Za „Krzyżaków” dostał mnóstwo kasy i wszystko przepalił

Krzyżacy

Dziś, 4 czerwca – święto dziennikarstwa, ustanowione samozwańczo rok temu przez redakcję „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”, z okazji wydania 500. numeru gazety.

Paweł Szeliga
Paweł Szeliga

Przypominamy kolejny tekst również byłego już dziennikarza, Pawła Szeligi, który obecnie pełni funkcję powiatowego rzecznika konsumentów:  

Wałachy i tak szły na rzeź

Gdy Piotr Stec, inseminator z Kąclowej, okładał przeciwników drewnianym mieczem, leciały drzazgi. Bywał rycerzem zakonu i Jagiełły. – Grałem u Forda. I co z tego? – wzruszył ramionami, gdy pod rozłożystą gruszą, w upalny wieczór poprosiłem, by wrócił wspomnieniami do czasów statystowania w Krzyżakach – filmie uznanym za arcydzieło polskiej kinematografii.

Spośród tysięcy rozmów, które przeprowadziłem w ciągu 20 lat dziennikarskiej pracy to spotkanie było jednym z tych, do których chętnie wracam.

Gdy dotarłem do Kąclowej pod Grybowem, Piotr Stec wyjechał wózkiem inwalidzkim przed dom, by jak zwykle w letni wieczór popatrzeć na odległy szczyt Madynianki. Milczał. Wokół grały świerszcze, pachniały polne kwiaty. Jak wtedy, pod Grunwaldem. Słyszał szczęk oręża? Jęki rannych koni, dobijanych po ujęciu przez obecnych na planie weterynarzy?

– Za ten film dostałem mnóstwo pieniędzy, ale wszystko to przepaliłem – odezwał się w końcu. – No i zapracowałem na miażdżycę, przez którą straciłem nogę – wykonał gest, jakby chciał się uderzyć w nieistniejącą kończynę. – Ostatniego konia, Gniady mu było, musiałem sprzedać. Bo niby jak go miałem dosiąść taki niekompletny?

Pomyślałem, że gdyby wnukom, biegającym po okolicznych krzakach z drewnianymi mieczami i tarczami z pokrywek od babcinych garczków powiedział, że stracił nogę po upadku z konia historia stałaby się rodzinną legendą, do której chętnie się wraca w długie jesienne wieczory. Ale miażdżyca?

– No tak, cała ta kasa poszła z dymem – zamyślił się Piotr Stec. Na planie był trzy miesiące. Za miesiąc płacili 3200 zł. To sporo, biorąc pod uwagę, że jego pensja w stadninie koni w Tarnowie, gdzie wówczas pracował, wynosiła 1200 zł i była wysoka, jak na lata 50. XX wieku. A w filmie można było też dodatkowo zarobić. Na przykład za upadek z konia płacono 500 zł. Raz dał się namówić, skuszony mamoną. Spadł więc podczas kręcenia sceny walki, ale i tak w filmie nie było tego widać, bowiem jego efektowny upadek przykrył gęsty kurz bitewny. – Pieniądze jednak zainkasowałem, bo upadek był – podkreślił pan Piotr.

Pracował w stadninie gdy przyszedł do niego film. Aleksander Ford potrzebował statystów, znających się na koniach. Na miejscu zobaczył, że aktorzy panicznie się ich bali. Na konia jakoś dali się posadzić, niektórzy nawet dzielnie znosili, gdy szedł stępa. Gdy jednak rozwijał się w kłus od razu był krzyk i panika. Dość powiedzieć, że w słynnej scenie, w której krzyżaccy posłańcy oferują królowi Jagielle dwa nagie miecze, władca grany przez Emila Karewicza w rzeczywistości siedział na koźle wypożyczonym ze szkolnej sali gimnastycznej. Dlatego jedną z najbardziej pamiętnych scen Krzyżaków sfilmowano od dołu.

Gdy słuchałem tej opowieści, na łące pod lasem pasły się dwa konie. Nieśpiesznie gryzły trawę. Piotr Stec patrzył na nie dłuższą chwilę, kiwając w zamyśleniu głową. Nagle chrząknął, potarł oko ręką, jakby chciał w palcach ukryć natrętną łzę i powiedział:

– W filmie, w tym bitewnym chaosie, konie bywały nieprzewidywalne. Mimo, że na gipsowych manekinach sprawdzano, który może jeźdźca stratować, a który instynktownie go przekroczy. Raz taki manekin ubrany w krzyżackie łachy zsunął się z rumaka, ale z niego nie spadł, bo gipsowa noga utkwiła mu w strzemieniu. Koń pognał przed siebie aż do Starogardu, wpadł na rynek i wywołał popłoch wsród mieszkańców. Po mieście poszła plotka, że na planie jest rzeź, że tam ludzi zabijają.

Na szczęście, jak zapewnia Piotr Stec, na planie nikt nie zginął. Choć koński trup słał się gęsto. Mimo, że wojsko obok namiotów dla statystów postawiło szpital polowy, w którym operowano bardziej wartościowe sztuki. Wałachy, stanowiące ogromną większość, i tak były przeznaczone na rzeź. W scenie pobojowiska po bitwie większość z nich była martwa naprawdę.

– Wojskowy weterynarz chodził ze strzykawką wypełnioną trucizną – wspominał wyraźnie wzruszony statysta z Kąclowej. – Wbijał ją w żyłę na szyi konia. Zwierzę zaczynało się chwiać na nogach i po chwili padało. Dla mnie, młodego chłopaka ze standniny, to był straszny, przygnębiający widok. To nie były jeszcze czasy, gdy zapewniano widzów, że podczas kręcenia filmu nie ucierpiało żadne zwierzę. Tam śmierć była realna.

Na szczęście w polskiej superprodukcji więcej było życia niż śmierci. Po planie chodził Aleksander Ford. Mówił coś cicho pod nosem, a jego asystent powtarzał to do mikrofonu. Każdy więc wiedział dokładnie, co ma robić. A rola kąclowianina była prosta. Miał walczyć i ginąć. Na początek przydzielono mu wspaniałego konia angloaraba i zrobiono z niego rycerza zakonu. Dostał pelerynę z czarnym krzyżem i białą plastikową zbroję. Była lekka, ale człowiek niemiłosiernie się w niej pocił tamtego wyjątkowo upalnego lata.

– Miecze mieliśmy drewniane, a lance zakończone gumowym grotem, żebyśmy się nie pozabijali – opowiadał Piotr Stec. – Jak ruszyliśmy do walki to tylko drzazgi leciały z tych naszych drewnianych zabawek. Tumult był straszny, kurz dookoła, więc waliło się na oślep. I pot się lał po człowieku. Pod plastikowym hełmem gruba peruka, imitująca kolczugę, pod nosem przyklejony wąs, na zbroi peleryna. A słońce paliło niemiłosiernie. Zmęcznie było potworne. Zwłaszcza, że filmowcy wielokrotnie powtarzali ujęcia. Gdy jednemu z rycerzy osunęła się kolczuga z ręki ukazując zegarek cały dzień zdjęciowy poszedł na marne i wszystko trzeba było robić od nowa. Nie było komputerów, tych wszystkich programów. Nie dało się tego wymazać.

Od czasu Krzyżaków pan Piotr wolał oglądać ze swojego wózka szczyt Madynianki niż filmy. Zwłaszcza wojenne, bo wiedział, że to wszystko plastik, sztuczna krew z tubki i nieprawdziwe emocje. Superprodukcję Aleksandra Forda jednak cztery razy obejrzał. Dwa od razu, gdy tylko film wszedł na ekrany w 1960 r. Do kina poszedł wówczas z kolegą i krzyczał mu do ucha: Patrz! Teraz będę!. A gdy kolega spojrzał, gdzie miał spojrzeć, kumpla już nie zobaczył, bo kamera poszła dalej. Zresztą, jak złapać sekundę filmu, gdy trudno rozpoznać na nim ucharakteryzowanego statystę?

– Raz jeden, gdy ruszaliśmy na bitwę, a akurat byłem polskim rycerzem, poznałem siebie tylko przez koński łeb – wspominał pan Piotr. – Reszta, w tym niestety i ja, nie mieściła się w kadrze. I tyle było tego mojego grania.

– Nie ciągnęło pana do filmu, po Krzyżakach – dociekałem. – Przygoda, dobre pieniądze, wielki świat.

Piotr Stec zaprzeczył stanowczym ruchem głowy. Po trzech miesiącach na planie wrócił do stadniny, skąd jednak natychmiast się zwolnił. Musiał wracać na ojcowiznę, by objąć gospodarstwo. A sześć hektarów było do obrobienia. Ożenił się z Ireną zza sąsiedniej góry i tak wsiąkł w Kąclową, że już z niej nie wyszedł. Owszem, filmowcy przysłali zaproszenie, by statystował w Potopie – kolejnej wielkiej produkcji. Nie miał jednak na to ani czasu, ani ochoty. Pracy było tak dużo, że brakowało dnia, żeby z wszystkim zdążyć. Uciekał od zmęczenia, siadając pod domem. Opierał się bolącymi plecami o nagrzaną ścianę domu i patrzył na zachodzące słońce. I myślał, że film to nie jest życie. Ono jest tutaj, w Kąclowej. Znaczone porami roku, graniem świerczy, gdakaniem kur i rżeniem koni.

– Grałem u Forda, no i co z tego? – machnął ręką pan Piotr. – Miałem w życiu ciekawsze epizody. Na przykład, gdy komuś krowę wyleczyłem czy sprawiłem, że gospodarzowi przyszła na świat wymarzona sztuka, bo byłem we wsi inseminatorem. To dopiero była radość. A o Krzyżakach zapomniałem i nawet nie włączam telewizora, gdy idzie kolejna powtórka. Chociaż raz ten film jednak do mnie wrócił, gdy usłyszałem, że Ford popełnił samobójstwo. Pomyślałem wtedy, taki fajny chłop z niego był, a nie dał sobie rady z życiem.

Gdy wyjeżdżałem z Kąclowej myślałem, jak bardzo zmienił się świat. Gdyby Aleksander Ford dziś kręcił Krzyżaków to pewnie niemal każdy uczestniczący w tym projecie zrobiłby z tego wydarzenie na fejsbuku, wrzucił zdjęcia na instagrama czy zasypywał świat swoimi selfie w krzyżackiej pelerynie i plastikowej zbroi. I każdy w mieście, we wsi, wiedziałby, że oto w kolejce po bułki stoi ktoś, kto zagrał u Forda, kto otarł się o wielki świat. Piotr Stec tego nie potrzebował, a gdy nocą gnał do porodu, bo nagle zaczęła cielić się jałówka sąsiada, nie szła za nim sława. Nie potrzebował jej tam w Kąclowej, która była całym jego światem.

Paweł Szeliga

Paweł Szeliga, ur. 1970 w Nowym Sączu, absolwent KUL (socjologia). W latach 1996-2001 dziennikarz nowosądeckiego oddziału „Gazety Krakowskiej”, od 2001 do 2012 r. reporter nowosądeckiego oddziału „Dziennika Polskiego”, a po połączeniu dziennikarz obu tych tytułów. Specjalizował się w tematyce sądowej i społecznej, a także reportażu historycznym. Od 15 grudnia 2015 r. pracownik Biura Prasowego Starostwa Powiatowego w Nowym Sączu. Poza działalnością dziennikarską także poeta, prozaik i satyryk. Opublikował trzy tomiki wierszy i prozy poetyckiej, dwa tomy opowiadań, książkę satyryczną oraz mikropowieść.

DTS nr 500, 4 czerwca 2020

Subskrybuj nasz kanał Studio DTS na You Tube:

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.