Kiedy byłem mały, często chodziłem nad rzekę, obserwując ryby pływające pod taflą wody – w lewo i w prawo, tam i z powrotem, nieświadome, że poza ich światem może istnieć coś jeszcze. Coś więcej. Raz udało mi się złapać jedną z nich. Co wtedy poczuła? A może uznała całe to zajście za absurd? „To niemożliwe – pomyślała – świat powyżej to wymysł, sci-fi, bujda do kwadratu. Nie istnieje coś takiego jak ponad”. A jednak dostrzegła mnie oddychającego bez wody, co podważyło jej rozumienie biologii. Zauważyła, że poruszam się bez płetw, co przetrąciło znane jej zasady fizyki. Jakimi historiami podzieliła się z resztą, kiedy wrzuciłem ją z powrotem do rzeki?
Zawsze chciałem, żeby ludzie mogli to zobaczyć, ale nigdy nie wiedziałem, jak się za to zabrać. Jak to opisać? Jak zobrazować procesy, które, choć tak własne, zawsze prowadzą do jednego? Jak uchwycić to, co dzieje się z człowiekiem, gdy zostaje wyciągnięty z wody? Gdy trauma budzi w nim artystę, indywiduum? Gdy rozbity na kawałki układa siebie na nowo w tysiące różnorakich form, by ostatecznie wybrać tę jedną i oddać tobie, nie oczekując niczego w zamian?
I mógłbym wznieść schody do gwiazd z połamanych życiowo osób, które spotkałem na swojej drodze – tych, dla których traumy, ich piękne traumy, stały się materiałem do stworzenia czegoś prawdziwie wyjątkowego. Ale to tylko pretekst. To zawsze był dla mnie wyłącznie pretekst, by poznać proces. Coś, co tak trudno ująć: te szelesty, te noce, te wycięte częstotliwości – to, co budzi się w człowieku, kiedy zostaje zraniony. Gdy nie pomstuje, lecz próbuje przemienić swój ból w bukiet róż i oddać tobie. Gdy stara się wyciągnąć cię z twoich wiadomych wód, byś mógł wrócić do siebie i przekazać historie nie z tego świata – lub nie powrócić nigdy.




































































































































































































