Unikalny dokument opowiadający słynną historię na nowo

Unikalny dokument opowiadający słynną historię na nowo

W przeprowadzkach, nawet tych z piętra na piętro, jest coś, co lubię i co zdarza się niemal za każdym razem: moment, gdy spomiędzy książek i segregatorów przenoszonych z jednego miejsca w inne, wypada pożółkła kartka, albo wyblakła fotografia i wydobywa z pamięci słowa, obrazy, myśli, emocje, pytania. Zdarzyło się to ponownie tej zimy, choć nieco inaczej niż zawsze. Kartki maszynopisu wysunęły się zza okładki gazety sprzed kilkunastu lat. Z gąszczu wyrazów wyłowiłam szybko imiona: Zosia, Zbyszek, Jan… i stałam się w jednej chwili kłębkiem gniewu na samą siebie. Jak mogłam zapomnieć?! Panie Władku… Czemu Pan nie przypomniał?

Pan Władek w 2019 r. przeprowadził się do wieczności, więc nawet nie mam jak oddać maszynopisu, który przed laty wcisnął mi w ręce podczas jednej z „herbatek” na poddaszu przy ulicy Lwowskiej 13 ze słowami: napisz o tym kiedyś dziecko, bo trzeba, żeby ludzie pamiętali. Następna myśl, która pojawiła się w mojej głowie brzmiała: a może właśnie przypomniał?

Nawaliłam, ale nie na amen. Prośba sprzed lat nie miała terminu ważności, więc spełniam ją teraz ufając, że Pan Władysław będąc tam, gdzie wszyscy zmierzamy, nadal dużo czyta. Na pewno się nie gniewa. Tego jestem pewna. Był uosobieniem życzliwości. Był przyjacielem Zbyszka i Zofii Rysiów. Dziewięć kartek maszynopisu Wandy Ryś, który powstał dokładnie ćwierć wieku temu, posłużyło do przypomnienia poniższej historii.

 

Matejki 2, Lwowska 13

Ojciec Zbyszka i Zosi był austriackim urzędnikiem kontroli skarbowej, pochodził z Mordarki koło Limanowej. Mama – Helena wywodziła się ze szlacheckiej rodziny Malinowskich, która po rzezi galicyjskiej uciekła z Korzennej i osiedliła się w Nowym Sączu.

Zbyszek urodził się 1 stycznia 2014 r. Od dziecka był „żywym srebrem”. W pamiętnikach jego starszej siostry Wandy można przeczytać, że był zdrowy, silny i sprawiał wiele kłopotów wychowawczych. „Mój temperament podsuwał mi nieustannie wiele różnych pomysłów, które mogły być groźne dla mojego życia (…) Moja dobra Matka nie mogła okiełznać mego temperamentu, a uczyniło to dopiero harcerstwo. (…) W harcerstwie nauczono mnie dyscypliny, szacunku dla starszych i słabszych, miłości do Ojczyzny… Dzięki harcerstwu pokochałem też sport. Zacząłem uprawiać lekkoatletykę, narciarstwo, łyżwiarstwo, kajakarstwo, a pływałem, jak szatan! Nie straszne mi były zdradliwe wiry Dunajca. Jakże mi się to potem, w czasie wojny, przydało!” – stwierdził po latach spisując swoje wspomnienia. W 1933 r., po ukończeniu Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu wskoczył w mundur, najpierw wojskowy – Strzelców Podhalańskich, a później – od 1 stycznia 1937 r. w mundur Straży Granicznej.

Zosia uszczęśliwiła rodziców przychodząc na świat sześć i pół roku po Zbyszku – 17 maja 1920 roku. Józef nie nacieszył się długo córką. Zmarł nagle, gdy miała trzy miesiące. Zostawił w doczesności 40-letnią wdowę z siedmiorgiem dzieci Bronkiem, Władkiem, Zbyszkiem, Wandą, Stasią, Marysią i Zosią. Ich azylem stał się dom przy ul. Matejki pod numerem 2 w Nowym Sączu, odziedziczony po rodzicach Heleny.

W szkolnych latach Rysiówna błysnęła aktorskim i wokalnym talentem, szlifowanym przez nauczyciela Bolesława Barbackiego, który przygotowywał zdolną Zośkę do scenicznych debiutów na scenie sądeckiego Sokoła. Po maturze w Gimnazjum Żeńskim im. M. Konopnickiej w 1938 r. wyjechała do Warszawy na studia aktorskie, ale jak się okazało – na krótko. Z wakacji 1939 r., które spędzała z rodziną w Nowym Sączu już nie dało się wrócić do Warszawy. W życie ludzi wtargnęła wojna.

Latem 1939 roku przyjechałam do Nowego Sącza na wakacje. Mama bardzo się cieszyła. Zgotowała knedle ze śliwkami, które bardzo lubiłam… I tak się poskładało, że do Warszawy już nie można było wracać. Brat pierwszy zaczął konspirować. A ja przy nim. To nie tak, że ja postanowiłam sobie, że cokolwiek zrobię. To historia przyszła do mnie, zastukała do drzwi i trzeba było wykonać zadanie – wspominała Zofia w 1999 r. w audycji nagrywanej dla Polskiego Radia.

 

Wanda: „W pierwszych dniach czerwca 1940 roku, już po godzinie policyjnej, która obowiązywała w okupowanym kraju, do naszego domu w Nowym Sączu przy ulicy Matejki 2, zgłosił się nieznany młody człowiek, podał hasło i zapytał o Zbigniewa Rysia. Brat już dla ostrożności nie nocował w rodzinnym domu, a w sąsiedztwie, u przyjaciela Władysława Żaroffego, przy ulicy Lwowskiej 13. Przybyszem zaopiekowała się młodziutka siostra Zosia, która już była zaprzysiężona przez tajną, wojskową organizację ZWZ, działającą w okupowanym kraju…[1]

– Zabrzmi to śmiesznie, ale ja w ogóle nie wiedziałam, że jestem w konspiracji. Przysięgę złożyłam mojemu bratu i nie wypytywałam go o żadne szczegóły, a on też mi się nie zwierzał z tego, co robi. Wszystko polegało na pewnych moich domysłach. Mój brat wychodził ze słusznego założenia, że jak ktoś nie wie, to nigdy tego nie powie – opowiadała Zofia Rysiówna.

Zosia zaproponowała przybyszowi nocleg i obiecała, że następnego dnia postara się o kontakt z bratem.

Szach

Człowiek, który zgłosił się do Rysiów po pomoc w przedostaniu się na Węgry przedstawił się jako Jan Piasecki. W rzeczywistości nazywał się Jan Kozielewski i używał pseudonimu „Witold”. Do historii przeszedł jako Jan Karski – emisariusz polskiego rządu na uchodźstwie, świadek hitlerowskich zbrodni, łącznik Polski Walczącej i reszty cywilizowanego świata nieświadomej tego co dzieje się nad Wisłą.

Rano do akcji wkroczył Zbyszek, który (…)

  Cały tekst przeczytasz w specjalnym wydaniu DTS – dostępnym bezpłatnie pod linkiem:  

[1] Maszynopis „Moje wspomnienia z okresu II wojny światowej o prof. Janie Karskim, emisariuszu Rządu Londyńskiego; Wanda Ryś – Straszyńska

Filmoteka dts24

217 Videos