Talent dostałem od Boga. Nic w tej sprawie nie musiałem robić

Talent dostałem od Boga. Nic w tej sprawie nie musiałem robić

Z Aleksandrem Kłakiem, piłkarskim wicemistrzem olimpijskim z Barcelony, wychowankiem Dunajca, który po 40 latach wrócił na stałe do Nowego Sącza rozmawia Wojciech Molendowicz.

– No dobrze, przyznam się – trochę się wzruszyłem, bo nie widzieliśmy się ponad trzydzieści lat. Kiedy byłem początkującym dziennikarzem krakowskiego „Tempa”, a Ty młodym bramkarzem, jeździłem regularnie do Dębicy relacjonować mecze Igloopolu, gdzie wtedy grałeś.

– Ja też się wzruszam jak wspominam tamte czasy, kiedy z Nowego Sącza zostałem „porwany” w wieku 14 lat i pojechałem do Dębicy. Mówimy o czasach, kiedy uczyłem się wszystkiego po trochę właśnie tam. To był początek mojej kariery.

– Sentymentalnie się zrobiło. Dobrze, ale chyba powinniśmy zacząć od tego kulminacyjnego momentu. Jest 8 sierpnia 1992 r. Stadion w Barcelonie. Sto tysięcy ludzi na trybunach. Finał Igrzysk. Grałeś jeszcze później przy takiej publiczności?

– Chyba nie. No może w Rotterdamie kiedy miałem epizod w lidze holenderskiej, albo w Brazylii z reprezentacją. Ale tam było ok. 60 tysięcy, więc ta Barcelona już się nie powtórzyła nigdy.

– 100 tys. kibiców i prawie wszyscy byli za Hiszpanami. Porażka 2-3, zabrakło kilku minut żebyście zostali mistrzami olimpijskimi. Jak wspominasz tamten mecz?

– Teraz wspominam dużo spokojniej niż kiedyś. Ale faktycznie, przez lata ta porażka siedziała we mnie, była jakąś zadrą. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić i faktycznie miało to wpływ na moje myślenie i karierę. Natomiast po latach, kiedy podchodzę do tej sytuacji spokojnie, to tamten mecz nie jest już dla mnie porażką. To był sukces. I doceniam kibiców, którzy mimo upływu czasu wspominają ten finał, wyrażają sympatię i uznanie dla tego co zrobiliśmy.

– Bo to był wielki sukces. Przypomnę tamten srebrny skład: Kłak, Jałocha, Świerczewski, Łapiński, Koźmiński, Wałdoch, Gęsior, Brzęczek, Juskowiak, Staniek, Kobylański, Kowalczyk. Była paka?

– Do tej pory jest paka! Ciągle jesteśmy przyjaciółmi. Oczywiście to nie jest kontakt na co dzień, natomiast spotykamy się przy różnych okazjach. Na przykład ostatnio na meczu charytatywnym dla naszego chorego kolegi Ryśka Stańka. Gramy w piłkę, wspominamy, rozmawiamy, bo ciągle jest o czym. Tworzyliśmy i tworzymy grupę przyjaciół. Oczywiście po olimpiadzie nasze losy i los trenera Janusza Wójcika bardzo różnie się ułożyły, ale wtedy tworzyliśmy rodzinę i mówię to bez żadnej przesady.

– Z tamtego meczu jeszcze jedno nazwisko warto przypomnieć: Pep Guardiola. Człowiek, który już zapisał się w historii światowego futbolu. Do dziś nie schodzi z pierwszych stron gazet.

– Pamiętam go, bo to są momenty wyryte w pamięci już na całe życie. Zresztą m.in. ten mecz jest powtarzany w TVP Retro Sport i kiedyś go nawet widziałem. A Pep Guardiola, zrobił nieprawdopodobną karierę i został legendą futbolu.

– Jedno z pierwszych zdań, jakie można znaleźć o Tobie w internecie, brzmi: „Niezwykły talent dręczony kontuzjami”.

– Książkę można by o moich kontuzjach napisać. Próbowałem je kiedyś analizować z medycznego punktu widzenia. A talent? Ja się urodziłem z tym talentem. On nie jest jakąś moją wielką zasługą. Po prostu dostałem talent od Pana Boga. I ja w tej sprawie nic nie musiałem robić.

– Jako dziecko czułeś, że masz predyspozycje sportowe?

– Tak. Nawet moja mama wspominała, że jako trzylatek grałem w parku w piłkę czy raczej się nią bawiłem. I jakiś starszy pan, który siedział na ławce powiedział: „To będzie piłkarz”. Już w szkole podstawowej mieliśmy fajną ekipę do sportu. Uprawialiśmy siatkówkę, koszykówkę, lekką atletykę. Tego sportu na co dzień było mnóstwo. Mieszkałem wtedy przy Grodzkiej. Niedaleko na Żółkiewskiego były garaże, betonowy kawał placu i tam się grało, na rowerach ścigało, tam się po drzewach wspinało. Tam rosła wierzba, na którą wchodziliśmy. Coś mi z tego zostało, ponieważ potem trochę zająłem się wspinaczką górską. Tak więc mojego sportowego talentu nie trzeba było odkrywać. Gdziekolwiek startowałem, odnosiłem jakieś sukcesy – w biegu czy w skoku w dal.  No i tak zostałem piłkarzem, a konkretnie juniorem WCKS Dunajec.

– Od razu na bramce?

– Nie! Ja też potrafiłem grać w piłkę i wtedy byłem napastnikiem. Nawet niedawno z Piotrkiem Świerczewskim wspominaliśmy taki mecz, w którym Piotr był pomocnikiem, ja napastnikiem i strzelałem bramki. Podobało mi się to. Ale w pewnym momencie zabrakło bramkarza, a trenerzy wiedzieli, że ja już zakładałem rękawice. Skłamałbym, bo rękawic wtedy nie było. Chyba pierwsze w jakich broniłem to były narciarskie. Mój tata przywiózł z Czechosłowacji typowe rękawice na narty, a ja do nich poprzyszywałem kawałki gumy z paletek pingpongowych, żeby wyglądały choć trochę na bramkarskie. I tak stanąłem na bramce w wieku 12-13 lat. Zresztą do tej pory w niektórych krajach te treningi są tak prowadzone, że nie ma bramkarza w młodszych grupach. Chłopcy się po prostu wymieniają, więc ja też raz byłem na bramce, raz w ataku, aż w końcu… Aś w końcu przyjechała Dębica i zaproponowała mi przeprowadzkę.

– To ja mam tu cytat z Aleksandra Kłaka: „Miałem 14 lat, kiedy opuściłem dom.” Młodo wyjechałeś.

– To był 1985 r. lipiec, wakacje. Niedużo wcześniej zostałem przyjęty do Technikum Mechaniczno-Elektrycznego w Nowym Sączu, a tu nagle taka bomba! Przyjeżdża ekipa z Dębicy i dosłownie porywa mnie z mieszkania (śmiech). W jakąś torebeczkę zapakowałem bieliznę i trochę ubrań.

– Ale przecież rodzice musieli podpisać zgodę?

– Tak i mieli z tym duży problem. Jednocześnie wiedzieli, że ja po prostu jestem sportowcem i będę się realizował w tym kierunku.

– Wyjeżdżałeś do Dębicy z obawami czy dasz sobie radę? A może raczej czułeś, że zaczyna się wielka przygoda?

– 14-latek tak nie myśli. No chyba, że jacyś młodzi ludzie są domatorami. Ja domatorem nie jestem do tej pory. Lubię podróże i jak tylko pojawia się jakaś możliwość, to bardzo często wyjeżdżam. Lubię zwiedzać. Fascynują mnie podróże, nowe miejsca, inne miasta, góry, generalnie geografia. Więc wyjazd z Nowego Sącza był radosnym momentem.

– A Dębica to był wtedy dobry kierunek. Prosperita kombinatu Igloopol, potężny prezes Edward Brzostowski.

– Tak. Ja już wtedy planując moją karierę miałem w głowie trzy kierunki: Wisła Kraków – numer jeden na mojej liście, Stal Mielec, no i Igloopol Dębica, który rósł w siłę.

– Choć to może być trudne zostawmy na chwilę piłkę nożną. W 1985 r. wyjechałeś do Dębicy i teraz po 40 latach wróciłeś na stałe do Nowego Sącza. Długo Cię nie było.

– Ale czuję, że Nowy Sącz to jest moje miasto.

– Nie rozumiem jednak, jak Ty wytrzymałeś tak długo w Belgii. Lubisz wspinaczkę, a w Belgii ciężko znaleźć jakąś większą górkę.

– Zdziwisz się, ale z Belgii jest bardzo blisko do Szwajcarii. Planując wyjazdy w góry w ciągu jednej nocy potrafiliśmy przyjechać z Belgii do szwajcarskiej granicy, a potem wybierało się dowolny kierunek. Dzięki temu bardzo często bywałem w Alpach.

– Lubisz góry.

– Bardzo lubię. Kiedy po raz pierwszy stanąłem na lodowcu, to po prostu się w tym zakochałem. To jest coś, co ciężko określić słowami. Ludzie, którzy chodzą po wysokich górach wiedzą, co się wtedy czuje. Wysokie góry odkryłem już po karierze zawodniczej. Kiedy grasz w klubie nie ma na to czasu i możliwości, ponieważ kontrakty są tak sformułowane, że nie wolno takich sportów uprawiać. Zapięcie się na linie w jakimś ciężkim terenie raczej nie jest dozwolone profesjonalnym zawodnikom w dzisiejszym sporcie. Mają to zapisane w kontraktach.

– Skoro przy kontraktach jesteśmy. Był taki moment w Twojej karierze, kiedy złożyłeś już podpis pod kontraktem z Olympique Marsylia. Klubem, który wówczas trząsł piłkarską Europą.

– Niedawno Piotrek Świerczewski, który też grał później w Olympique przypominał o tym. Mówi do mnie: „Olek, przecież oni czekali tam na ciebie”. Faktycznie, już miałem podpisane z klubem wszystkie umowy, już jakieś pieniądze Francuzi przelali za ten transfer. Czekaliśmy tylko na otwarcie okienka transferowego, które miało nastąpić w maju. Ja byłem wówczas w Olimpii Poznań i pojawiały się nawet tytuły „Z Olimpii do Olympique”. To był moment, na który czekałem, którego pragnąłem, zaczynała się dla mnie wielka piłka.

– I nagle przychodzi wielkie rozczarowanie. Policja we Francji zamyka prezesa Bernarda Tapie, a Ty to oglądasz w telewizji.

– A ja siedzę w Poznaniu, w wynajmowanym mieszkaniu i nie mogę uwierzyć kiedy patrzę w telewizor. Pamiętam ten moment dokładnie do dzisiaj, jak na zdjęciu – układ mebli w pokoju, telewizor. Szok! Zadzwoniłem do mojego managera, pana Jurka Kopy i pytam co jest grane, ale on sam nie miał pojęcia. To nie były czasy szybkiego przepływu informacji. Były jakieś telefony, spotkania i dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, że zostaję w Olimpii. Co ciekawe mieliśmy z żoną w Poznaniu nauczyciela języka francuskiego, który nam dawał lekcje. Ja już myślałem po francusku (śmiech). Oczywiście potem zmieniałem kluby, grałem dalej, trenerzy widzieli we mnie potencjał na bramkarza reprezentacyjnego, ale…

– Ale gdybyś miał dzisiaj sobie wystawić ocenę w skali od 0 do 10, to ile wycisnąłeś na boisku ze swojego talentu?

– Z talentu? 3 (śmiech).

– Nie więcej?

– Dobra, to 3 plus (śmiech).

– Surowy jesteś dla siebie.

– Surowy, ale to już nie ma większego znaczenia dzisiaj. Nie rozmyślam w tych kategoriach. Chodzi o talent, który faktycznie trochę zmarnowałem poprzez jakieś nieświadome, nerwowe wybory. Właśnie to, czego mi brakowało w karierze, to była cierpliwość. Była potrzeba, żebym pewnych decyzji dokonywał dużo spokojniej.

– Czy to była woda sodowa?

– Tak, na pewno.

– Przyznajesz się?

– Tak, chociaż może nie taka klasyczna sodówa, ale lekko zgazowana mineralna, taka nowosądeczanka. Dzisiaj też widać z jakimi problemami borykają się młodzi ludzie w piłce, w sporcie, którzy nagle zarabiają wielkie pieniądze. Młody człowiek jednak jest podatny na związane z tym życiowe zawirowania.

– Za wcześnie przychodzą wielkie pieniądze? Młody człowiek nie jest na to przygotowany? Ty chyba nawet w jakimś wywiadzie powiedziałeś, że jako 15-latek zarabiałeś więcej niż cała twoja rodzina razem wzięta.

– Dostałem wtedy naprawdę duże pieniądze, które zresztą były przechowywane przez rodziców. Ja nie miałem do nich dostępu. Dębica była w tamtym czasie potentatem, tam się nie liczyli z pieniędzmi. W wieku 17 lat jeszcze prawa jazdy nie miałem, ale już miałem samochód, poloneza. Stał w garażu, zresztą niedaleko miejsca, gdzie teraz rozmawiamy.

– W 2014 r. mocno się otworzyłeś w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. Opowiedziałeś bardzo szczerze nie tylko o swojej karierze sportowej. Wiele osób było poważnie zaskoczonych. Grzegorz Mielcarski powiedział: „Muszę do Olka zadzwonić, pogratulować mu odwagi. To był do bólu szczery wywiad.”

– Tak, ponieważ stanąłem przed ścianą. To już była ściana. Nie było wyjścia. No może wyjście było, ale nie było nadziei na cokolwiek, na radość, szczęście, jakieś dalsze spełnianie się. A przecież człowiek 40-letni ma przed sobą jeszcze drugie tyle. I trzeba było jednak stanąć w prawdzie. Trzeba było pewne rzeczy uporządkować, pozmieniać. I to się stało. Załamanie nerwowe, depresja…

– Wspominałeś, że odbyłeś wówczas w Belgii szczerą rozmowę z pewnym księdzem…

– Zwróciłem się w kierunku braci kapucynów. To jest zakon, który jest na misji w Antwerpii. Mają tam kościół i bardzo wielu Polaków jest skupionych wokół tej wspólnoty i klasztoru. Tam można było otrzymać pomoc. Ja się do nich zwróciłem i dostałem tę pomoc. Bardzo im za to dziękuję. Zostaliśmy przyjaciółmi.

– To był ważny moment w Twoim życiu.

– Tak, przełomowy, który wszystko pozmieniał. Moment najważniejszy, ponieważ teraz podchodzę do wielu spraw całkiem inaczej. Wróciła energia, wróciło pozytywne myślenie, wróciła radość, relacje. Pewnych rzeczy oczywiście już nie da się naprawić, natomiast większość da się poprawić.

– Ktoś się może zastanawiać jak młody, zdrowy, dobrze zarabiający, przystojny, wysportowany człowiek może mieć czarne myśli. Dlaczego jest nieszczęśliwy? A jednak może.

– Tak. Nie mówię, że tak się stało tylko ze mną. Interesuję się tym problemem. Jeśli mam coś czytać albo oglądać, to wybieram treści, które poszerzają wiedzę o tym, co dzieje się w dzisiejszych społeczeństwach i o problemach człowieka we współczesnym świecie. Jakieś pojęcie o tym dał mi wieloletni pobyt za granicą. Mieszkałem w Belgii, Holandii, Niemczech, Szwajcarii.

– Można powiedzieć, że w pewnym momencie dojrzałeś emocjonalnie. Dochodzisz do pewnych przemyśleń, do odkryć, na które kiedyś nie było czasu?

– To bardzo trafne, myślę, że tak. Nie widzieliśmy się tyle lat, a jednak bardzo dobrze to podsumowałeś.

– Widziałem Cię na jakimś zdjęciu z plecakiem, jak idziesz z pielgrzymką do Santiago de Compostela. Przeszedłeś całe Camino Santiago?

– Tę trasę można przejść nawet tutaj. Wstać, po prostu wyjść i znaleźć muszelkę, która prowadzi do Santiago. I już jest trasa, bo ja wiem, o co chodzi. Ja szedłem tzw. Camino Primitivo. To w miarę krótka wersja, chyba niecałe 300 km. A potem jeszcze szedłem taki kawałek z Lizbony do Fatimy i to też jest krótka trasa. Ale mam zamiar tam jeszcze wrócić, na pewno wrócę.

– Jest coś takiego, że jak ktoś raz pójdzie na Camino to chce tam wracać.

– Bo tam jest niesamowita atmosfera. Z jednej strony powinno się iść samemu, w wyciszeniu, żeby pewne rzeczy przemyśleć, troszeczkę trudu doświadczyć. I to daje człowiekowi inną perspektywę, inne myślenie. Ten trud i wyzwania na trasie są takimi elementami, dzięki którym człowiek dojrzewa, wychodzi ze swojej strefy komfortu. I to jest bardzo ważne. Zatem na Camino niby idziesz sam, ale równocześnie fascynująca jest ta różnorodność pielgrzymów z całego świata. Jeśli znasz jakiś język obcy, to szybko zaczynasz należeć do wspólnoty pielgrzymów. Na szlaku, w kawiarni, czy w schroniskach spotykasz świetnych ludzi. Widzisz znajome twarze, z niektórymi jesteś już po imieniu. W schronisku wieczorem doświadczasz radości spotkania z ludźmi, rozmowy, ale na drugi dzień trzeba wstać bardzo wcześnie i iść dalej do św. Jakuba.

– Olek jeszcze jeden Twój cytat: „Przez 20 lat Pan Bóg miał do mnie cierpliwość”. Mocne zdanie.

– No tak. Wychowałem się w Nowym Sączu, w rodzinie katolickiej, więc miałem podstawy, a może nawet troszkę więcej. Bardzo chętnie wtedy posługiwałem jako ministrant w kościele, chętnie chodziłem w czasie adwentu na roraty. Generalnie byłem blisko kościoła. Natomiast kariera sportowa i zaangażowanie się w sprawy dnia codziennego trochę to zmieniły. Nie oszukujmy się, kariera sportowa jest bardzo atrakcyjna, człowiek jest na piedestale, są finansowe możliwości, atrakcyjne wyjazdy. Było coś, co mnie wciągnęło, naprawdę wciągnęło po uszy. No i na te 20 lat po prostu zapomniałem o pewnych wartościach, zasadach. Przede wszystkim chodziło o zasady, bo gdy człowiek je stosuje, to wszystko jest naprawdę dużo, dużo łatwiejsze! Natomiast można powiedzieć, że ja sobie wszystko utrudniałem. I gdyby było we mnie więcej spokoju, więcej przemyślenia… Chciałem powiedzieć ważną rzecz. Że gdybym konsultował z wolą Bożą te wszystkie rzeczy i decyzje, to wtedy wycisnąłbym pewnie 9 z mojej kariery.

– Gdybym miał głowę dzisiejszego Olka Kłaka, wtedy, gdy byłem wicemistrzem olimpijskim…

– To 9, tak! Ponieważ teraz znam pewne zasady, wiem jakie są konsekwencje niektórych poczynań. Ale chyba każdy by mógł powiedzieć coś podobnego w pewnym wieku. Nie sądzę, że jestem tutaj jakimś wyjątkiem.

– Niedawno skończyłeś 55 lat. Jesteś spełniony, jesteś szczęśliwy?

– Tak, tak! Z dnia na dzień bardziej, każdy dzień jest lepszy (śmiech)…

Cały tekst przeczytasz w świątecznym wydaniu DTS:
[kliknij w okładkę, aby uruchomić pobieranie e-wydania za darmo]

Filmoteka dts24

217 Videos