle jupiterów – ich urok polega na tym, że rejestrują emocje w najbardziej surowej, autentycznej formie. Tuż po wyniszczającej, mistrzowskiej batalii w amfiteatrze, weszliśmy tam, gdzie wstęp mają tylko nieliczni. Wprost z gorącej jeszcze szatni, z pulsującą od kopnięć nogą, ale i z mistrzowską dumą, o trudnych momentach, ringowej „rdzy” i sile dopingu kibiców opowiada Rafał Dudek.
Michał Śmierciak: Jesteśmy świeżo po walce, rozmawiamy w szatni. Przede wszystkim powiedz, jak się czujesz?
Rafał Dudek: Czuję się fantastycznie! Oprócz tego, że noga mi pulsuje i bardzo boli, to wszystko jest świetnie.
Ta noga to jakiś poważniejszy uraz, kontuzja, czy po prostu zwykłe straty po bitwie?
– Zwykłe straty po bitwie. Noga jest obolała i spuchnięta, bo przyjąłem parę mocnych kopnięć. Ale taki już jest urok tego sportu, to normalny element walki.
W którym momencie poczułeś, że to jest Twój moment i że zaczynasz przejmować kontrolę nad walką, masz przewagę nad przeciwnikiem?
– Od drugiej rundy zacząłem w pełni realizować swój plan. W pierwszej rundzie trochę mu odpuściłem. Wiedziałem, że na początku mocno się na mnie rzuci i wystrzela z najcięższych ciosów. Kiedy zobaczyłem, że zaczyna już dyszeć, uderzyłem mocniej pod łokieć i od tamtego momentu stopniowo, krok po kroku, zacząłem go przełamywać. W czwartej rundzie, zgodnie z wcześniejszym założeniem, udało się go posadzić.
Czyli pierwsza runda to było typowe badanie gruntu, sondowanie przeciwnika, a od drugiej wszedłeś na swoje obroty?
Tak, dokładnie. Znamy przecież styl zawodników Muay Thai. Oni często rzucają się od samego początku, idą niezwykle mocno, żeby przełamać rywala. Mnie jednak mój przeciwnik nie przełamał. Postawił wszystko na jedną kartę, bo zagrał va banque. Wiedział doskonale, że im dalej w las, tym gorzej będzie to dla niego wyglądało.
Zaskoczył Cię czymś w oktagonie?
– Szczerze mówiąc, myślałem, że będzie jednak nieco słabszym zawodnikiem.
Słabszym, w sensie fizycznym?
– Pod każdym względem. Fizycznym, technicznym… Zakładałem, że poprzeczka będzie zawieszona odrobinę niżej, a on okazał się naprawdę dobrym, twardym rywalem.
A jak oceniasz swoją dyspozycję? Gdybyś miał wystawić sobie ocenę za ten występ, to jaka by ona była?
– Ciężko oceniać samego siebie. Na pewno zawalczyłem dobrze taktycznie, choć oczywiście popełniłem też kilka błędów. Chciałem to zrobić troszkę inaczej. Trzeba pamiętać, że ostatnio boksowałem, a w formule kickboxingu walczyłem rok temu. Musiałem więc zrzucić z siebie trochę tej ringowej rdzy. To się udało.
Słyszałeś ten potężny doping, który niósł się z amfiteatru?
– Tak, niesamowite wrażenie! Miałem poczucie, że klatka drży, a dach zaraz runie. Dla takich chwil, dla takich emocji właśnie to robię.
Wychodząc do ringu, byłeś pewny swego, czy towarzyszyły Ci jednak jakieś obawy lub niepewność?
– Jeśli mam być szczery, pojawiła się na początku lekka nuta niepewności. Wynikało to z tego, o czym mówiłem wcześniej. Spodziewałem się łatwiejszej przeprawy, a on od początku był bardzo niebezpieczny. Walka nie należała do łatwych, ale daliśmy radę.
Co teraz? Planujesz jakiś zasłużony urlop, wyjazd, czy od razu wracasz na salę treningową do swoich podopiecznych?
Już w poniedziałek wracam do pracy na sali. Prowadzę zajęcia od lat, bardzo dbam o moją młodzież. Staram się ich odpowiednio szkolić, budować w nich wytrwałość i jeździć z nimi na zawody. Po walce szybko wracam do szarej codzienności: tylko chwila na świętowanie, a od poniedziałku mocna praca.
Rafał, serdeczne gratulacje i wielkie dzięki za tę rozmowę!
Dzięki wielkie!
Czytaj także: Rafał Dudek efektownie nokautuje! Noc wojowników w Amfiteatrze [FOTOGALERIA]
































































































































































































































































































