Wicemistrzyni olimpijska wychodzi za mąż! Klaudia Zwolińska chce też zacząć kolejne studia

Wicemistrzyni olimpijska wychodzi za mąż! Klaudia Zwolińska chce też zacząć kolejne studia

Rozmowa z wicemistrzynią olimpijską z Paryża, kajakarką górską Klaudią Zwolińską.

– Nie jesteś jeszcze zmęczona tym zamieszaniem wokół Ciebie? Z wszystkich stron płyną gratulacje, każdy chce Ci coś ważnego powiedzieć, zrobić sobie z Tobą zdjęcie, media proszą o wywiady.

– Gratulacji nigdy dosyć. To miłe, bo teraz jest czas spijania śmietanki. Wywalczyłam medal olimpijski i chce się nim trochę pocieszyć, z każdym, kto choć trochę cieszy się razem ze mną z tego sukcesu.

– Kiedy się umawialiśmy na tę rozmowę odpowiadało Ci spotkanie w południe, bo mówiłaś, że zdążysz rano zrobić trening. Wicemistrzyni olimpijska dwa tygodnie po takim sukcesie musi jeszcze codziennie rano trenować?

– Właśnie wracam z treningu. Ja jeszcze sezonu nie zakończyłam, mam przed sobą mistrzostwa Polski i dwa starty w Pucharze Świata. Teoretycznie po sukcesie olimpijskim mogłabym zakończyć ten sezon, ale uznałam, że każda okazja do łapania doświadczenia jest dobra i zdecydowałem się na dalsze starty. Sezon skończę w październiku i wtedy może będzie chwila, żeby zrobić sobie wakacje.

– Kiedy rozmawialiśmy trzy lata temu podczas igrzysk w Tokio mówiliśmy między innymi o tym, że właśnie dostałaś specjalną nagrodę dla nadziei olimpijskich. Jeszcze trzy lata temu byłaś nadzieją olimpijską, a teraz możemy powiedzieć, że ta nadzieja została spełniona. Pięknie się to ułożyło.

– Pamiętam kiedy odbierałam tę nagrodę w komitecie olimpijskim spotkałam wielu znanych polskich sportowców. Zrobiłem sobie wtedy zdjęcie z Anitą Włodarczyk i bardzo marzyłam o tym medalu olimpijskim. I ten medal stał się teraz moją rzeczywistością. To się układa w fajną historię, dobrą do opowiadania.

– Podczas naszego wywiadu w Tokio nie mówiłaś jeszcze, że marzysz o medalu. Mówiłaś raczej, że chcesz zdobyć doświadczenie, promować kajaki górskie, bardzo ostrożnie mówiłaś o swojej przyszłości.

– Bo nie miałam jeszcze tyle pewności siebie. Podświadomie czułam, że mogę o ten medal walczyć, bo przed tamtymi igrzyskami wygrałam w Pucharze Świata. Wtedy to były jednak bardziej młodzieńcze marzenia niż realne szanse na olimpijski medal. Mogłam o niego walczyć pod względem umiejętności technicznych, ale jeśli chodzi o psychikę, to troszkę mi do najwyższego poziomu brakowało. Ostatecznie w Tokio zajęłam piąte miejsce, co początkowo było dla mnie powodem do rozpaczy. Kiedy jednak na to patrzę z dalszej perspektywy mam świadomość, że to był początek pewnego procesu. Ja po prostu do roli medalistki olimpijskiej musiałam dorosnąć.

– O tym też mówi tytuł wywiadu którego udzieliłaś do specjalnego wydania olimpijskiego dts24 przed wyjazdem na igrzyska. Tytuł brzmiał: „Nie mam już mleka pod nosem”.

– Pięknie powiedziane.

– Sama tak powiedziałaś. Klaudia Zwolińska dorosła przez te trzy lata, i jako zawodniczka, i jako człowiek?

– Zdecydowanie! To był klucz do sukcesu w Paryżu. Każdy sportowiec jest inny, a mnie jak zawodniczce brakowało dojrzałości emocjonalnej. Teraz też jeszcze nie jestem całkiem dojrzała emocjonalnie, ale przynajmniej idę w dobrą stronę.

– Mam wrażenie, że przeciwnie – jesteś bardzo dojrzałą zawodniczką!

– Ale czy jestem już na tyle dojrzała, żeby przestać nad tym pracować? Nie. W moim wieku do dojrzałości emocjonalnej bardzo dużo mi jeszcze brakuje, ale wiem, że zmierzam w dobrym kierunku.

– Podczas olimpijskiego finału przez legendarne już 90 sekund potrzebujesz być wybitnie skoncentrowana. Mocno nad tym pracowałaś.

– W przypadku mojej dyscypliny zawody trwają właśnie 90 sekund. I aby do tych 90 sekund przygotować się najlepiej jak potrafię, pracuje się całe życie. A już na pewno pracowałam nad tym mocno przez ostatnie pięć lat. Każdego dnia przez te lata myślałam o Paryżu. To kosztowało mnóstwo pracy, mnóstwo wyrzeczeń, walki samej ze sobą, z wątpliwościami. I potem stajemy na starcie ten jeden jedyny raz i mamy tych 90 sekund żeby udowodnić światu, że dobrze pracowaliśmy. Są sportowcy o wielkich predyspozycjach, którzy nie przywożą medali z igrzysk, bo zabrakło właśnie odrobiny szczęścia, albo ich dyspozycja dnia była nie taka, albo jakiś szczegół poszedł nie po ich myśli. Dlatego cieszę się, że w Paryżu dobrze się czułam, byłam zdrowa i wszystko inne układało się według planu w tym najważniejszym dniu.

– O czym myślisz podczas tych 90 sekund przejazdu olimpijskiego? Masz w ogóle czas żeby o czymkolwiek pomyśleć?

– Bardzo dużo myśli się o tym, co dzieje się tu i teraz. Przed przejazdem mamy wyznaczonych wiele założeń taktycznych, które trzeba zrealizować na wodzie. Mogę więc powiedzieć, że przez tych 90 sekund jestem skoncentrowana na elementach technicznych. Podczas finałowego przejazdu czułam, że dobrze płynę i że ten czas może mi wystarczyć do medalu. A w końcówce myślałam tylko o tym, żeby czegoś nie zepsuć. Po ostatnim trudnym elemencie technicznym, który mi mocno siedział w głowie, głęboko odetchnęłam. I wtedy poczułem, że może być dobrze.

– Czy Ty podczas przejazdu kątem oka chociaż widzisz swój czas?

– Nie mam szans obserwować czasu, ale znam swój poziom sportowy i czuję czy przejazd był dobry. Nigdy jednak do końca nie mogę mieć pewności, że osiągnęłam czas, który wystarcza na medal.

– Jakie miałaś tętno podczas tego przyjazdu?

– Jeszcze przed startem do przejazdu półfinałowego mogłam mieć nawet 200 uderzeń na minutę (śmiech) Dlaczego przed półfinałem? Bo wtedy mamy najwięcej do stracenia. Półfinały są zawsze bardziej stresujące.  Jest więcej zawodniczek, a każda chce wejść do finału i powietrze robi się ciężkie.

– Klaudia nie zakręci Ci się w głowie od tego wszystkiego, co się wokół Ciebie dzieje w ostatnim czasie?

– Jak wrócę do ciebie do studia za jakiś czas, to ty mi o tym powiesz, bo to nie mnie oceniać. Cieszę się z entuzjazmu i uwagi jaką wywołał mój medal, ale jeszcze bardziej cieszę się, że skierował on odpowiednie światło na slalom kajakowy jako dyscyplinę sportową. Nie myślę więc żeby mi się coś szczególnie w głowie przestawiło z powodu tego medalu.

– A może po prostu jeszcze nie wiesz jak to będzie?

– Oczywiście, że tego nie wiem, ale przecież nie jestem gwiazdą pokroju Justyny Kowalczyk, która nie może nie rozpoznana przejść spokojnie ulicą. Może tak będzie po igrzyskach Los Angeles, kiedy zdobędę kolejny medal. Czego sobie życzę.

– My Ci tego również życzymy, ale nie masz potrzeby porównywać się w tej chwili do Justyny Kowalczyk, bo ona na swoje sukcesy pracowała znacznie dłużej. Ty jesteś ciągle bardzo młodą zawodniczką. Słyszałeś taką opinię, że ostatni raz w Nowym Sączu tak hucznie witano króla Jana III Sobieskiego kiedy wracał spod Wiednia. A teraz na Ciebie czekał czerwony dywan, szpaler z wioseł, sztuczne ognie i tłumy ludzi.

– To było bardzo miłe i wzmacniające dla mnie. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że bardzo wiele osób tutaj faktycznie cieszyło się z tego co zrobiłam.

– W ubiegłym roku na gali najpopularniejszego sportowca roku regionu siedzieliśmy przy jednym stoliku. To był ostatni stolik na końcu wielkiej sali, a Ty w tym rankingu zajęłaś siódme miejsce. Dzisiaj sześciu nazwisk sportowców, którzy byli w rankingu przed Tobą pewnie nikt nie potrafi wymienić. Trochę to wyglądało jakby Nowy Sącz nie wierzył w Klaudię Zwolińską.

– Bo przez całe lata przyzwyczailiśmy kibiców w Nowym Sączu, że z mistrzostw świata i Europy przywozimy bardzo dużo medali. Niewielu jednak wierzyło, że sportowiec z Nowego Sącza może sięgnąć po medal olimpijski. Niby zdobywamy ważne medale, ale igrzyska olimpijskie nie są w naszym zasięgu. Cieszę się, że udało się trochę utrzeć nosa tym, którzy tak myśleli. A miejscem, w którym siedziałam na gali najpopularniejszych sportowców zupełnie się nie przejmowałam. Życie zdążyło mnie już nauczyć pokory.

– W tamtym naszym wywiadzie sprzed trzech lat z Tokio powiedziałaś takie zdanie: „Na szczęście mam plan B w życiu, bo gdybym miała tylko sport to pewnie bym zwariowała”. Masz ciągle ten plan B?

– Tak, mam swoją odskocznię od sportu. Poszłam na studia pedagogiczne, teraz myślę jeszcze o psychologii, bo interesuje mnie praca z dziećmi. Wiedziałam, że do tego potrzebne jest mi wykształcenie kierunkowe i bardzo się cieszę, że udało mi się to zrealizować w sądeckiej ANS. I jestem dumna, że skończyłam te studia, bo to nie było łatwe. Gdyby naszą rozmowę oglądał któryś z moich wykładowców, to pewnie by się śmiał, bo wszyscy dobrze wiedzieli, że nie jest łatwo pogodzić sport na tym poziomie ze studiami. Nie było taryfy ulgowej, więc przez to jeden rok musiałam powtórzyć. Ale mam satysfakcję, że napisałam fajną pracę magisterską i udowodniłam sobie, że nie tylko w sporcie mogę coś osiągnąć.

– Jak sobie wyobrażasz swoją przyszłość, kiedy skończy się Twoja kariera sportowa?

– Na pewno będzie to praca z młodzieżą, ale w jakiej formie dziś jeszcze nie potrafię na to odpowiedzieć. Możliwości jest kilka. Posiadam kompetencje pedagogiczne, ale fajnie byłoby nabyć jeszcze kompetencji psychologicznych i ten kierunek mocno siedzi mi z tyłu głowy. Za chwilę zacznie się kolejny czteroletni cykl olimpijski i myślę o tym, żeby wypełnić go równolegle kolejnymi studiami. Dobrze jest mieć taką odskocznię. Kiedy nie miałem stresu związanego ze sportem, to miałam stres związany z uczelnią. To drugie życie dawało mi oddech od nieustannego myślenia o kajakach. W sporcie i w nauce najbardziej cieszą mnie postępy i nawet jeśli na wodzie nie miałam dobrego wyniku, ale robiłam w jakimś elemencie postęp, to mnie bardzo cieszyło. W nauce jest podobnie. Nabieranie nowych kompetencji jest budujące.

– Rozważne. Chyba nie przypadkiem zaraz po tym jak stanęłaś na podium w Paryżu, w Nowym Sączu komentowano, nie dość, że wicemistrzyni olimpijska, to jeszcze niegłupia, poukładana i bardzo sensownie mówi…

– Matko!

– Ale co? To źle, że tak mówili?

– No nie, cieszę się, bo to wielki komplement tylko dziwi mnie, że aż tak bardzo mnie chwalono.

– To jeszcze jeden cytat z naszej rozmowy z Tokio sprzed trzech lat. Powiedziałaś wtedy, że żaden kajakarz nie robi tego dla pieniędzy. „Nie uprawiam tego sportu dla pieniędzy, to raczej realizacja dziecięcych marzeń”. Nie chcemy Ci zaglądać do kieszeni, ale chyba się coś pod tym względem w Twoim życiu zmieniło. Finansowo wreszcie to kajakarstwo w jakimś sensie się opłaca.

– No tak, ale trzeba pamiętać, że nie wszyscy z tych, którzy trenują tę dyscyplinę zdobędą medal olimpijski. Ten jest pierwszy po 24 latach. Nie wiemy jaka będzie przyszłość kajaków. Ja o swojej przyszłości wiem tyle, że dzięki medalowi olimpijskiemu nabyłam prawo do sportowej emerytury, która będzie mi wypłacana w wieku 40 lat. Dzięki medalom mistrzostw świata czy Europy takich praw nigdy bym nie nabyła.

– Do Twojej emerytury sportowej jeszcze bardzo daleka droga.

– Wiem, chcę tylko powiedzieć, że w jakimś sensie spokojniej patrzę na swoją przyszłość. Na medale mistrzostw świata pracuje się równie ciężko jak na olimpijski, a one w żadnym zakresie nie zabezpieczają mistrza finansowo na przyszłość. Przedwczoraj dowiedziałam się również o mieszkaniu, które otrzymamy od firmy Profbud. Pod tą informacją pojawiło się zarówno sporo krytycznych, ale też przychylnych komentarzy. Skąd ten pomysł sponsora z mieszkaniem? Stąd żeby młodych ludzi uczyć inwestowania w swoją przyszłość. W przeszłości bywało, że olimpijczycy dostawali duże pieniądze, ale nie zapewniały im one przyszłości. Kończyli kariery, a te pieniądze już były wydane.

– Po co czytasz te negatywne komentarze?

– Czytam różne komentarze, żeby wyrobić sobie jakąś opinię, co ludzie o tych ostatnich wydarzeniach myślą. Negatywnych komentarzy osób obcych nie biorę sobie do serca, w przeciwieństwie do najbliższych znajomych. Gdyby ktoś z bliskich powiedział mi, że widzi coś negatywnego u mnie, to pewnie bym się przejęła.

– Byłaś zaskoczona tym, że dostaniesz mieszkanie w Warszawie za olimpijski medal?

– Bardzo! Ale nie ukrywam też, że jestem z tego powodu szczęśliwa, bo między innymi dzięki temu przez najbliższe lata będę mogła się skoncentrować na przygotowaniach olimpijskich do Los Angeles. W jednym wywiadzie żartobliwie wspomniałem, że gdyby nie ten medal, to mogłabym kiedyś wylądować pod mostem. I to się odbiło szerokim echem, choć to był żart. Ale z drugiej strony jak wyglądają stypendia dla reprezentantów kraju to osobna sprawa.

– Mówił o tym trzy lata temu w Tokio Grzesiek Hedwig i to było 800 zł miesięcznie. Nawet się zastanawiał czy ze względów finansowych nie zakończyć kariery sportowej jeszcze przed igrzyskami w Tokio.

– Proszę sobie wyobrazić, że my z Grześkiem co drugi dzień dojeżdżamy na treningi do Krakowa gdzie mamy odpowiednie warunki, więc pieniądze z takiego stypendium – choć one są dzisiaj trochę wyższe niż to 800 zł – mogły nie wystarczać nawet na benzynę i dojazdy. Dlatego jeszcze raz powtarzam: medal olimpijski zapewnia mi spokój, komfort i poczucie bezpieczeństwa w przyszłości.

– Skoro dwa razy już padło tutaj słowo: „przyszłość”, to bardzo proszę pokaż pierścionek do kamery.

– O matko!

– Jesteśmy pierwsi, którzy powiedzą, że Klaudia Zwolińska wyjdzie niebawem za mąż?

– O nie, ja już długo jestem zaręczona, ale widocznie nikt wcześniej nie zwracał na ten pierścionek uwagi.

– Bo pewnie musiałaś zdejmować pierścionek zaręczynowy podczas zawodów, żeby lepiej trzymać wiosło?

– Może to dziwne,  ale zdejmowałam go tylko na finałowe przejazdy. W eliminacjach był na moim palcu.

– To kiedy wychodzisz za mąż?

– Ciągle ten termin przesuwamy. Miało to być już w tym roku, ale postanowiliśmy z Grześkiem, że skupimy się w 2024 na igrzyskach, a teraz znowu nie mamy czasu. No więc może wydarzy się to w przyszłym roku.

– To kiedy dostałaś ten pierścionek od Grześka Hedwiga?

– Dwa lata temu. Ale teraz, kiedy oboje z Grześkiem jesteśmy olimpijczykami, to pewnie musimy ten ślub zrobić jakoś po kryjomu żeby się telewizje nie zjechały. Żartuję! To po prostu było trudne przy naszym trybie życia. Przez ostatni rok 300 dni spędziliśmy poza domem na zawodach i zgrupowaniach.

– Nie było Grześkowi smutno, że on wrócił z Paryża bez medalu, a ty masz medal?

– Grzesiek jechał w finale na pozycję medalową, ale pod koniec przejazdu popełnił duży błąd. Niestety w kanadyjkach mężczyzn jest tak, że jedziesz albo na maksymalnym ryzyku, albo wcale, innego wyjścia nie ma. Pewnie było mu smutno, że sam nie miał medalu, ale z mojego bardzo się cieszył, bo przecież życzy mi jak najlepiej.

– Nie będzie ci smutno rozstawać się ze swoim olimpijskim medalem. Wystawiłaś go na licytację, by pieniądze z niej przekazać fundacji pomagającej chorym na mukowiscydozę.

– Powiem szczerze: teraz byłoby mi żal się z nim rozstawać. Ale tylko dlatego, że jest ciągle świeży i jest takim symbolem mojej ciężkiej pracy. Więc gdybym go dziś musiała oddać byłoby mi bardzo smutno. Na szczęście licytacja zacznie się dopiero końcem sierpnia kiedy ogłoszę to w Polskim Komitecie Olimpijskim. Nie wiem jak to byłoby za 10 lat kiedy leżałby na półce i tylko czasami musiałabym go odkurzyć i na niego popatrzeć. Na razie zabieram go wszędzie ze sobą. Czasami ludzie na spotkaniach albo na ulicy proszą żeby go pokazać. Jeden chłopiec popłakał się, kiedy mógł go zawiesić na szyi, a ja zapytałam go, co będzie jak zacznie mi uciekać z tym medalem? Jeśli uda się przeprowadzić skutecznie licytację medalu, uzyskane pieniądze przeznaczone zostaną na potrzeby Polskiego Towarzystwa Walki z Mukowiscydozą. W tej ciężkiej chorobie koszty leczenia są tak wysokie, że nawet uzyskanie dużej kwoty, zawsze będzie kroplą w morzu potrzeb. Moją intencją jest przede wszystkim zwrócenie uwagi na potrzeby ludzi chorych na te ciężką chorobę.

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

Wykorzystano fragmenty wywiadu dla Regionalnej Telewizji Kablowej.
Fot. Paweł Leśniak

Czytaj też:

Dyskusja o kształcie świata w Krynicy-Zdroju [ZAPOWIEDŹ] [ZDJĘCIA]

Filmoteka dts24

218 Videos