Są tacy ludzie, którzy nie odchodzą. Nawet wtedy, gdy zamkną się za nimi drzwi zaświatów, zostają w miejscach, w słowach, w przedmiotach, we wspomnieniach. Bywa, że wracają w sposób tak precyzyjny, że aż trudno uwierzyć, że to przypadek. Jan Krokowski wrócił listem. Listem nadanym z piekła Auschwitz. Ten list po dziesięcioleciach miał trafić na aukcję jako jeden z kilkuset artefaktów wystawionych przez Dom Aukcyjny Felzmann w Niemczech. Czyjeś bystre oko wyłapało tę ciekawostkę i zaniosło ją wprost pod adres, gdzie po wojnie mieszkał Jan Krokowski – do kamienicy przy Żywieckiej 25 w Nowym Sączu. Dziś mieści się tutaj redakcja dts24. Kilkadziesiąt lat wcześniej mury, w których dziś tworzymy gazetę (tę którą czytasz) były domem Jana. Jakby historia zatoczyła koło nie po to, by się zamknąć, ale by przypomnieć o Człowieku.
Bystre oko Pawła
Gdy w połowie listopada reakcja Polsat News pokazywała światu, co znajduje się w katalogu artefaktów szykowanych do sprzedaży, głos zabrała Barbara Wojnarowska-Gautier, była więźniarka Auschwitz.
– To nieetyczne. Tego się nie robi. To pamięć ludzi, którzy zginęli. Jak to możliwe, że pamiątki wynoszone latami z rodzinnych domów trafiają do prywatnych kolekcji. Jak to się dzieje, że listy, które rodziny trzymały jak relikwie, lądują na aukcjach obok znaczków i banknotów…
Po tej reakcji ruszyła lawina: Prezydent RP zażądał wykupu i zwrotu wszystkich artefaktów i nazwał je częścią „rachunku reparacyjnego”, Ministerstwo Spraw Zagranicznych interweniowało u strony niemieckiej, Ministerstwo Kultury rozpoczęło działania w celu ochrony pamiątek po ofiarach obozów. Efekt był natychmiastowy: wszystkie obozowe dokumenty zniknęły z katalogu, a aukcja została odwołana. Ale zanim to się stało, jeden z kadrów telewizyjnego newsa zwrócił uwagę Pawła Sikory, naszego kolegi – dziennikarza, który swoją zawodową przygodę rozpoczynał niegdyś w nowosądeckim Radio Echo, a od 2008 r. przygotowuje informacje ze świata sportu dla telewizji Polsat.
– Szykowałem się w Polsacie do serwisu sportowego oglądając Polsat News, gdzie akurat trafiłem na przegląd zdjęć tych wojennych pamiątek. Patrzę i nagle mnie zamurowało… różne nazwy Sącza wryły mi się w pamięć. Lata temu brałem udziałem w konkursie wiedzy o mieście – powiedział Paweł podsyłając do redakcji dts24 tę jedną konkretną kartę.
Uruchomiliśmy w dts24 redakcyjny tryb „szukaj” i oto do czego dotarliśmy: „Mickiewiczgasse 14, Neu Sandez” – ten adres, wciąż istnieje. Na karcie korespondencyjnej wyraźnie zapisano: „An Herrn Johann Krokowski, Neu Sandez Mickiewiczgasse 14” to okupacyjna forma adresu: Nowy Sącz, ulica Mickiewicza 14. Ale najważniejsze znajduje się w rubryce „Absender”, nadawcy. A tam: „Schutzhäftling Pöl. Krokowski Johann, geboren am 8.5.1921, Gef.-Nr. 226, Block 3 Konzentrationslager Auschwitz O/S”
To nie „jakiś Krokowski”. To jest Jan Krokowski. Urodzony 8 maja 1921. Aresztowany w styczniu 1940. Więzień Auschwitz o numerze 226 – jednym z najniższych przyznanych Polakom. Kartę pisał ten sam człowiek, którego nazwisko nosi dziś ulica w Nowym Sączu. To list Jana Krokowskiego do jego rodzinnego domu.
Zanim był numerem
Zanim hitlerowcy nadali mu numer 226, był Jankiem z Nowego Sącza. Harcerzem.
Z zachowanych relacji pamięciowych wynika, że przed aresztowaniem Jan Krokowski pracował w warsztacie samochodowym, gdzie naprawiano pojazdy okupanta. Według wspomnieniowego przekazu, który trafił do naszej redakcji po listopadowej publikacji, to właśnie stamtąd znikały papiery, które później krążyły w konspiracji. Nie potwierdzają tego archiwa, ale podobne historie – o cichym oporze rozgrywającym się w miejscach codziennej pracy to logiczny element pamięci okupacyjnego miasta.
Jan wiedział, że wojna nie zawsze rozgrywa się na pierwszej linii frontu. Czasem kluczowe bitwy dzieją się w milczeniu, w czyjejś decyzji aby coś „przeoczyć”, coś przekazać dalej… Konspiracja bez patosu, ale z pełną świadomością konsekwencji działa się również w Jaśkowym sercu.
Na początku 1940 roku to buntownicze serce zabiło mocniej. 3 stycznia, na ulicy Jagiellońskiej w Nowym Sączu, Jan Krokowski spotkał kolegę z harcerstwa, Ludwika Kowalskiego. Kowalski działał w konspiracyjnej Polskiej Organizacji Białego Orła „Resurectio” – strukturze zajmującej się przerzutem ludzi na Węgry, kolportażem ulotek, myśleniem o przyszłej walce, która wtedy istniała jeszcze bardziej jako konieczność moralna niż realny plan wojskowy. Już dzień później, 4 stycznia, Krokowski złożył przysięgę. Nie wiedział, że organizacja jest już wówczas intensywnie rozpracowywana przez Gestapo. Aresztowania ruszyły lawinowo 16 stycznia. 18 stycznia został zatrzymany także on. Trafił do więzienia w Nowym Sączu, potem do Tarnowa i stamtąd, 14 czerwca 1940 roku, wyjechał w pierwszym masowym transporcie do Auschwitz. Kowalski, ten sam, który go wprowadził do konspiracji, został w sądeckim więzieniu. 27 czerwca 1940 roku zginął rozstrzelany w lesie pod Trzetrzewiną, wśród 93 osób zamordowanych w ramach akcji cynicznie nazwanej przez Niemców Generalgouvernementsnamenstag – „Imieniny Generała”. Historia Jana Krokowskiego i historia jego przyjaciela rozeszły się wtedy na zawsze: jedna w stronę numeru 226, druga w stronę dołu śmierci.
W nieludzkim świecie
Jan Krokowski znalazł się wśród tych, na których obóz „ćwiczył” swoje metody.
W swoich wspomnieniach pisał: „od chwili przybycia rozpoczęło się systematyczne bicie. Bito ludzi przy każdej okazji, często bez żadnego powodu.” Dzień w Auschwitz zaczynał się przed świtem. Pobudka. Krzyki. Pośpiech. Strach, czy ciało jeszcze wytrzyma. „Najgorsze były apele. Wielogodzinne stanie, liczenie, poprawianie liczenia. Ludzie mdleli, przewracali się, a za to byli bici.” Apel był testem biologii. Kto nie wytrzymał – wypadał z systemu. Dosłownie. Potem praca. Ponad siły. Głód, który – jak pisał Jan – przestawał być uczuciem, a stawał się stanem ciągłym: „Człowiek nie myślał już o niczym innym jak o jedzeniu. Sen, praca, rozmowy – wszystko krążyło wokół chleba.”
Czas tracił sens. Dni zlewały się w jeden długi ciąg wyczerpania. Jedynymi punktami orientacyjnymi były kolejne apele i kolejne straty towarzyszy.
Jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów wspomnień Jana Krokowskiego jest ten, w którym opisuje proces wewnętrznego podporządkowania się numerowi: „po pewnym czasie reagowało się szybciej na numer niż na nazwisko. Trzeba było pilnować się, żeby nie zapomnieć, kim się było przedtem.”
To zdanie opisuje mechanizm odczłowieczania jaki hitlerowcy zastosowali wobec zniewolonych ludzi. W Auschwitz odbierano im nie tylko wolność, zdrowie, życie, ale ciągłość istnienia. Stosowano okrutne zabiegi zmierzające do tego, by człowiek sam uwierzył, że jest już tylko funkcją, elementem, numerem.
W relacji Krokowskiego powracają obrazy drobnych gestów, które miały wagę większą niż cała machina terroru: „Zdarzało się, że ktoś podzielił się kawałkiem chleba. To było więcej warte niż jakiekolwiek słowa.” „ci, którzy byli zupełnie sami, ginęli szybciej.”
Przeżycie w Auschwitz nie było triumfem jednostki, lecz rezultatem relacyjności. Bycia z kimś, nawet na granicy istnienia, przywracania sensu momentom i dniom, które miały go nie mieć. Wspólnie z Tadeuszem Wąsowiczem Krokowski zorganizował w obozie potajemną wigilię dla około piętnastu młodych więźniów różnych narodowości i wyznań. Wigilia w Auschwitz nie była wyłącznie gestem religijnym, ale i znakiem oporu wobec rozpaczy, próbą powiedzenia choćby tylko do siebie: „jeszcze jesteśmy ludźmi”.
W październiku 1944 roku został przeniesiony do KL Sachsenhausen. Tam obóz miał już inne tempo, inną organizację, ale ten sam cel: wycisnąć z człowieka resztki sił. Krokowski pracował jako sprzątacz, murarz i goniec. Wiosną 1945 roku trafił na marsz śmierci. Wyszedł z niego żywy. 2 maja 1945 roku, w okolicach Lubeki, został uwolniony przez wojska brytyjskie.
Jutrzenka
Wolność przyszła nagle, bez fanfar, w stanie, który bardziej przypominał biologiczne ocalenie niż triumf…



































































































































































































