Przyjęcie w stylu manouche.
Schodki. Drzwi. Foyer. Goście powoli wchodzą w sepię i kurz – zakrzywione światło obrosłego patyną świata. Echo czegoś nadal nieokreślonego – kultury, która ma narodzić się po raz wtóry i tu skończyć; muzyki, będącej zapomnianym wspomnieniem, artefaktem, podróżą w czasie i przestrzeni, nostalgią epoki przyciągającą nawet tych, którzy nigdy jej nie doświadczyli.
Wszyscy tu na coś czekamy: na wielkie wejście, dramatyczne zejście, na cokolwiek, co wyrwie nas z codzienności – wsadzi palec w oko, wytrąci z równowagi, przeniesie w czasy Django Reinhardta i złotej ery manouche. W świat cygańskiego swingu, półmroku kawiarnianych chwil, pląsów i nieposkromionej bohemy.

Kiedy popłynęły pierwsze takty, cała sala odetchnęła z ulgą, zaczęła oddychać ich rytmem. Zespół co rusz uwalniał nuty jak pióra niesione przez wiatr – lekko, acz efektownie i z pełnią mistrzostwa godną największych. I to trwało, i trwało, i zdawało się nie mieć końca, a ja pozwoliłem sobie wyobrazić, że późna noc sprzyja tajemniczości, a muzycy, widząc biernie zasłuchane twarze, przerywają i rzucają ze sceny jednym głosem: „Czy wy wiecie, kim jesteśmy? Czy wy nadal wiecie, kim jesteście?”. W ich głosie czuć pewną dozę złowrogiej figlarności, jakby quasi-żart krył się w każdym pytaniu i słownej zaczepce – nuta autoironii i bufonady, podkreślająca magię i zarazem lekką niezręczność chwili. Zapanowała martwa cisza. W końcu jeden z gości, chcąc strącić tę nerwową atmosferę zawieszenia, odpowiada: „Oczywiście, że wiecie. Ale powiedzcie – czy wy tam gracie, czy jedynie przygrywacie na granicy oddzielającej naszą noc od waszej muzyki?”

Lider spogląda na niego przymrużonymi oczami, jakby dostrzegł coś dla ogółu niedostrzegalnego. Goście, jeszcze chwilę temu zasłuchani, ruszają żywo pod scenę, a echo akordów i szarpanych strun wraca ze zdwojoną siłą. Niewypowiedzianą kanonadą energii, tańca i gypsy jazzu. I to trwa, i trwa, i zdaje się nie mieć końca, a ja pozwalam sobie odwyobrazić te obrazy i wrócić do siebie, na swoje miejsce, do Canarro – nadal na scenie, w nowej odsłonie i tej samej odsłonie, bawiący się granicami czasu i muzycznych epok. Jakby uczestniczyli w sobie wiadomej grze, w której dźwięk przestał być regułą czy sztywną wytyczną.
I to musiało mi wystarczyć. I wystarczyło.
Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)






































































































































































































































