
Rozmowa z Marcinem Klimkiem, programistą w japońskiej grupie Rigaku.
– Marcin, masz chyba najdalej do pracy ze wszystkich ludzi w Nowym Sączu.
– Chyba tak… Jakieś 12 godzin w samolocie. Tak jest kiedy lecę z Warszawy, ale to nie najlepsze połączenie, bo ląduję na Naricie, czyli daleko od mojej firmy, która ma siedzibę w zachodniej części Tokio. Żeby się dostać do firmy muszę jeszcze jechać godzinę pociągiem do centrum miasta, gdzie mam pierwszą przesiadkę, a potem jeszcze jedną. Na dojazd w samym mieście do tych 12 godzin trzeba jeszcze doliczyć 2-2,5 godziny. Tokio to metropolia, z Tokio centralnym, gdzie znajdują się te wszystkie miejsca, które odwiedzają turyści, i mnóstwem mniejszych miasteczek. Ja siedzę akurat na obrzeżach…
– Sprawiasz wrażenie, że masz Tokio w małym palcu? Kto nie był, może poczuć zawrót głowy, kiedy ogląda na filmach pulsowanie, rytm tej metropolii, nieustannie przelewające się ludzkie fale.
– Nie da się mieć Tokio w małym palcu. A ja akurat uwielbiam oglądać takie filmy, o których mówisz, z tymi potokami ludzi.
– Które nie wiadomo dokąd zmierzają, a każdy fragment miasta wygląda bardzo podobnie do innych i masz poczucie, że jeśli się zgubisz, to nigdy już się nie odnajdziesz.
– Trochę tak jest, ale wbrew pozorom, odnaleźć się jest bardzo łatwo. Po prostu szukasz stacji kolejowej. To zawsze dobry punkt orientacyjny. Przez 10 lat mojej pracy tam zauważyłem, że życie Japończyków toczy się wokół stacji kolejowych. Miasta skupiają się wokół stacji, one są centrum, a lokalizację jakichś miejsc najłatwiej wyznaczać ilością przystanków jakie masz do przejechania. Nawet ceny mieszkań zależą od odległości do stacji, co oczywiście ma sens. A ich transport kolejowy to prostu mistrzostwo świata. Generalnie Japonia jest bardzo ciekawym krajem i chyba nie tylko ja miałem takie odczucie podczas pierwszej wizyty. Jedziesz pierwszy raz i zachwycasz się nadzwyczajnym porządkiem, tym, że drzwi pociągu otwierają się dokładnie tam, gdzie stoją ludzie czekający w kolejce.
– Ile czasu spędzasz w Tokio, kiedy jedziesz do pracy?
– Różnie. Za pierwszym razem byłem półtora miesiąca, ale zwykle jest to krócej, kilka tygodni. Podczas kolejnych pobytów zacząłem zauważać te wszystkie rzeczy, które fajne są w Polsce i w Europie, a tam są za bardzo uporządkowane. Mam wrażenie, że efektem tego systemu jest mniejsza spontaniczność ludzi niż u nas. Kiedy pojawia się problem, Polacy kombinują co z nim zrobić, a Japończycy muszą mieć instrukcję.
– Jak trafiłeś do pracy w Japonii?
– Przypadkiem, przez kolegę z Nowego Sącza Leszka Tarkowskiego. Leszek zrobił doktorat z fizyki w Polskiej Akademii Nauk, która współpracuje z AGH. Japońska firma Rigaku, w której ja teraz pracuję, poprosiła AGH, żeby studenci napisali dla nich jakieś oprogramowanie. Dziwne, bo nikt się nie garnął, by pokierować taką grupą. Tym sposobem dotarli do Leszka, a kiedy okazało się, że potrzebny jest również programista, Leszek zadzwonił do mnie. Pojechałem do Krakowa na rozmowy, a mój późniejszy szef Akito Sasaki objaśniał nam jakie są ich potrzeby.
Więcej czytaj: https://www.dts24.pl/dts-2025-11-27/

































































































































































































