Przejechali rowerami 3550 km w 35 dni. Takie prywatne Tour de France. Statystycznie daje to 101 km dziennie. Ale nie o wyścig tu chodziło. To znaczy o wyścig, ale o wyścig z nikim. Głównie ze swoimi słabościami i ograniczeniami. Z zimnem, upałem, deszczem, górami, zniechęceniem. Z bolącym zębem mądrości, który Leszkowi wyrwie dentysta w Leon. Niektórzy kiwali głowami i mówili, że przecież nikt mądry by się na taką tułaczkę przez całą Europę nie wybrał.
Leszek Zegzda stracił ząb mądrości po siedmiu etapach bólu. Hiszpański dentysta zakaże mu tego dnia dalszej jazdy. Trudno, trzeba usiąść przy kieliszku wina i nigdzie się nie spieszyć. Poza tym czerwone wino jest dobre na krew, którą przelał w gabinecie stomatologicznym.
Zanim stracił ząb, życiowa mądrość podpowiadała jemu i Markowi Urbanowi, że trzeba jechać do Santiago de Compostela z pielgrzymką do św. Jakuba. No to pojechali. Ale nie poszli, tzn. nie pojechali na łatwiznę, tylko bezpośrednio z Nowego Sącza. To wersja long i hard. Klasyczna droga jest o jakieś 2700 km krótsza. Wcześniej poczekali jedynie na dogodny moment. Idealnym było przejście na emeryturę. Wcześniej mieli wszystko co trzeba do jazdy, tylko nie mieli czasu. Chęci były zawsze. Precyzyjniej to nie chęci, ale potrzeba była, żeby do Santiago de Compostela pojechać. Człowiek ma takie coś w sobie, co mu podpowiada, żeby do św. Jakuba pojechał. Łatwo nie będzie. Będzie niewygodnie i będzie bolało, wiadomo co i gdzie będzie bolało najbardziej. Ale filozof uspokaja – lepiej żeby bolała cię dupa, niż dusza. A ich dusze rwały się do apostoła Jakuba, więc cóż złego mogło im się po drodze przytrafić? Mogło wszystko, ale wiadomo, że kiedy Jakub czuwa, to choćbyś miał na rzęsach pedałować, to dojedziesz do Santiago.
Leszek mówi, że Marek jest harpagan na rowerze. Harpagan to znaczy tyle samo co dojęty. Jak wsiądzie na rower, to nie odpuści, aż dojedzie. Leszek wziął elektryka. Wiadomo, lżej. Ale jak się rozładuje, to trzeba będzie jakoś pedałować 25-kilowym czołgiem. Nie rozładował się. Wiadomo, św. Jakub czuwa. To na pewno. Ale oprócz sił nadprzyrodzonych przydały się umiejętności praktyczne. Leszek mówi, że do perfekcji opanował oszczędzanie energii na trasie. Podobnie jak opanował szybkie wyszukiwanie noclegów w internecie. Kwatermistrz. Mistrzostwo w wynajdowaniu kwater.
Marek wolał być odpowiedzialny za kuchnię. Ważna sprawa. Oczywiste, że jeździec musi wchłonąć kilka tysięcy kalorii. No to wchłaniali. Po powrocie do domu okazało się, że mniej wchłaniali niż wydatkowali. Prosta matematyka – bilans energetyczny wyszedł na minus. Leszek oprócz zęba stracił 7 kilogramów. Jedyne co się w tym obliczeniu nie zgadza to waga duszy. Według Duncana MacDougalla dusza waży 21 gramów. Ale dusze Leszka i Marka powinny być cięższe, bo czują się pokrzepione.


































































































































































































