
– Przełomem okazał się rok 2020 i pandemia.
– Dla wielu to czas, do którego woleliby nie wracać. Dla Pani – moment artystycznych narodzin.
– Dla mnie to było szczęście w nieszczęściu. Pandemia przyniosła mi przede wszystkim spokój tworzenia. W codziennym pędzie znalazłam w końcu czas – a właściwie zostałam poniekąd zmuszona sytuacją – żeby po prostu zacząć tworzyć. Ten spokój podszyty był jednak niepewnością i lękiem. Z połączenia tych skrajnych emocji powstała we mnie silna chęć wyrażenia uczuć w specyficzny sposób, wtedy dla mnie nowy. Najbardziej poruszające dzieła z wielu dziedzin sztuki nigdy nie powstawały wyłącznie na bazie pozytywnych emocji, prawda? No więc wtedy usiadłam, bo miałam w końcu na to czas i zaczęłam tworzyć to, co czuję. Nie szukałam tego stylu na siłę. Pierwszym obrazem był „Człowiek w słoiku” – metafora tamtego czasu. Przedstawia on człowieka zamkniętego w szklanym naczyniu, któremu brakuje tchu. Podczas gdy my byliśmy zamknięci w domach, przyroda za oknem brała prym, rozrastała się gęsto i dziko, dokładnie tak jak na obrazie.
– Pani twórczość oscyluje między jawą a snem. Jest w niej coś niepokojącego, surrealistycznego. Skąd bierze się ta oniryczna atmosfera?
– To naturalna ewolucja. Wcześniej malowałam bardzo klasycznie, malarsko. Jednak zabawa formą i kontrastowa grafika pozwoliły mi wypracować własny język wizualny, w którym czuję się dobrze. Te sny, symbole i mocna kreska to sposób na oddanie emocji, których nie da się ująć w proste ramy rzeczywistości. Zawsze chciałam moimi obrazami dotykać duchowości, a nie po prostu dokumentować rzeczywistość.
– Czy gdyby nie te kilka miesięcy izolacji, świat kiedykolwiek poznałby Pani wizje?
– Szczerze? Chyba nie. Gdyby nie pandemia, prawdopodobnie nigdy nie odważyłabym się na ten konkretny krok i nie zaczęłabym tworzyć w tym nurcie. To był moment, w którym rysowanie „do szuflady” przestało mi wystarczać. Temat też silnie związany był z tamtą specyficzną sytuacją. Ale kto wie, może jakaś inna okoliczność wyzwoliłaby wtedy tę potrzebę?
– Pani prace, choć surrealistyczne, mają w sobie niesamowitą dyscyplinę. Obok dzikiej przyrody pojawiają się elementy anatomiczne, wręcz biologiczne. Skąd ta fascynacja ciałem i strukturą?
– Biologia i anatomia zawsze mnie intrygowały. W moich pracach te światy się przenikają: uporządkowana, techniczna architektura, którą wyniosłam z zawodu, spotyka się z nieprzewidywalną, dziką tkanką biologiczną. Projektowanie ogrodów to przecież nic innego jak próba okiełznania biologii przez architekturę. W rysunku pozwalam tej naturze być nieco bardziej swobodną i dziką.
– Mimo że tematyka bywa mroczna, a obrazy czasem wręcz niepokojące – choć to moja subiektywna interpretacja – Pani rysunki są niezwykle precyzyjne i estetyczne. To zamierzony kontrast?
– Rzeczywiście, moje obrazy bywają niepokojące emocjonalnie, natomiast ja bardzo dbam o kompozycję. Zależy mi, żeby te prace były po prostu „ładne” dla oka, mimo swojej czasem trudnej tematyki. Unikam totalnego turpizmu. Szukam estetyki, która przyciąga widza. Chcę, żeby to była gra kontrastów – nie tylko czerni i bieli, ale też piękna, niepokoju czy nadziei – tak jak w życiu.
– Pani sztuka ma jeszcze jedną cechę: na obrazach jest zazwyczaj taka ilość elementów, że aby je wszystkie dostrzec, trzeba poświęcić na to sporo czasu. A gdy już coś „wyłapiemy”, okazuje się, że jest to element nie dość, że mocno osadzony w symbolice, to jeszcze połączony z innym, co tworzy zupełnie nowe znaczenie.
– Zgadza się, bo każdy obraz to taka mikrohistoria, która składa się z przynajmniej kilku symboli i znaczeń. Ale dokładnie o to mi chodzi. Lubię, gdy obraz można czytać wielokrotnie i za każdym razem znajdować w nim coś nowego.
– Zostańmy jeszcze przy symbolach. Niektóre wydają się bardzo konkretne, inne niemal oniryczne. Czy mają one zawsze ściśle określone znaczenie, czy to raczej wynik intuicyjnej twórczości?
– Jedno i drugie. Często zaczynam od konkretnego symbolu, który ma dla mnie jasne znaczenie, a potem obraz samoistnie obrasta symboliczną tkanką, utkaną w sposób zupełnie intuicyjny.
– Dla mnie Pani sztuka to przestrzeń zawieszona między jawą a snem.
– Tak, zdecydowanie. Często mam wrażenie, że ja tych obrazów nie wymyślam – one mi się po prostu pokazują, a ja, malując, wyrzucam je z siebie. Czuję się wtedy jak żywy przekaźnik.
– Czy to oznacza, że rysowanie jest dla Pani formą ucieczki?
– Raczej autoterapii. Kiedy rysuję, wyciszam się i wchodzę do swojego świata. Moje prace opowiadają o emocjach – lęku, niepewności, o tym, co nas gnębi w środku. Ale w tej czarno-białej grze, zawsze szukam światła. Ono symbolizuje nadzieję, która musi się pojawić nawet w najmroczniejszej wizji.
– Po części to właśnie ta nadzieja doprowadziła nas do tej rozmowy. Historia naszego spotkania jest naprawdę wyjątkowa. Namalowała Pani obraz i przekazała go na licytację dla Szymona – syna naszej redakcyjnej koleżanki, który jest po przeszczepie serca. To było szczególne dzieło, bo oprócz samego rysunku znalazło się w nim coś jeszcze.
– Wiedziałam, że głównym bohaterem tego obrazu będzie serce, bo o nie właśnie toczy się walka. Zaczęło się niewinnie od rysunku, a skończyło na czymś w rodzaju instalacji, ponieważ w środku kompozycji umieściłam lustro.
– Opowie Pani więcej o tej pracy?
– Obraz nosi tytuł „Z serca dla serca” i powstał z czystej potrzeby zrobienia czegoś dobrego. Centralnym punktem tej pracy jest anatomiczne serce wpisane w ludzkie, splecione dłonie, z którego wyrasta gęsty ogród. To symbol odrodzenia, witalności i nierozerwalnej więzi człowieka z naturą. Środek tego serca wypełniłam lustrem – kiedy ktoś w nie patrzy, sam staje się częścią tej historii.
– Licytację tego obrazu wygrała grupa Motosącz, w ramach której działa nasz redakcyjny kolega. To on odebrał dzieło, by przekazać je dalej. W ten sposób Pani praca trafiła do redakcji DTS, robiąc piorunujące wrażenie na wszystkich. Padła więc decyzja: „Z tą Panią musimy się spotkać i porozmawiać osobiście”. I oto jestem.
– Bardzo się cieszę, bo okazało się, że dobro, które przekazujemy innym, wraca do nas w najmniej oczekiwany sposób.
– Patrząc na dojrzałość tych prac, trudno nie zapytać o przyszłość. Jakie ma Pani plany związane ze swoją twórczością?
– Nie wiem. Na razie po prostu tworzę, bawię się tym i korzystam, że daje mi to radość i wolność. Mam mnóstwo nowych pomysłów w szkicownikach, choćby te na zamkniętą serię obrazów: znaki zodiaku czy mandragory. Wystawa? Nie mówię nie, ale muszę się do tego odpowiednio przygotować – zarówno pod kątem technicznym – wybrać prace, pewnie jeszcze sporo dorysować, jak i mentalnym. Jeszcze wczoraj moje prace widzieli głównie członkowie rodziny i przyjaciele, a dziś rozmawiamy więc kto wie, co przyniesie przyszłość.
Rozmawiała Sonia Groń



























































































































































































































