W Nowym Sączu wszyscy mają swoje święta: przedszkolaki wycinają laurki, podstawówki zbierają festyny i pikniki, studenci — cóż, studenci zawsze coś sobie zorganizują. Licealiści są w tym pejzażu jak widmo: obecni, a jednak rzadko widziani w programach miasta. Krążą po rynku między lekcjami i korkami, wpadają na kebaba, scrollują, znikają. Między tymi światami powstała luka. Ona podobno zawsze istniała.
W tę szczelinę wchodzą Skamandryci — nieformalna grupa pod skrzydłami Stowarzyszenia Wizja Sądecczyzny, wymyślona po to, by tworzyć przedsięwzięcia dla rówieśników, nie dla folderów. Nieprzypadkowo spotkali się w miejscu z „panoramą” w nazwie. Chodzi o szerszy kadr, nie o kolejną gablotę.
Na starcie wzięli temat, którego dorośli często unikają: dostępność. 17 września w restauracji Panorama rozmawiali o tym, czy miasto jest gotowe na młodych z niepełnosprawnościami — w kulturze i sporcie. Nie jako „gości specjalnych”, tylko jako zwykłych uczestników.
Spotkanie moderowali Mariusz Bożyk i Wiktor Grotek z Wizji Sądecczyzny. Przy stole zasiedli też eksperci: Alina Bożyk (kultura), Jarek Prusak (sport) i Wojciech Janisz (sport). Brzmiało poważnie, ale klimat był warsztatowy, nie urzędowy.
„Nie chcemy protezy frekwencji. Chcemy, żeby to było nasze, możliwe od jutra” — powiedziała jedna z uczestniczek. Zdanie padło bez dekoracji i ustawiło rozmowę.
Wypłynęły konkrety, które bolą, bo są oczywiste: ratusz, muzea i wydziały w starych kamienicach wciąż mają bariery; osoba z niepełnosprawnością nie kupi online biletu ulgowego na stadion „Sandecji”, bo nikt nie przewidział jednorazowej, zdalnej weryfikacji uprawnień; miejski dowóz działa głównie dla seniorów, młodych zostawiając samym sobie.
„To nie brak dobrej woli, tylko brak instrukcji obsługi miasta” — padło z sali. „Skoro nie ma instrukcji, napiszmy ją tak, żeby chciało się jej używać” — podsumował Bożyk.
Skamandryci nie przyszli narzekać. Ich format to cykl debat projektu „Kultura i sport dla młodzieży w Sączu”, w którym każda rozmowa kończy się konkretem: zalążkiem projektu lub szkicem wydarzenia do publicznej prezentacji. Zasada jest prosta: rozmowa, pomysł, wyjście „w teren” i publikacja wniosków w lokalnych mediach, by trafiły do osób decydujących, nie tylko do algorytmów.
Pierwsza godzina minęła szybko, bo miasto samo podsuwa miejsca, w które warto wejść. Ktoś rzucił: „Miasto bez podjazdu to makieta”. Ktoś inny: „Zróbmy prosty protokół testu dostępności — cztery osoby, różne potrzeby, liczymy minuty i schody”. Niby banał, a jednak zmiana perspektywy: problem staje się wspólną dyscypliną. A dyscyplina lubi liczby i powtarzalność.
Druga część nie uciekła od wątku dostępności — i dobrze, bo życie nie dzieli się według urzędowego rejestru. „Nie wycinajcie nam osobnej ścieżki. Otwórzcie szerzej bramę” — zanotowali moderatorzy słowa jednego z uczestników.
Kim są Skamandryci 3.0? Ani kółko poetyckie, ani „rada do spraw”. To grupa, która łączy kulturę i sport, rozmazując granicę między widzem a współtwórcą. Plan jest klarowny: pięć spotkań, a po każdym mała, realna zmiana — gotowy szkic wydarzenia, publikacja i wyjście „z biletem w ręku”, by sprawdzić rozwiązania na własnej skórze. „Czytajmy miasto nogami, nie tylko postami” — powiedział jeden z animatorów. Ta prosta reguła porządkuje rytm pracy.
Tego dnia w Panoramie padały krótkie deklaracje: „Wróćmy z orkiestrą uliczną na Jagiellońską — tak, żeby zagrać z kimś na wózku”; „Zróbmy open night sportów integracyjnych: boccia, goalball, koszykówka na wózkach — obok siebie, w jednej hali”. Ktoś dopowiedział: „Bilety ulgowe online? To jeden formularz i jedno zdjęcie legitymacji”. Nikt nie protestował. To brzmiało naturalnie — jak rzeczy, które po prostu trzeba zrobić.
Na koniec prowadzący poprosili o trzy zdania, które mają zostać: „Nie prosimy o ulgi, prosimy o dostęp”, „Nie litość, tylko praktyka”, „Nie ma nas w programach — wpiszcie nas długopisem”. Z tego mógłby powstać plakat. Z tego może też powstać miasto.
Skamandryci przypominają: to dopiero początek. Kolejne spotkania są w kalendarzu, lista tematów rośnie, a najważniejsze — rośnie apetyt na działanie. Harmonogram jest, miejsca są, ludzie są.
Teraz pora na następny ruch. I niech to będzie ruch młodych. Jeśli ktoś ma prawo przepisać miejski kalendarz, to właśnie oni. Rolą dorosłych jest nie przeszkadzać i pilnować, by drzwi — te dosłowne i te mentalne — były naprawdę szeroko otwarte.
„Nie chcemy już słyszeć: nie da się. Zapytajmy: co musi się stać, żeby się dało?” — mówi spokojnie Bożyk. W tym spokoju słychać obietnicę działania. Pojawi się wiele ciekawych i konkretnych propozycji dla młodych sądeczan. Tak obiecują inicjatorzy i moderatorzy. Trzeba ich trzymać za słowo.
Wkrótce opowiemy o kolejnym spotkaniu. Skoro tak skończyło się pierwsze, ciekawe, jak otworzy się drugie.
PS
Dlaczego ta grupa nazwała się Skamandrytami? Po pierwsze, są oczytani. Po drugie, ci przedwojenni spotykali się nie w „Panoramie” a „Pod Picadorem”, pisali dla codzienności, przyrody i wolności, zdejmując poezję z pomnika i odrzucając misję narodową na rzecz żywego języka. Czytaliśmy Tuwima i Iwaszkiewicza…
Dzisiejsi Skamandryci w Nowym Sączu biorą z nich właśnie to: bliskość życia, lekkość formy, sprzeciw wobec sztywnych konwencji. Zamiast akademii — rozmowa; zamiast patosu — konkret i otwarta scena dla młodych. Dzięki temu nazwa „Skamandryci” nie jest ozdobą, tylko kierunkiem działania.
Materiał sfinansowano ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.


























































































































































































































