11 marca, szósta rano. Trzecia godzina bez prądu. Pierwsze dwie minęły bezboleśnie, bo we śnie. Niestety nie będzie kawy na dzień dobry, bo ekspres jest w energetycznej śpiączce. Trzeba było nie pozbywać się mielonej, byłaby chociaż „zalewajka”.

Siódma. Komputer też zapadł w energetyczną śpiączkę. Jak żyć Tauronie?!

Ósma. Power-bank przedłuża życie komórki, więc można wykręcić numer 991 i zadać to pytanie wprost. Głos robota uprzedza, że na połączenie z konsultantem poczekam powyżej 30 minut. Po pół godzinie słyszę dokładnie to samo. Po godzinie połączenie zostaje automatycznie zakończone. Za drugim razem po trzech kwadransach zamiast robota odzywa się człowiek i mówi, że awaria będzie usunięta wieczorem. Jakoś trzeba wytrwać.

Dwunasta. Robota idzie jak żółw. Niestety komórka kiepsko zastępuje komputer.

Szesnasta: brak prądu ma jakieś plusy. Ludzie sięgają po książki. Ktoś rozładował napięcie związane z oczekiwaniem na zasilanie i po raz pierwszy od dawna umył okna.

Osiemnasta: robi się ciemno. Nie ma jak czytać. Ludzie zaczynają ze sobą rozmawiać. Dobre to. Ale radość trwa krótko. Zamrażarka zrobiła potop. Były w niej ryby przywiezione z wakacji w Mielnie. W lodówce ciepło. W domu ciemno i zimno.

O północy prądu wciąż brak. Po 50 minutach słuchania koszmarnej melodyjki zgłasza się człowiek. Mówi, że awaria będzie usunięta 12 marca około południa. Nie wierzę.

12 marca godzina 13. Druga doba bez prądu. Nie było kawy. Nadal nie ma prądu. W Internecie pojawia się komunikat, z którego wynika, że powrotu zasilania można spodziewać się około 20. Jeden z sąsiadów zniósł torturę i po 90 minutach dowiedział się, że ta 20 to żaden pewnik. Właściwie nie wiadomo, kiedy będzie kawa, jasno i ciepło.

12 marca godzina 17. Cudownie mieć życzliwego sąsiada, który ma inną fazę i może podzielić się swoim prądem. Jest przedłużacz, będzie trochę cieplej. Na 991 już nie dzwonię. Boję się usłyszeć: „sorry… taki mamy klimat”.

Już wiecie co się klikało?

 

Obraz AliceKeyStudio; Pixabay

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie