Miałem być lekarzem, a ostatecznie wybrałem muzykę

Miałem być lekarzem, a ostatecznie wybrałem muzykę

Starosądeczanin, pianista, kompozytor, na co dzień mieszkający w Nowym Jorku, związany z Nowym Sączem, gdzie ukończył I LO i szkołę muzyczną.

Rozmowa z Jakubem Polaczykiem.

– Kuba rzadko bywasz w Polsce?

– Raz-dwa razy do roku, to faktycznie nie jest tak często. W pandemii byliśmy z rodziną dłużej, ale to inna sytuacja. Generalnie przyjeżdżam latem. Teraz tak szybko policzyłem, że ostatni raz zimą byłem w Polsce 10 lat temu. I śnieg widzę pierwszy raz od tego czasu (rozmowa miała miejsce 28 listopada – przyp. red.). Najbardziej zdziwiony tym zjawiskiem był mój syn, który długo się bawił na śniegu.

– Twój syn urodził się w Stanach?

– Tak, w Nowym Jorku i śnieg to było dla niego zaskoczenie. Ale pięknie wygląda Nowy Sącz i Sądecczyzna w tym czasie zimowym.

– Głównym pretekstem obecnej Twojej wizyty jest 75-lecie Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Specjalnie na to wydarzenie zostałeś poproszony o napisanie symfonii.

– To prawda. Często jakiś historyczny element w historii był pretekstem do powstania utworu muzycznego. Na przykład Brahms pisał dla Uniwersytetu we Wrocławiu swoją akademicką uwerturę. Wiele jest takich utworów. W moim przypadku rektor Uniwersytetu Medycznego z Lublina poprosił mnie o taki utwór. Jednocześnie zostawił mi wolne pole artystyczne. To ciekawa sytuacja, bo 20 lat temu miałem tam studiować. Zadziwiająca historia! Miałem być lekarzem, a ostatecznie zdecydowałem, że będę muzykiem. Żeby było jeszcze ciekawiej, to dodam, że nigdy wcześniej nie byłem w Lublinie. Ostatecznie skomponowałem symfonię opartą na tekstach medycznych.

– Chciałeś zostać lekarzem?

– No właśnie nie wiem czy chciałem. Mój tata jest lekarzem więc bliska jest mi medycyna. Przed komponowaniem symfonii studiowałem teksty w bibliotece medycznej w Nowym Jorku. Powybierałem teksty od Hipokratesa, przysięgi lekarskiej po teksty noblistów. Inspirował mnie trochę znajomy lekarz z Nowego Jorku, Henryk Cioczek. On jest m.in. lekarzem polskich artystów. Piotr Beczała czy Andrzej Zieliński ze Skaldów, byli jego pacjentami, a teraz Seweryn Krajewski czy Stan Borys. Doktor Cioczek podpowiedział mi, żeby nazwiska noblistów zawrzeć w utworze i jest tam litania wszystkich, którzy dostali Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny. A w Lublinie zaśpiewali to medycy. Dla mnie był wielki stres. Orkiestrą Filharmonii Lubelskiej dyrygował wspaniały Wojciech Czepiel, pochodzący też z tych z tych stron.

– Dlaczego przeżywałeś stres siedząc na widowni?

– Ponieważ ja nie jestem odpowiedzialny za wykonanie utworu. Napisałem utwór, a potem pracują z nim inni. Np. chór medyków i wiele z tych osób nie znało nut. Oni musieli się nauczyć słuchowo tego utworu, co zabiera dużo więcej czasu. A mieli na przygotowanie tylko kilka tygodni. Ostatecznie wszystko się bardzo pięknie udało.

– Dlaczego rektor z Lublina wybrał właśnie Ciebie i zadzwonił do Nowego Jorku?

– Przez wspomnianego mojego przyjaciela doktora Henryka Cioczka. Henryk jest absolwentem lubelskiej uczelni i w rozmowie z rektorem powiedział: „Przecież mamy w Nowym Jorku odpowiedniego kompozytora”. Tak nawiązałem kontakt z rektorem.

– Dlaczego wybrałeś muzykę, a nie medycynę?

– W I LO w Nowym Sączu chodziłem do klasy matematyczno-informatycznej i w ostatniej klasie mieliśmy zakres biologii i chemii bardzo okrojony. Właśnie wtedy zdecydowałem, że to będzie muzyka. Ale zdawałem również na medycynę. Musiałem się bardzo długo przygotowywać i prawie nic nie zrobiłem przez ten rok muzycznie. Wówczas stwierdziłem, że czuję się zupełnie pusty. Czegoś mi brakuje. Ciężko żyć bez muzyki, bo ten rok poświęciłem na naukę biologii i chemii, żeby się przygotować do egzaminu.

– Kompozytor wygrał z lekarzem?

– Wygrał już chyba wcześniej. Kiedy miałem 18 lat, skomponowałem mój pierwszy utwór. Zawsze improwizowałem na fortepianie, nie wiedząc jeszcze, że improwizuję. Kiedyś ogłoszono konkurs kompozytorski w szkole muzycznej w Zawadzie i ja go wygrałem. Dla brata napisałem utwór na saksofon i fortepian. I to był mój pierwszy utwór. Później coraz więcej komponowałem. A nieco później poznałem Zygmunta Koniecznego, który zainteresował mnie piosenką.

– Legendarna postać polskiej muzyki.

– Tak, do Piwnicy pod Baranami do niego chodziłem. On mi dawał pierwsze lekcje kiedy byłem w Krakowie. Uczyła mnie również pani Irena Rolanowska, która przygotowała blisko dwudziestu pianistów na Konkurs Chopinowski.

– Twoje muzyczne zainteresowania to były m.in. studia podyplomowe muzyki komputerowej i audiowizualnej. Kończyłeś również muzykę filmową.

– Tak, w Łodzi.

–  A czym się najlepiej czujesz?

– W muzyce autonomicznej, klasycznej. Oczywiście napisałem również wiele piosenek, pisałem jakieś elementy do filmu, dla teatru piszę. Jednak na pierwszym miejscu jest muzyka autonomiczna, instrumentalna, instrumentalno-wokalna. Bardzo lubię też muzykę symfoniczną i orkiestrową. Zygmunt Konieczny radził, żebym zawsze jako kompozytor zaczynał od słowa. Kiedyś powiedział: „Ty świetnie się w tym czujesz! Może pójdziesz na muzykę rozrywkową?” No właśnie nie, bo muzyka rozrywkowa ma krótkie formy, dwie-trzy minuty. A ja chciałem pisać dłuższe utwory.

– Ale takie krótkie formy, piosenki również piszesz.

– Nawet często. Zdarza się, że w Nowym Jorku polskie piosenki piszę. Sprawa mi to dużą przyjemność. Takie rzeczy się szybko pisze, czasami wystarcza godzina. Oczywiście większego utworu, na przykład symfonii, w godzinę się nie napisze.

– A ile czasu potrzeba na symfonię?

–  Trzy-cztery miesiące.

– I wtedy pracujesz od rana do wieczora nad utworem? Chodzi za tobą to cały czas?

– To nie jest tak, że siadam i w tym konkretnym momencie pracuję. Każdy ma różne metody pracy. Dla mnie muzyka dzieje się mimochodem. Kiedy teraz rozmawiamy to też mam jakieś przemyślenia muzyczne. To pewnie działa też na moją ekspresję.

– Muzyka gra w głowie?

– Tak, bo przecież muzykę tworzy się w głowie. Od tego trzeba zacząć, od wyobrażenia sobie pewnych rzeczy, a potem się zapisuje to, co się stworzyło w wyobraźni.

– Czyli gotowy utwór?

– Prawie gotowy. Można z różnymi rzeczami eksperymentować i mieć zarys całości. Nad tym się długo myśli, bo jak wspomniałem, ten najważniejszy proces twórczy dzieje się w wyobraźni, w głowie. A czasami mi się śni.

– Muzyka ci się śni? Czyli musisz się obudzić i zapisywać?

– Niekoniecznie. Mogę rano jedno słowo zanotować i z tym zostać. Szczegóły się mogą zmienić, ale idea zostaje. Dalej mam jakieś wyobrażenia, co bym chciał napisać w przyszłości, ale jeszcze może nie jestem gotów. Często czasu brakuje. Czasami myśli, które mi przychodzą do głowy, mogę wykorzystać za jakiś czas. Są takie myśli i utwory sprzed paru lat, o których chciałbym napisać, ale nigdy się tego nie podjąłem.

– A masz je gdzieś zanotowane?

– Notuję czasami na komórce. Czasami na e-mail przesyłam słowa, albo na kartce notuję. Mam dużo takich luźnych kartek. I to jest wielki problem. Dobrze, że istnieje system cyfrowy i mogę to wrzucić do komputera. W Starym Sączu u babci i mamy są sterty moich nut i różnych szkiców. To zajmuje masę miejsca.

– Przeglądasz te notatki sprzed lat?

– Czasami przeglądam, choć nawet nie wiem, co tam napisałem. To są szkice, które człowiek notuje w danym momencie i może je odkodować tylko wtedy, bo to są zapisy bardzo sekretne. Jak widać zbyt sekretne.

– W pewnym momencie znalazłeś się w Nowym Jorku. Dla artysty, dla muzyka Nowy Jork to jest najważniejsze miejsce na świecie?

–  Nie wiem, czy najważniejsze, ale na pewno czołówka. Dawniej Paryż był takim miejscem, gdzie ściągali artyści. A dzisiaj takim Paryżem jest właśnie Nowy Jork. Jeśli mówimy o muzyce klasycznej, bo ludzie od muzyki filmowej zawsze jadą do Hollywood, do Los Angeles. Czy ja zawsze marzyłem o Nowym Jorku? Nie, to nie było tak, że koniecznie chciałem wyjechać do Nowego Jorku. Pierwszy raz do USA pojechałem, kiedy dostałem stypendium w Carnegie Mellon w Pensylwanii. Wyjechałem na dwuletnie artist dyplom jako pianista i kompozytor. A potem poznałem moją przyszłą żonę i spędziłem jeszcze rok w Kentucky. Moja żona jest architektem, ale również gra na skrzypcach. Akurat przeprowadzała się do Nowego Jorku i ja pojechałem tam za nią. Pół roku czekałem na wizę, ale przyjechałem do Nowego Jorku. Moja żona już tam pracowała, a ja zacząłem uczyć w konserwatorium.

– Twoja żona jest Amerykanką?

– Tak. Urodziła się w Chinach, skąd wyjechała jako dziecko i ma tylko  amerykańskie obywatelstwo. Nie ma chińskiego, bo nie można mieć dwóch. Ja jestem w lepszej sytuacji. Mogę mieć dwa obywatelstwa, więc mam polskie i amerykańskie. No więc bałem się trochę Nowego Jorku, koledzy mnie przestrzegali, że życie jest tam ciężkie i drogie. Myślałem sobie: „O rany, musimy do Nowego Jorku!? Już tam wszyscy są i akurat jeszcze my jesteśmy potrzebni!”. Ale polubiłem Nowy Jork i już ponad dziesięć lat tam mieszkamy. Tam się urodził nasz syn. Wielu artystów tam spotkałem, również polskich z różnych dziedzin, muzyków, malarzy i pisarzy.

– Urszula Dudziak?

– Oczywiście! Moja znajoma, która tworzy kapelusze, była projektantką kapeluszy dla Urszuli Dudziak i dla jej wcześniejszego męża Michała Urbaniaka. Poznałem i przyjaźnię się z doskonałym pianistą jazzowym Adamem Makowiczem. Mam tam wielu przyjaciół. Jesteśmy bardzo blisko, bliżej z ludźmi się jest w Stanach, w Nowym Jorku niż w Polsce. Czasami mam takie wrażenie, że artyści jednak nie trzymają się razem w Polsce. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jakoś nie pomagają sobie za bardzo.

– W Ameryce często się spotykacie?

– Tak. Jest taka karczma na Greenpoincie, gdzie wielu artystów się spotyka. To taka nowojorska „Piwnica pod Baranami”. Oczywiście to miasto jest pełne artystów z całego świata. Dużo pochodzi z Azji – z Korei i z Chin. W jednym miejscu mamy przegląd wszystkiego co najważniejsze w światowej sztuce. I choć się obawiałem, to teraz uważam, że Nowy Jork był dobrym wyborem. Trochę stało się to przez przypadek. Nie dążyłem za wszelką cenę, żeby mieszkać w Nowym Jorku. Po prostu tak się życie potoczyło.

– Miałeś okazję występować w legendarnym nowojorskim Carnegie Hall.

– Wielokrotnie. Mój utwór był tam grany ośmiokrotnie. Dwa tygodnie temu był koncert w Carnegie Hall, zorganizowany z okazji jubileuszu tysiąclecia Królestwa Polskiego. Tam zaprezentowałem dwa utwory – jeden na otwarcie, napisany dla chóru. Ciekawostka – tylko połowa dzieci z polskich rodzin mówi po polsku. I to też jest zadanie, żeby przez muzykę edukować. Kiedy dzieci uczą się, śpiewają po polsku choćby tylko fonetycznie, to zawsze jednak coś do nich dociera. To taka edukacyjna rola muzyki. Tego wieczoru był grany jeszcze mój utwór na skrzypce i fortepian. W Carnegie Hall czasami akompaniowałem też jako pianista, ze skrzypkami, z flecistą. Były tam również grane moje utwory na kameralne składy i na chór. Słowem – jest to wspaniała sala i historyczne miejsce. Kiedy pomyślisz, że tyle świetnych osób wchodziło tymi samymi drzwiami co ty, na przykład Horowitz, Artur Rubinstein…

Cały tekst przeczytasz w świątecznym wydaniu DTS:
[kliknij w okładkę, aby uruchomić pobieranie e-wydania za darmo]

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

Wykorzystano fragmenty wywiadu dla Regionalnej Telewizji Kablowej.

Zdjęcia: Archiwum Jakuba Polaczyka.

 

Filmoteka dts24

217 Videos