Ona – siostra Teresa Petryla, a raczej Stefania, bo takie imię zakonne wybrała. Nauczała o Bogu nie z ksiąg, nie z cytatów, a w sposób taki, jakby opisywała swoje doświadczenie wiary – usłyszałam od jednej z mieszkanek Białej Niżnej. Niczym matka, odwiedzała chorych i biednych, pochylając się nad nimi i czyniąc znak krzyża na czole. ,,Nosiła zawsze cukierki w habicie”.
– Pamiętam jak przychodziła na zastępstwa na religię. Prowadziła te lekcje nie w oparciu o jakieś katechizmy, ale mówiła tak, jakby opisywała swoje doświadczenie wiary. Była przez wiele lat zakrystianką. Zawsze uśmiechniętą. Nosiła cukierki w habicie i motywowała nas do tego, żebyśmy jako dzieciaki, brali czynny udział w życiu kościoła – opowiada nam jedna z mieszkanek Białej Niżnej.
Siostra zachęcała młodzież do śpiewania psalmów w trakcie nabożeństw, czytania w kościele. Potrafiła wypatrzeć w tłumie dziewczynkę i zachęcić do śpiewania w świątyni. – Mimo mojego strachu, wiedziała że sobie poradzę – dodaje jej ,,wychowanka”.
Stefania przez lata odwiedzała starszych i schorowanych ludzi w parafii. Później zabierała ze sobą młodzież, aby dawać świadectwo żywej wiary, czyli uczyć miłości do bliźniego na rzeczywistym przykładzie. Jej prostota i dobroć chwytała za serce. Każdego znała, zawsze pytała ,,co słychać?”, interesowała się dziećmi, które wyrastały na ludzi dorosłych.
Czekolada cięta sekatorem
– Była bardzo łagodna, uśmiechnięta, ale i konsekwentna w działaniu. Mówiąc o siostrze Stefani, nie sposób nie wspomnieć o siostrze Judycie. Obie były jak puzzle jednej układanki. To były dwie chodzące legendy na naszej ziemi. Pamiętam, że kiedy byłem ministrantem, siostra Stefania nas obdzielała w zakrystii czekoladą ciętą sekatorem od kwiatków. Chciała, żeby każdy dostał równy kawałek – wspomina obecny organista parafii Biała Niżna Adrian Czochór.
Była bardzo zakorzeniona w modlitwie i patriotyzmie. Potrafiła przez długie godziny klęczeć i modlić się. Zabierała ministrantów i zachęcała do wspólnej modlitwy.
– Razem z siostrą Judytą odwiedzały chorych. Chodziły obie pod rękę. Wspominaliśmy jak jedna chciała iść do jednego starszego pana, druga do babci i się nawzajem ciągnęły w przeciwne strony. Przez długie lata była zakrystianką. Służyła dobrą radą, potrafiła pocieszyć, uczestniczyła we wszystkich pogrzebach. Wiedziała do kogo się udać z pomocą, znała wszystkich – wspomina Adrian Czochór.
Zbierała zioła, kwiaty do kościoła, potrafiły wraz z siostrą Judytą przemierzyć długie kilometry, przy okazji odwiedzając chorych i zanosząc im dary. W ręce miała różaniec, a w drugiej cukierki, które nosiła w habicie, by móc częstować napotkane osoby. Siostra Stefania była wszędzie – na klęczkach w kościele, przy sianokosach z grabiami, z różańcem i darami u chorych, w trawach, buszująca za ziołami i między ludźmi, którym czyniła na czole znak krzyża i swoim życiem pokazywała co znaczy wierzyć.
Ciocia z Siołkowej
Ciocia Teresa – bo w rodzinie imię nadane jej na chrzcie było częściej używane, pochodziła z niezwykle pobożnej rodziny z Siołkowej. Jej mama, która zmarła, mając 105 lat, jako młoda dziewczyna marzyła, aby wstąpić do zakonu. Nie udało się to, bo jak sama opowiadała swoim dzieciom – rodziny nie było stać, aby wnieść posag do klasztoru.

Wyszła za mąż i doczekała się piątki dzieci – czterech córek i syna. Wszyscy obrali drogę służby Bogu. Cztery siostry zakonne i ksiądz, który zmarł wkrótce po święceniach kapłańskich. W młodym wieku zmarła również Marysia. Na świecie zostały Michalina, Aniela i Teresa. Michalina przebywa w zamkniętym klasztorze w Krakowie. Teresa i Aniela, czyli siostry Stefania i Antonina, mieszkały w klasztorze w Białej Niżnej.

Odwiedzały nas dwa razy do roku. Przyjeżdżały najpierw na Kąclową do babci Władzi, a później na Florynkę, gdzie doczekała ostatniej godziny. Zawsze wizytę rozpoczynały i kończyły od modlitwy i uczynienia znaku krzyża na czole domowników. Z kieszeni habitów wyciągały słodycze i dzieliły się wszystkim, co miały.
Co pamiętam? Ten ogromny spokój i serdeczność wypływającą z serca. Tę dobroć, szczerość i szczodrość. To zainteresowanie i pasję w oczach doprawioną ogromną miłością, kiedy opowiadała o chorych. Szczuplutkie dłonie, które zawsze chwytały mnie nad łokciem z ciepłem równym promieniowi słońca. Wiara siostry Stefani nie była pusta, nie była głoszeniem znanych fraz, ona nią żyła i była najlepszym przykładem, co oznacza wierzyć. Co oznacza kochać bliźniego… Co oznacza żyć dla niego.
Kiedyś poprosiła mnie o swoje zdjęcie. Zapytałam nieco zdziwiona po co jej ono?
– Mam zdjęcia każdego z rodziny, chcę mieć i twoje. Modlę się za was codziennie, za ciebie również i chcę mieć Twoje zdjęcie – kategorycznie, ale i z wrodzoną łagodnością, stwierdziła ciocia Teresa. Później zbierała gazety z moimi artykułami, zapewniając nieustannie o modlitwie.
Do końca odwiedzały kuzynkę Władzię, czyli moją babcię. Do końca modliły się za nią i zawsze wspierały dobrym słowem. A podczas jej ostatniej drogi ciocia Teresa i Aniela podeszły do mnie i uczyniły znak krzyża na czole. To zapamiętam – wiarę połączoną z ogromną miłością.
Jej życie to niezwykła opowieść o wierze, dobroci, miłości, radości z każdego dnia…
Czy słowo ,,dziękuję” może zawrzeć wdzięczność za całą dobroć, której doświadczyliśmy od siostry Stefani przez całe życie?
Niech Bóg wynagrodzi Ci każdy listek miłości przelany na drugiego człowieka!
Natalia Sekuła
Całą historię Petrylów, z której wywodziła się siostra Stefania, przeczytacie tutaj: Historia rodziny Petrylów





























































































































































































































