Znowu odbyła się sesja. Poszedłem. Miałem czapkę-niewidkę, chociaż było gorąco. Postałem sobie z mieszkańcami pod Kasztanem. Wszyscy dyskutowali o sesji. Nawet dyskutanci podzielili się na koalicję i opozycję. Wymieniali poglądy z niezwykłym wyczuciem i wzajemnym szacunkiem. Czasami tylko wróble przeszkadzały swoim ćwierkotem — nie tylko tym zresztą przeszkadzały, ale można zawsze uskoczyć, gdy ma się refleks.
Wszedłem cichutko, niezauważony. Rozpoczęły się obrady. Dzisiaj dyskutowano nad stanem miasta i absolutorium. Takie sesje są zazwyczaj przyczyną skrajnej ambiwalencji. Ale indukują zjawiskowe wystąpienia. Takie mnie tylko interesują właśnie. Normalność jest nudna. Tym razem o spektakularność zadbało dwóch radnych.
Zaczęło się wszystko klasycznie. Pan Prezydent Bochenek sprawnie wszystko przedstawił. Po każdym remoncie ulicy wymieniał zasłużonych w tym względzie radnych. Stawało się familiarnie i wzruszająco. Wyszło na to, że za remonty ulic w zdecydowanej większości zasługi mają radni koalicyjni. To mogło się nie podobać naszym Pisowcom. Ale taka jest już dystrybucja uznania we współczesnej polityce. Obowiązuje prawo kaduka.
Ale mnie się jakoś żal zrobiło naszych sądeckich Pisowców. Oni też chcą dobrze.
Ale w jednym względzie radni są ponad podziałami. Łączy ich chęć błyśnięcia, wygłoszenia niezapomnianych oracji. Jakże ludzka jest ta chęć — parcie do bycia zauważonym.
No właśnie — ja chcę być również wzmocnieniem dla tych prób. Piszę o tym, aby dać temu ujście, aby ludzie to dostrzegli. Sesje ogląda jednak niewielu, a to, co tutaj piszę, może trafić pod sądeckie strzechy. Ten mój cykl „posesyjny” ma całkiem niezłe zasięgi.
Na ostatniej sesji był koncert laudacji. W tym względzie na pudle stanął Pan Radny Ziaja Krzysztof. Zachwycił przewrotnością laudacji, a kto nie wysłuchał, to może przeczytać moją ostatnią relację.
Ale i tym razem Pan Ziaja nie obniżył lotu. On ma szczególną predylekcję do metafory. Dał nam się poznać, kiedy opowiadał o „butach”, o „dobrym ojcu”. Znamy to z lekcji polskiego, że metafora skrzydlata może przetrwać wieki.
Tym razem Pan Ziaja porównał nasze miasto do węgierskiego gulaszu. Poprosił wcześniej o „zamknięcie oczu” i wyobrażenie sobie… No i tutaj przywoływał obrazy stołu i talerza. A na tym talerzu placki ziemniaczane z gulaszem węgierskim. Wspomniał jeszcze o zestawie surówek i kompocie. Dodatkowo: „jest to ciepłe, jest to smaczne, okazałe i można się najeść.” On potrafi być plastyczny.
No i jak to powiązał Pan Radny z dyskusją nad stanem miasta? Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Zrobił to smakowicie. Dla jednych bowiem te placki będą powodem zadowolenia, a dla innych — nie będą. Tak wyprowadził obrazowo stan dychotomii.
Dodawał, że ci niezadowoleni będą narzekać na brak zupy i zaczął wymieniać składniki innych potraw alternatywnych. Kotletów, rosołu… Jakże to było obrazowe! Po czym przeszedł „do rzeczy”. Przynajmniej tak oświadczył. Chyba nikt tego nie słuchał, a myślał o tej metaforze z plackami. A może o to nawet chodziło?
Ta metafora placków ziemniaczanych z gulaszem jako obrazowanie stanu Nowego Sącza pozostanie z nami na lata. Mam także nadzieję, że inni radni będą stosować podobne porównania. To pozwala lepiej zapamiętać, a czasami oswajać się ze sprawami.
Bezpośrednio po Panu Ziai głos zabrał kolejny harcownik, Pan Radny Targosz Błażej. Dla równowagi — on reprezentuje klub naszych sądeckich Pisowców. Jest zatem ponad podziałami i ponadpartyjnie. Trzeba przyznać, że jest to sprawiedliwe!
Pan Radny Targosz zaczął swoje wystąpienie niezwykle oryginalnie. Nie stosował metafor, ale wpadł na pomysł, że powinien jakoś szczególnie upokorzyć Pana Prezydenta Artura Bochenka. Nie myślał długo — uznał, że jest znaczna różnica pomiędzy funkcją „urzędnik” i „prezydent”. Ta pierwsza wedle niego ma oznaczenie negatywne, a ta druga nobilituje.
Postanowił wybrać określenie pejoratywne – „urzędnik”. No bo urzędnika nazywają „urzędasem”. Pan Targosz jednak chciał to jakoś złagodzić i wpadł na bardzo konstruktywny pomysł, aby tego „urzędnika” osłodzić rzeczownikiem „pan”. Wyszło z tego „pan urzędnik”.
Dość pokracznie wyszło, ale chyba ta niezdarność była zamiarem Pana Targosza. Jeżeli tak, to udało mu się to brylantowo. Brzmiało to super niezdarnie, trochę jak piasek w zębach.
Warto zacytować dłuższy fragment z początku wypowiedzi Pana Targosza: „ja tak troszeczeczkę martwię się o pana urzędnika, pana Artura Bochenka, bardzo Pan napięty jest dzisiaj i może tam warto zbadać puls i ciśnienie.”
Potem obsesyjnie tytułował Pana Prezydenta Bochenka „panem urzędnikiem”. Zacząłem liczyć i chyba 11 razy padł ten „pan urzędnik”.
Nieśmiało zaproponuję Panu Targoszowi, aby zapytał się kolegi klubowego, Pana Piecha, który pełnił funkcję wiceprezydenta miasta, co sądzi o takim sposobie zwracania się. Czy mogło mu się to podobać?
Pan Piech posiada także dostateczną ogładę, a i jest człowiekiem kulturalnym, i powinien zatem poprowadzić wewnętrzne zajęcia z zakresu savoir-vivre’u, a Pan Targosz powinien siedzieć w pierwszej ławce. Można jeszcze kilka osób dokooptować.
Trzeba także odnotować, że Pan Targosz odkrył także skandal, a może i nawet już aferę. Otóż, rozkradany jest gruz — ten pochodzący z remontowanych chodników. No i coś tam jeszcze opowiadał w ramach krytyki stanu miasta. On lubuje się w detalach, nie może duperelach, ale takimi detalami chce prezentować, że nic się przed nim nie ukryje. Jest dziennikarstwo śledcze i jest „rajcowanie śledcze”. To może być nasz sądecki patent.
Tym razem już bezpośrednio ratował sprawę Pan Radny Piech. Mocno przygotował się do sesji i miał całkiem ciekawe przemówienie. Zwyczajowo nie odnoszę się do tego typu wypowiedzi, ale czynię to dlatego, aby pokazać, jak Pan Targosz kontrastował z tą wypowiedzią. No, kontrastował mocno. I to „na wszystkich polach eksploatacji”, jak mawiają informatycy.
A Pan Radny Czernecki, na którego liczyłem, jednak rozczarował. Owszem, mówił z patosem, srożył miny, ale nie było tego czegoś, czym potrafił zaskoczyć. Może jest bez formy? Tak, ta rada została zdominowana przez dwóch radnych.
Wyszedłem z ratusza. Zasiadłem pod Kasztanem i zasnęło mi się. Miałem taki oto sen: Radny Targosz konsumuje te placki ziemniaczane z gulaszem. Akcja rozgrywa się w Zajeździe węgierskim na Węgierskiej. Pamiętamy ten lokal z czasów PRL. W trakcie konsumpcji zaczyna się awanturować, że gulasz jest „ciepły”, a powinien być gorący.
Kompot też go nie zadowalał, bo – jak oznajmił – wolałby w tej szklance browca z Grybowa. Kelner łudząco podobny do prezydenta Bochenka krążył z termometrem kucharskim, lecz bezradnie rozkładał ręce wobec narastającego stukotu łyżki o stół. Tak Pan Targosz manifestował niezadowolenie. Potem grubo wyraził się do „pana kelnera”, określił go piętrowo. Nie będę cytować, bo to dzieci mogą czytać.
Wtem z kuchni wyszedł postawny kucharz w czapce, do złudzenia przypominający Radnego Ziaję. No i bez skrupułów i trochę po chamsku pociągał Radnego Targosza za ucho. A ten nagle wyciągnął z kieszeni egzemplarz Konstytucji i powołał się na 54 artykuł mówiący o wolności słowa.
Obudziłem się nagle, ściślej obudził mnie pewien bezczelny wróbel, który posłał mi „placek” wprost na czoło. A ja w drodze protestu obywatelskiego szedłem z tym plackiem na czole przez całą Jagiellońską. Ludzie wskazywali mnie palcem, inni się śmiali. Na tym polegała moja świadoma pokuta.
To była jednak traumatyczna sesja rady miasta Nowego Sącza. Ale miała także swoją urodę.
Adam Kurek


























































































































































































































