Takiego krajana europejskiego formatu Sądecczyzna chyba nie miała i prędko się nie doczeka. Wspomnienie o Józefie Oleksym

Takiego krajana europejskiego formatu Sądecczyzna chyba nie miała i prędko się nie doczeka. Wspomnienie o Józefie Oleksym

9 stycznia 2015 r. zmarł Józef Oleksy. W 10 rocznicę śmierci byłego premiera, ministra, marszałka Sejmu, honorowego obywatela Nowego Sącza przypominamy teksty Jerzego Leśniaka poświęcone postaci Józefa Oleksego.

***

Długoletni, od początku demokratycznej Polski, poseł, potem premier i wicepremier, dwukrotny marszałek Sejmu, minister, lider ważnej partii. Gdy w 1993 roku powierzono mu we władanie laskę marszałkowską, sądeczanie przypomnieli mu, że dwieście lat wcześniej marszałkiem Sejmu Wielkiego był Stanisław Małachowski, ostatni starosta sądecki, którego podpis widnieje pod Konstytucją 3 Maja. Połączona historia Polski i Sądecczyzny zatoczyła symboliczne koło.

Jako premier sformułował ciekawy rząd, z Władysławem Bartoszewskim w roli ministra spraw zagranicznych. Konferował z Borysem Jelcynem, Billem Clintonem, Helmutem Kohlem. Witał papieża Jana Pawła II podczas pielgrzymki do Polski.

Mimo że przepustkę do kariery dała mu formacja mająca spore historyczne obciążenia, stał się jednym z najbardziej znanych polityków polskich, na dodatek osobowością nader barwną, naznaczoną niebywałym dramatyzmem z uwagi na ciężkie doświadczenia w życiu publicznym.

Nawet w obliczu niezasłużonych, potwornych oskarżeń emanował autentyczną dobrocią, pozostając wolnym od zacietrzewienia i nienawiści. Teraz, po śmierci, wszyscy, nawet najzacieklejsi przeciwnicy polityczni, i to nie przez ckliwą kurtuazję, oddają mu sprawiedliwość, której – niestety – nie zaznał za życia.

Żartował, że skoro urodził się w dzielnicy nazywanej „Piekłem”, to rzeczywiście w tym politycznym polskim piekle musiał się znaleźć, aby dzięki heroicznej sile charakteru z tego piekła się wydostać, przejść potem przez czyściec i powrócić do normalnego życia, w czym wspomagała go wręcz heroicznie rodzina, żona Majka, siostra Bogusia, córka Julia, syn Michał, wreszcie sądeccy przyjaciele.

Dobrze go znałem i dużo mu zawdzięczam. Wywarł niemały wpływ na moje spojrzenie na świat, społeczeństwo, na drugiego człowieka. Był gościem w moim domu, ja też spędziłem kilka dni u niego w Wilanowie.

Józef Oleksy to sądeczanin z urodzenia i serca. W rodzinnym mieście i regionie, mimo nawału obowiązków, tkwił nieprzerwanie. Odwiedzał rodzeństwo, bliskich znajomych i przede wszystkim owdowiałą matkę, Michalinę, która na jego wizytę przygotowywała specjalnie tłusty rosół z domowym makaronem. Wyszedł z biedy, szanował prostych ludzi, zawsze odbierał (lub po chwili oddzwaniał) telefony, nawet pełniąc najwyższe urzędy państwowe, nie odgradzał się od ludzi murem sekretarek czy asystentów.

Jako marszałek Sejmu i premier chodził piechotą po Jagiellońskiej bez obstawy BOR, nie chcąc wywoływać sensacji. Przyjeżdżał na coroczne Imieniny Miasta i lipcowe promocje kolejnych tomów „Rocznika Sądeckiego”.

Uczestniczył w weseliskach dzieci serdecznych druhów, m.in. Kazimierza Pazgana i Stanisława Pasonia, utrzymywał zażyłe kontakty z innymi sądeczanami – profesorami: Tadeuszem Popielą (chirurgiem), Stanisławem Morytą (muzykiem), Bolesławem Faronem (literaturoznawcą), Józefem Olszyńskim (dyplomatą, ekonomistą z SGH), z kolegami z ławy szkolnej w „Kochanowskim”, m.in. dr. inż. Romanem Butscherem, z sąsiadami z pogranicza Przetakówki i „Piekła”, m.in. z Romanem Porębskim, z działaczami b. PZPR – Antonim Rączką (wojewodą nowosądeckim z ostatniej dekady PRL), Adamem Smoterem, Kazimierzem Sasem, Stanisławem Kaimem, Józefem Wiktorem, z szefem Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu ks. infułatem Stanisławem Jeżem (kolegą z seminarium w Tarnowie). Szybko nawiązał wspólny język z młodym początkowo posłem, a potem prezydentem Nowego Sącza Ryszardem Nowakiem (też rodem z Załubińcza), przypominając, że gdyby nie „zsyłka” do seminarium, to być może byłby jego… szwagrem, bo podkochiwał się w podstawówce w Marysi Nowakównie.

Towarzyszyłem mu, gdy bywał serdecznie oprowadzany przez ks. proboszcza Jana Piotrowskiego (obecnego biskupa kieleckiego) po bazylice św. Małgorzaty w Nowym Sączu, w której był kiedyś szefem ministrantów i przez ordynariusza bpa Andrzeja Jeża po zakamarkach kurialnych w Tarnowie, gdy wspominał swych dawnych wykładowców i sądeckich katechetów, księży niezłomnych: Władysława Lesiaka i Zenona Rogoziewicza.

Towarzyszące tym spotkaniom wielowątkowe dysputy o polityce i filozofii, zakorzenione głęboko w tradycji polskiej i chrześcijańskiej, należały do wyjątkowych uczt intelektualnych. Mieliśmy bowiem do czynienia z człowiekiem piekielnie inteligentnym, oczytanym, erudytą obdarzonym wyrafinowanym poczuciem humoru i dużą dozą autoironii. Autentycznym – bo i taki honor mu kiedyś przyznano – Mistrzem Mowy Polskiej. W pamięci utkwiły mi liczne towarzyskie „rekolekcje”, nocne sądeczan rozmowy objaśniające Polskę i świat.

Lgnęli do niego nie tylko koledzy ideowi, ale również sympatycy prawicy i internowani w stanie wojennym działacze „Solidarności”. Na jednej z podarowanych książek wpisał się Staszkowi Pasoniowi: „Były premier, marszałek, minister, I sekretarz – przyszły… prymas”, co nie było dalekie od prawdy, bo gdyby za młodych lat nie wciągnęła go polityka, zostałby pewnie biskupem (kardynałem), jak marzyło się jego matce, lub przynajmniej szanowanym profesorem uniwersytetu.

Wspierał Nowy Sącz zawsze i wszędzie. Sprowadzał do Sącza na koncerty w ratuszu zaprzyjaźnionych wirtuozów, m.in. skrzypka Vadima Brodskiego, a w Walentynki pod Wawelem AD 2004 urządził zjazd legitymujących się sądeckim rodowodem byłych i urzędujących rektorów wyższych uczelni (od Warszawy, Gdańska i Wrocławia po Kraków), żartując, że przedstawi im do zatwierdzenia swoją niedokończoną rozprawę habilitacyjną, którą miał bronić za młodych lat na Uniwersytecie Humboldta w Niemczech albo w Strasburgu.

Krajana, red. Leszka Mazana prosił o pożyczenie… grzebienia, co z uwagi na brak owłosienia na głowach obu panów budziło wesołość. Ucieszył go komplement wypowiedziany podczas pobytu prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego w Nowym Sączu, że jest „Wieniawą III RP”.

W swoim mieście czuł się jak u mamy. Był łasy na piętki z chlebów („oskalpował” kiedyś na jednym posiedzeniu kilkanaście bochenków) renomowanej piekarni Andrzeja Danka na Wólkach oraz na domowy smalec ze skwarkami, przyrządzony przez mistrza masarskiego Wiesława Leśniaka.

Nie zapomnę jego nieskrywanego wzruszenia, gdy niedawno oglądał w salce kinowej urządzonej przez prof. Bogusława Kołcza w gościnnych progach Szkoły Chrobrego zarejestrowany na taśmie filmowej – nieznany mu wcześniej – dokument: przejmującą rozmowę z jego dawno już nieżyjącą matką, wspominającą ciepło i z właściwym sobie wigorem najlepszego z synów.

Sądecczyzna mogła zawsze na Józefa Oleksego liczyć: wspierał sądeckie władze samorządowe, bez względu na to, czy rządziła tu prawica, czy lewica. Otwierał przed nimi, w ramach przyzwoitej protekcji, drzwi wielu ważnych gabinetów, nawet ostatnio, gdy gasł w oczach z powodu postępującej choroby, czuwał przy trudnych negocjacjach nad kontraktem terytorialnym dla Małopolski. Uważał, że miasto, które po reformie administracyjnej w 1998 r. straciło status wojewódzki, nie powinno być spychane na margines: ciosał kołki na głowie marszałkowi małopolskiemu Markowi Sowie, aby jego zainteresowanie inwestycjami w województwie nie kończyło się na Krakowie i Wieliczce.

W połowie lat dziewięćdziesiątych pomógł m.in. w przydziale sądeckiemu szpitalowi im. Jędrzeja Śniadeckiego nowoczesnego i unikalnego w kraju tomografu. Wspomógł sądeczan w przyznaniu poważnej dotacji z Fundacji Polsko-Niemieckiej na budowę nowoczesnej oczyszczalni ścieków. Jako szef rządu skłonił możnego niemieckiego inwestora do zbudowania w Nowym Sączu pierwszego hipermarketu („Real”), którego pierwotną lokalizację wyznaczono w Tarnowie. Bronił (skutecznie) przed likwidacją Urzędu Celnego w Nowym Sączu. Nieliczni znają kulisy jego misternych zabiegów u minister Elżbiety Bieńkowskiej w celu przeznaczenia kilkudziesięciu milionów na budowę mostu na Dunajcu i obwodnicy północnej.

***

Lubił godzinami opowiadać o dzieciństwie, kopaniu piłki pod Górą Zabełecką i w Roszkowicach, o zabawach w rejonie lodowni na Boconiu, o grze w palanta na pastwisku za dworem Mücków, a także o trwodze, jaką niosły powodzie, raz po raz wywoływane przez Łubinkę. Malował ciekawie obraz rodzinnego domu, w którym ojciec był utalentowanym stolarzem (wszystkie meble wyszły spod jego ręki, nie kupowano ich w sklepie), a matka wprowadzała ponadprzeciętne rygory: dyscyplinę, poszanowanie tradycji, pobożność, arcywrogi stosunek do alkoholu.

Należał do nielicznych dzieci, które dwukrotnie przystąpiły do Pierwszej Komunii. Pierwszy raz w ramach wyróżnienia za towarzyszenie księdzu z dzwonkiem przy różnych obrzędach, drugi raz już z rówieśnikami. Szybko został szefem ministrantów. Jako siedmioletni chłopak służył niemal codziennie do mszy o 6 rano. Kiedy o tym wspominał, nie mógł uwierzyć, że potrafił wstawać o tak wczesnej porze.

W Szkole Podstawowej im. Jana Kochanowskiego uczył się bardzo dobrze, został wpisany do „złotej księgi”, świetnie recytował, a kierujący szkołą od lat przedwojennych dyrektor Edward Fyda udzielał mu lekcji gry na fortepianie, choć uczeń miał raczej drewniane ucho. Najbardziej lubił ferie. Brał wtedy z biblioteki dziesięć czy piętnaście książek i czytał od rana do późnego wieczora. Przyjaźnił się m.in. z Krzysiem Brzuzą, po latach „najlepszym chopinistą Ameryki”.

Sensacją w dziecięcym życiu była kąpiel pod prysznicem. W większości domów w tej części miasta nie było łazienek. Natomiast w szkole urządzono prawdziwą łaźnię. Józek nigdy wcześniej nie widział pryszniców. Woda, która leciała ze ściany, wydawała mu się cudem techniki.

Po podstawówce wyjechał do Niższego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Marzeniem matki było mieć syna – księdza. Pod poważną nazwą szkoły kryło się bardzo dobre liceum ogólnokształcące, tyle że ze skoszarowanymi uczniami i codziennymi praktykami religijnymi: porannymi modlitwami, południowym Aniołem Pańskim, dłuższymi niż gdzie indziej rekolekcjami. Zakładano, że część uczniów wstąpi do seminarium i przywdzieje sutannę. Tymczasem w 1963 r., czyli w apogeum walki gomułkowszczyzny z Kościołem, władze brutalnie rozwiązały szkołę. Oleksy tuż przed maturą wraz z kolegami otrzymał wilczy bilet. Licea w Nowym i Starym Sączu nie chciały go przyjąć, udało się wreszcie zdać egzamin dojrzałości w Liceum im. Brodzińskiego w Tarnowie.

Długo o latach seminaryjnych nie rozmawiał. Tarnowski epizod ujawniła publicznie dopiero matka, kiedy został marszałkiem Sejmu w 1993 r. Przyszedł do niej dziennikarz z „Gazety Krakowskiej” (czyli niżej podpisany), a ona od razu powiedziała, że jej Józek uczył się na księdza, a gdyby ukończył szkołę kościelną i seminarium, to zamiast laski marszałkowskiej nosiłby biskupi pastorał! Sensacja poszła w Polskę.

Od reaktywacji w 2003 r. przewodniczył Klubowi Przyjaciół Ziemi Sądeckiej. On – ikona lewicy ze stygmatem b. PZPR, wraz z wiceprzewodniczącymi – Ryszardem Nowakiem (prezydentem Nowego Sącza) z PiS i Janem Golonką (starostą nowosądeckim) z PO. Tak zgodna współpraca polityków z różnych opcji jest dziś wciąż nie do pomyślenia na szczeblu centralnym. Swego czasu namawiał prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego (obie rodziny łączyły przyjazne relacje) do przywrócenia w stolicy oryginalnego (rozmieszczonego na tle gór i stylizowanego ruchomego słońca), opiewanego nawet w jednej z ballad Wojciecha Młynarskiego, neonu Zwiedzajcie Ziemię Sądecką.

– Pamięta go moje pokolenie – mówił Oleksy – Nie brakuje ludzi z Sądecczyzny, którzy zajęli mocne pozycje na szczytach kultury, gospodarki i polityki. Bo ta kamienista ziemia, niewdzięczna, bogata jest ludźmi utalentowanymi, rzutkimi i kreatywnymi. Nie kryję satysfakcji, że po wielu latach powierzono mi przewodnictwo Klubu, tej rozproszonej po kraju i świecie Sądeckiej Rodziny. Mógłbym długo wspominać ludzi, których w Nowym Sączu i dzięki Nowemu Sączowi poznałem i zapamiętałem. Oni wciąż przewijają się w mojej pamięci wśród tysięcy innych, których spotkałem w Polsce i na świecie, wśród bogaczy i światowej biedoty, wśród twórców i myślicieli, wśród ludzi dobrych i tych innych. Ta pamięć jest częścią mnie. Jest swoistą wartością dodaną do mojego życia.

Teraz Jego – domknięte 9 stycznia 2015 r. – życie ubogaciło na trwałe ponadsiedmiowiekową polifonię dziejów Nowego Sącza, Rodzinnego Królewskiego Grodu.

To Ty, Drogi Józefie, byłeś i pozostaniesz „wartością dodaną”, bene meritus, wyjątkowym darem dla Nowego Sącza i nowosądeczan.

Odpoczywaj, Przyjacielu, w pokoju.

Niech na warszawskich Powązkach Nowy Sącz śni się Ci zawsze podczas wiecznego snu.

 

Jerzy Leśniak

Zobacz także:

Filmoteka dts24

211 Videos