Ten tekst powtarzamy w ramach naszego nowego formatu „Zawitał DTS do Łącka”. Pochodzi z archiwum DTS i ukazał się w 2012 r. na łamach naszej gazety. Gmina Łącko należała i należy do najbardziej narażonych na brak wody. Prof. Wojciech Froehlich – który opowiada w naszym tekście o problemach hydrologicznych zmarł 10 października 2013 r. Był wybitnym polskim geografem, hydrologiem i geomorfologiem.
W Dunajcu jest najmniej wody od 20 lat – ocenili hydrolodzy podczas niedawnego spotkania w Zakopanem * Najmocniej brak wody odczuwają mieszkańców gminy Star Sącz, Piwniczna, Łącko, Grybów, Podegrodzie i Krynica, a władze powiatu rozważają zakup specjalnego beczkowozu * Słowo „susza” odmieniane jest już przez wszystkie możliwe przypadki * Czy uzasadniony jest nasz niepokój? * Nasz ekspert stawia nieśmiałą hipotezę, że obecna bardzo głęboka susza to m.in efekt oddziaływania szybkiego odprowadzania wody ze stoków przez człowieka.
Nie tylko o wodzie oraz jej braku rozmawiamy z prof. Wojciechem Froehlichem, geomorfologiem i hydrologiem w Instytucie Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk, kierującym Pracownią „Homerka” we Frycowej k. Nowego Sącza.
– Dokładnie 100 tygodni temu, w pierwszym numerze „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” rozmawialiśmy z Panem na temat mechanizmów powodzi i szkód, jakie woda wyrządza. Dziś raczej chcemy sytuację odwrócić, bo tej wody nam zaczyna brakować.
– To naturalny cykl, tylko niektórzy naukowcy – a za nimi środki masowego przekazu – powodzie czy susze przedstawiają jako nadzwyczajne, katastrofalne i ekstremalne zjawiska. Tymczasem one towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów i są naturalnym cyklem obiegu wody.
– I powinniśmy pamiętać, że po burzy przychodzi spokój, a po powodziach susza?
– W przypadku powodzi i susz tak nie można powiedzieć. Te okresy są sobą przedzielone, ale trudno określić, co częściej występuje, czy głębokie niżówki i susze, czy powodzie. Mamy bowiem instrumentalne dane zaledwie z ostatnich 100-150 lat. Zawsze zwracam uwagę, że ekstremalne zjawiska pogodowe, a w szczególności ich częstotliwość, oceniamy z perspektywy naszego krótkiego życia, a właściwie dorosłości.
– Ale skoro to naturalne cykle przyrodnicze, czy nie jesteśmy w stanie zbadać ich częstotliwości i przewidzieć następne?
– Do takich badań używamy rachunku prawdopodobieństwa. Trzeba jednak pamiętać, że obliczenia prawdopodobieństwa opierają się na posiadanych danych pomiarowych z przeszłości. Jest to jedynie tylko hierarchiczne „uporządkowanie” wyników badań i obserwacji. Na podstawie krzywych prawdopodobieństwa prognozowanie jest ryzykowne i nie można wyciągać dokładnych wniosków dotyczących częstotliwości i następstwa zjawisk w przyszłości.
– A czy ten rachunek można by wykorzystać, gdyby nie ludzka ingerencja w środowisko?
– To naturalne mechanizmy przyrody. Jeżeli przeanalizujemy je w skali geologicznej, to zauważymy, że warunki klimatyczne zmieniały się diametralnie ze względów np. planetarnych, zmian położenia osi ziemskiej itp. Przygotowałem natomiast zestawienie źródeł, które przeczą temu, że człowiek – jego ingerencja w środowisko – jest odpowiedzialny za zjawiska: powodzi czy susz. W „Kronikach” Kadłubka czy Długosza znajdziemy fragmenty opisu, jak to 10-letnie dzieci przechodziły w bród Wisłę na wysokości Torunia. W różnych czasach miały miejsce bardzo głębokie susze, o których w tej chwili nie pamiętamy. To samo można by rzec o powodziach. No ale dziś mamy skupić się na suszy.
– Zatem odpowiedzmy sobie na podstawowe pytanie, czy w naszym regionie mamy już do czynienia z prawdziwą suszą?
– Z punktu widzenia meteorologicznego, skala opadów od maja do września wcale nie była aż tak niska. Suszę wywołały bardzo wysokie temperatury i ewapotranspiracja [proces parowania terenowego]. Równocześnie to okres wegetacji, kiedy rośliny intensywnie pobierają wodę. W ciągu 40 lat moich badań, susz było kilka. Występują mniej więcej, co siedem lat. Mierząc ilość wody przepływającej w korytach potoków oraz wydajność źródeł, sytuacja nie wygląda dobrze. Dla przykładu w zlewni potoku Homerka, dopływie Kamienicy Nawojowskiej we Frycowej, która jest typową małą zlewnią beskidzką, w chwili obecnej przepływ wynosi zaledwie ok. 20 litrów na sekundę, czyli obrazowo odpływa około 1litr wody z 1 km kw. zlewni. To bardzo mało, bowiem te obszary odpowiadają za zasilanie rzek.
– A norma?
– Może nie norma, ale średni wieloletni przepływ w okresie ostatnich 40 lat to w potoku Homerka nieco ponad 400 litrów wody na sekundę.
– Takiego niskiego stanu wód w Dunajcu, Popradzie czy Kamienicy – o potokach, które znikają w oczach nie wspominając – chyba jeszcze nie było?
– W latach 80. opracowałem model matematyczny, jak funkcjonuje zlewnia beskidzka, jaka jest zależność między parametrami hydrologicznymi, które decydują o przepływie, a jednocześnie o materiale rozpuszczonym, który rzeka wynosi z tego obszaru. Z tym wiąże się kilka spraw. Nie pozostaje bez znaczenia fakt, że te niżówki są głębsze i dochodzi do nich znacznie szybciej niż w latach poprzednich. To jest tak zwana krzywa regresji. Po wysokim stanie wody w czasie wezbrania, początkowo przepływ bardzo szybko opada i dochodzi do pewnej wartości, którą obecnie mamy – czyli bazowego przepływu, to jest wody, która pochodzi wyłącznie z głębokiego podłoża. Należy odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka jest główna przyczyna tak szybkiego spadku przepływu w ciągu tych moich 40 lat badań?
– Zatem?
– To jest między innymi związane z budową wodociągów grawitacyjnych. Przedtem gospodarstwa miały studnie obok domu. Ludzie szanowali wodę, bo jej wydobycie wiązało się z pewnym wysiłkiem. Zużytą wodę wylewano na grunt i ulegała ona wsiąkaniu. Dziś większość studni jest na stokach i są one połączone wodociągami z gospodarstwem. Odkręcamy kurek i nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile zużywamy wody i co się z nią dalej dzieje. Pół biedy, jak wpada do szamba, ale niestety bardzo często bezpośrednio do potoku. To jedna z przyczyn, dla której nie wszedłbym już do żadnej z naszych rzek bosą stopą. A pomyśleć, że w młodości piłem wodę bezpośrednio z Kamienicy… No ale wracając do sprawy, jeżeli mamy studnię i czerpiemy z niej wodę, tworzy się w około niej tak zwany lej depresyjny, który ma kształt stożka. Jeżeli tych studni jest kilka obok siebie, leje zaczynają się łączyć. Dochodzi do tego, że poziom wody gruntowej staje się coraz niższy. Stoki stają się przesuszone. Zatem obecnie woda ze stoków jest szybciej, za sprawą człowieka, odprowadzana do koryt potoków. Drastycznie zmniejsza to retencję wody w skali zlewni. I to jest jedna z przyczyn tego, że w chwili obecnej w potokach beskidzkich jest tak niski stan wody. Oprócz oczywiście mniejszych opadów i transpiracji.
– Czyli jednak ingerencja człowieka?
– Człowiek przyczynia się do tego, że naturalny cykl obiegu jest przyspieszony. Woda szybciej odpływa z małych zlewni, które stanowią główne obszary zasilania w Beskidach. Niestety, nikt nie zdaje sobie sprawy, że woda jak węgiel czy ruda żelaza to surowiec naturalny i powinien podlegać takiej samej ochronie. Nie można bezkarnie w różnych miejscach budować studni i czerpać wodę. Zaburza się w ten sposób naturalny cykl jej obiegu.
– Należałoby najpierw uregulować kwestie związane z budowaniem domów, które obecnie można praktycznie postawić wszędzie?
– To też. Ludzie potrafią się budować na wysokości 650 czy nawet 700 m. Pojawia się problem wodociągów, a także odprowadzania ścieków. Jesteśmy ogromnie samolubni. Bo niby co z tym mają zrobić następne pokolenia? Podobnie ma się sprawa budowy zbiorników retencyjnych na naszym terenie. Potrzebna nam woda, więc budujemy zbiornik retencyjny – pomijam jego szkodliwe działanie ekologiczne, bo problem jest jeszcze większy. Będąc w europejskiej komisji do spraw budowy wysokich zapór, zadałem zasadnicze pytanie: Czy zapory budujemy tylko dla nas? Bo, co zrobią z osadem, który gromadzić się zacznie za zaporami, następne pokolenia. Wodna Dyrektywa Unijna, która mówi o budowie małych zbiorników retencyjnych jest ważna, ale trudna do realizacji w naszych warunkach geologicznych oraz sposobie użytkowania ziemi.
– Przykład – Jezioro Rożnowskie…
– Wystarczy pojechać do Tęgoborzy, Zbyszyc i zobaczyć jak ono jest zamulone. Jakikolwiek i gdziekolwiek zbudujemy zbiornik w Karpatach, ulegnie on podobnie szybkiemu zamulaniu. Skorzysta z niego tylko jedno pokolenia, dla następnych będzie tyko udręką. Szkoda pieniędzy. Przekonali się o tym już Amerykanie, a to naród oszczędny i potrafiący liczyć. Jeszcze 20 lat temu budowali dużą ilość różnej wielkości zapór. Dziś osiem tysięcy zostało już rozebranych. Do tego, co oni teraz robią, my kiedyś dojrzejemy. Zapory mają rację bytu na terenach, gdzie są twarde skały, np. w Norwegii. U nas to pomyłka.
– Co więc możemy zrobić, by osłabić zjawisko suszy?
– Popularne jest stwierdzenie, że jeśli jest las, to jest i woda. W chwili obecnej w Karpatach na ogromną skalę następuje zmiana użytkowania ziemi, szczególnie na stromych stokach. Ludzie zarzucają uprawę roli, bo to się tu kompletnie nie opłaca, i tworzą trwałe użytki zielone, które stwarzają środowisko glebowe sprzyjające retencji wody. Na to potrzeba wielu lat i skorzystają na tym na pewno następne pokolenia. Z badań eksperymentalnych wynika, że trwały użytek zielony ma podobne własności hydrologiczne jak las. Trudno prognozować, w jakim stopniu osłabi to zjawisko suszy, ale bez wątpienia ograniczy erozję gleby i zamulanie zbiorników.
– W końcu spadł deszcz. Upałów już nie ma. Jak długo musimy czekać, by sytuacja hydrologiczna się unormowała i mieszkańcy gmin: Grybów, Gródek n. Dunajcem czy Nawojowa „odzyskali” bieżącą wodę?
– To bardzo trudne pytanie, bo dotyczy prognozowania. Jak zawsze jestem bardzo ostrożny w wyrażaniu opinii i wyciąganiu wniosków. Nie podejmuję się prognozy. Wczoraj (czwartek, 20 września) spadło we Frycowej 38 mm opadu, czyli 38 litrów na metr kwadratowy, a w piątek dalsze 1 mm. Normalnie to znaczące opady, ale przy panującej suszy to bardzo mało. Badając różnymi metodami przez ponad 40 lat mechanizmy obiegu wody w górach, jestem pełen pokory i fascynacji. Z moich badań radioizotopowych wynika, że cykl „wymiany” wody w małej zlewni beskidzkiej trwa około 2-3 lat. Obecnie nawet niektóre skalne źródła szczelinowe wysychają. Proces odnawiania podziemnych zasobów wodnych jest powolny. Pragnę podkreślić, że zasoby wód podziemnych w Karpatach są małe, a poziom głębszych wód gruntowych będzie zależał od wysokości jesiennych opadów i grubości pokrywy śnieżnej. Na zakończenie dodam, że od 1970 r. podobna głęboka susza i niskie stany wody wystąpiły tylko we wrześniu i październiku 2006 roku. Wcześniej wystąpiło kilka susz w 1982r. i 1992r., ale nie były one tak głębokie. Jak z tego wynika, potrzeba znacznie dłuższych okresów badań, aby można było poznać prawidłowości przyśpieszonego przez człowieka cyklu obiegu wody w górach. Stawiam bardzo ostrożną hipotezę, że obecna bardzo głęboka susza to między innymi efekt oddziaływania szybkiego odprowadzania wody ze stoków przez człowieka.
Rozmawiała Katarzyna Gajdosz











































































































































































































