Rozmowa z Tomaszem Maruszewskim – pisarzem, muzykiem, prawnikiem.
Rozmawia Wojciech Molendowicz
– Które z tych określeń jest dla Pana najważniejsze?
– Oj, to już pierwsze pytanie takie trudne. [śmiech] Różnie bywa, różnie. Zawsze było nas dwóch. Jeden mały, racjonalny chłopiec, który – chyba od dziesiątego roku życia marzył o byciu chirurgiem albo prawnikiem i w tym kierunku stabilnie podążał przez czas – i drugi chłopiec, bardziej szalony, który chciał być najpierw piłkarzem światowej klasy, później muzykiem i w tym kierunku, zmierzał również, a ostatecznie został pisarzem.
– Jesteśmy świeżo po premierze Pańskiej najnowszej książki. Na obwolucie w notce biograficznej wyczytałem m.in.: „Zmęczony życiem w wielkim mieście — w domyśle w Warszawie — przeprowadził się do Nowego Sącza”. To tak brzmi, wielkomiejsko, w myśl hasła: rzuć wszystko, wyjedź w Bieszczady. To tak było? Nowy Sącz okazał się Pańskimi Bieszczadami?
– Trochę tak, ale nie w takiej kolejności, bo urodziłem się w Tarnowskich Górach, czyli w małym mieście podobnej wielkości do Nowego Sącza. W wieku ośmiu lat razem z rodziną przeprowadziliśmy się za miasto w okolice jeziora i mieszkaliśmy wśród lasów. Dopiero na czas studiów przeniosłem się do Warszawy, więc aż taki wielkomiejski nie byłem. Wprost przeciwnie. Lubię małe miasta, lubię otoczenie natury.
– A jak było z męczącą Warszawą?
– Po studiach prawniczych i aplikacji zostaliśmy tam z żoną. Później urodziły się dzieci – córka i syn – i na wszystko zaczęło brakować czasu. Banały – korki, dojazdy, przemieszczanie się. A ponieważ nie tylko pracowałem w Warszawie, ale również miałem zespół muzyczny, to łączenie tych wszystkich aktywności zaczęło być po prostu trudne. Brakowało nam też z żoną natury. A skoro żona pochodzi z Nowego Sącza, gdzie na łono natury jest bardzo blisko, zapadła decyzja, żeby troszkę zwolnić, znaleźć więcej czasu dla siebie i dla rodziny. A dla mnie to dodatkowy plus, bo mam też więcej czasu na moje pasje artystyczne.
– Pisze Pan w notce biograficznej: „Obecnie mieszka w otoczeniu gór i rzek”. To działa na wyobraźnię, że gdzieś na stoku Przehyby postawił Pan chatę, ale aż tak romantycznie to chyba nie jest.
– Nie, tę notkę po prostu pisał wydawca. Z perspektywy Warszawy, takie było jego wyobrażenie o sądeckich Wólkach. To właśnie góry i rzeki.
– Co się w pańskim życiu zmieniło, kiedy zamienił Pan Warszawę na ten prowincjonalny, powolny Nowy Sącz. Jest lepiej?
– O niebo lepiej. Zyskałem dziennie jakieś dwie godziny wolnego czasu. Tak, to ogromny kapitał, potężny zastrzyk dodatkowej energii.
– Pański dzień jednak rytmu nie zmienił: rano prawnik w swojej kancelarii, wieczory z dziećmi, a noce poświęcone na pisanie powieści. Zyskał Pan dwie godziny doby w stosunku do Warszawy, ale ciągle nie wiem, kiedy Pan śpi?
– Dlatego, że brakowało czasu, jeszcze w Warszawie zrezygnowałem z muzyki i przerzuciłem się na pisanie, bo to nowy rodzaj sztuki artystycznej, którą mogę uprawiać sam, w wybranym przez siebie miejscu i czasie.
– Po co Panu to pisanie? Jako prawnik ma Pan wystarczająco dużo pracy.
– To trochę nawiązanie do tego, o czym powiedziałem na początku, czyli do dwóch stron mojej osobowości. Od zawsze miałem potrzebę wyrazu artystycznego. Stąd pewnie ta muzyka, stąd pomysł na piłkę nożną i chęć bycia światowej klasy piłkarzem. To też jest rodzaj sztuki. A jak już to zakończyłem to musiałem znaleźć nowy pomysł na siebie i najwygodniejsza była literatura. Ale ciągle mnie dużo łączy z muzyką, bo ona jest kluczem do moich powieści. Jest główną inspiracją i zawsze mi towarzyszy przy pisaniu książki. Rozstałem się z zespołami muzycznymi, ale nie rozstałem się z muzyką.
– I muzyka gra w tle kiedy Pan pisze w nocy?
– Tak, bez przerwy. Wieczorami czy nocami piszę, słuchając muzyki, a rano poprawiam to, co pisałem dzień wcześniej. Wtedy już bez muzyki, żeby być mocno skupionym na poprawianiu formy. Pisząc, nie potrzebuję takiego wielkiego skupienia, tylko po prostu wejścia w historię całym sobą i do tego jest mi potrzebna muzyka. Aczkolwiek łatwiej się pisze oczywiście przy muzyce instrumentalnej niż z wokalem.
– 6 maja w Wydawnictwie Literackim ukazała się Pańska trzecia powieść „Szeleścidło”. To przypadek, że wszystkie tytuły Pańskich książek to wyrazy dźwiękonaśladowcze: „Szepty”, „Wrzaski”, „Szeleścidło”?
– Nie, nie jest to przypadek. Zresztą „Szeleścidło” jest w pewnej kontrze do „Wrzasków”.
– „Szeleścidło” to nawiązanie do szelestu kartki, coś takiego?
– Tak, to jest takie specjalne narzędzie do szeleszczenia. Tytuł wymyśliłem razem z moimi dziećmi zresztą. Natomiast jest to w kontrze do „Wrzasków”, gdzie te wrzaski były złe i wrogie. „Szeleścidło” opiera się na wszechobecnej ciszy. I to właśnie ta cisza jest niebezpieczna, jest tym złem, które się wydarza w powieści.
Wykorzystano fragmenty wywiadu dla Regionalnej Telewizji Kablowej.
Fot. Julita Mync
A jeśli pamięć cię okłamuje?




























































































































































































































