Stolik dobroczynności w Polsce został przewrócony

Stolik dobroczynności w Polsce został przewrócony

Rozmowa z Marcinem Kałużnym, prezesem stowarzyszenia Sursum Corda w Nowym Sączu.

– Od ilu lat zbieracie pieniądze na pomoc chorym dzieciom?

– Pieniądze na potrzeby dzieci zbieramy mniej niż połowę mojego życia, a ponad połowę pracuję w organizacji pozarządowej, w stowarzyszeniu Sursum Corda. Jeżeli dodam, że mam ponad pięćdziesiąt lat, to można łatwo policzyć, że ponad ćwierć wieku musi mieć stowarzyszenie. W tamtym roku obchodziliśmy jubileusz.

– Liczyliście kiedyś, ile pieniędzy zebraliście przez te 26 lat?

– Tak. I publikujemy te informacje także na naszej stronie internetowej.  W tym roku po zamknięciu bilansu będzie aktualizacja, bo co roku te cyfry poprawiamy. To jest ponad 15 mln zł, które zainwestowaliśmy w leczenie i rehabilitację. I trochę pieniędzy jest też na rachunku bankowym, bo to nie jest tak, że sto procent cały czas jest wydawane. Zawsze jest jakaś rezerwa. W tej chwili też czekamy na wyniki, efekty zbiórki półtorej procenta podatku, więc niebawem znowu stan konta pójdzie do góry.

– 15 mln zł zebrane w 26 lat. Co sobie myślisz, kiedy słyszysz, że w ciągu dziewięciu dni bezpośredniej transmisji internetowej Łatwogang zebrał na leczenie dzieci chorych na raka 251 mln zł.

– Jadąc tutaj słyszałem, że to już 257 mln zł (rozmowa z 27 kwietnia – przyp. red.). Wskazówka cały czas chyba jeszcze idzie do góry, bo spływają te wpłaty. Myślę, że powiem coś z punktu widzenia wielu organizacji pozarządowych – stolik dobroczynności i fundraisingu w Polsce został przewrócony.  Został dwukrotnie pobity rekord świata, więc mamy wynik najlepszy na kuli ziemskiej. I pewnie teraz dobra chwila zejdzie, zanim uda się go komukolwiek pobić. Rekordem dotychczasowym było chyba 20 mln dolarów. To pokazuje siłę tego typu akcji streamingowej. Bo czym innym są akcje, które robi WOŚP, czym innym jest nasza działalność, czyli wspomniane 15 mln zł.

– Czyli Sursum Corda milion rocznie, a tu 250 mln w tydzień.

– Tak i myślę, że tu mają znaczenie dwie kwestie. Czasami jest tak w życiu, że przychodzi ktoś i nie wie, że coś jest prawie niemożliwe. Robi to i okazuje się, że to jest możliwe. Tego typu akcje streamingowe do tej pory przynosiły efekty, ale nie aż tak spektakularne. Ale też powiedzmy sobie szczerze, że sami organizatorzy nie liczyli na taki wynik. To przerosło ich wyobrażenia, bo chcieli zebrać 500 tys. zł.

– Jakie uczucie ci towarzyszyło, kiedy oglądałeś finał tej akcji? Poczułeś ukłucie zazdrości?

– Myślę, że to była cała paleta różnych emocji i odczuć. Nieprawdopodobny szacunek, że przy tak skromnych zasobach organizacyjnych to przedsięwzięcie potrafiło się przerodzić w pospolite ruszenie. Zerowe nakłady organizacyjne, wystarczyła kamerka internetowa i mikrofon. Niewątpliwie jest dysproporcja między nakładami, które zwykle towarzyszą tego typu akcjom zbiórkowym, które mają mocno podnieść emocje i pociągnąć za sobą tłumy, w porównaniu z tym, co tutaj się udało zrobić. Niebywałą robotę i efekt przyniosła obecność osób rozpoznawalnych. Tak zwanych celebrytów, influencerów. Zresztą od początku fundacja ta bazuje na tego typu scenariuszu. Kto ma dzieci w wieku kilku czy kilkunastu lat, ten wie, że oprócz tego, że na pewnym etapie chce się być strażakiem, policjantem albo lekarzem, to też się chce być youtuberem. I to jest też znamienny znak czasu. Natomiast niewątpliwie odwaga wykorzystania technologii, siła mediów społecznościowych pokazała, co jest w stanie sprawić.

– Nie powiedziałeś czy poczułeś zazdrość?

– Tak, to uczucie też się pojawiło. Ja myślę, że dzisiaj u wielu szefów organizacji pozarządowych w Polsce pada takie pytanie: co zrobilibyśmy nie tak, że nam się to do tej pory nie udało? Albo: dlaczego dotychczas nie wpadliśmy na taki pomysł? Albo co moglibyśmy zrobić, żeby tak błysnąć, być tak skuteczni?

– I jak sobie odpowiadacie na to pytanie w Sursum Corda?

– My mamy trochę inną filozofię budowania efektu. Jesteśmy zorientowani na zupełnie inne wzrosty i na czym innym jest oparta organizacja. Nie jesteśmy też podmiotem, który jest skupiony wyłącznie na zbiórkach na leczenie i rehabilitację. To jest działalność dodatkowa, którą prowadzimy, nieodpłatnie jako wolontariusze w pełnym zakresie, bo nie ma nikogo zatrudnionego na etacie w tym obszarze. Realizujemy projekty, pozyskujemy z publicznych źródeł środki finansowania, natomiast zbiórkę prowadzimy w tak zwanym międzyczasie. Więc zawsze tym wszystkim, którzy się do nas zgłaszają, odpowiadamy pozytywnie. W tej chwili mamy około dwustu podopiecznych. To są i dzieci, i dorośli, to są osoby chore onkologicznie i to są osoby np. po wypadkach. Kiedyś to były operacje serc dzieci ratujące życie. To są różne historie. I my też mamy swoje rekordy. Myślę, że na miarę Nowego Sącza to było też znamienne, bo uzbieranie ponad miliona złotych w trzy tygodnie to jest wyczyn. I do tego jeszcze wtedy nie mieliśmy influencerów i rozpoznawalnych twarzy, więc myślę, że też mamy czym się pochwalić na miarę swoich możliwości, zasobów i skali działania. Jestem dumny z każdej złotówki, z każdego uratowanego życia. To są niebywałe historie i nie da się porównać efektu liczby zer do faktu uratowanego życia. Ale jeszcze raz chciałbym podkreślić: podziwiam spontaniczność, emocjonalność i możliwość porwania Polaków do współdziałania. Jak jest dobry wspólny cel, to potrafimy się zjednoczyć.

– A czym Polaków porwali organizatorzy tej zbiórki?

– Myślę, że taką naturalnością, bezpośredniością. Mam wrażenie, że to jest też specyficzna grupa odbiorców, ludzi młodych, którzy w różnego typu mediach społecznościowych są aktywni.

– Ale młodzi nie mają pieniędzy!

– Ale mają przełożenie na swoich rodziców. Myślę, że nieważne do kogo dotrzemy, ważne jaki jest efekt. I w tym przypadku niewątpliwie wiele serc czy portfeli zostało otwartych przez dzieci. A jak wiadomo dzieciom się nie odmawia. Natomiast skala zasięgów, ta kaskadowa kula śnieżna, która się wytworzyła, przyciągnęła i pociągnęła wiele rozpoznawalnych twarzy ludzi, którzy się chcieli pokazać przy tego typu przedsięwzięciu.

– Ktoś powiedział, że my Polacy reagujemy emocjonalnie i zbiórka Łatwoganga trochę jest podobna do momentu rozpoczęcia wojny na Ukrainie. Polacy powiedzieli: zapraszamy Ukraińców do swoich domów, jeździliśmy po nich na granicę, zbieraliśmy pieniądze i wszyscy pomagali… I to się szybko skończyło.

– Pomoc wymaga cierpliwości, metodyki działania i konsekwencji. Dla przykładu – mamy w Krakowie pod opieką dziewczynę, młodą Ukrainkę chorą onkologicznie, która jest pozbawiona jakichkolwiek świadczeń w tej chwili, bo wiemy, jaka została podpisana ustawa pozbawiająca osoby niepracujące z Ukrainy wsparcia i pomocy. Mamy seniorów ukraińskich, którzy dostają obiady czy karty zakupowe. A to wsparcie jest bezwzględnie konieczne, bo to są często osoby w wieku senioralnym albo w sytuacji zdrowotnej, która uniemożliwia podjęcie pracy. I to są trudne sytuacje, to jest po prostu smutne, tragiczne i przykre, że niestety tak to działa.

Rozmawiał Wojciech Molendowicz
Fot. Arch. Sursum Corda

Pobierz ZA DARMO najnowsze wydanie dts24 w wersji elektronicznej:

Filmoteka dts24

217 Videos