Obok ludzkiej biedy nigdy nie należy przechodzić obojętnie. Nawet, jeśli krzywda dzieje się Panu Piłkarzowi Rafałowi Wolsztyńskiemu. Jak wiadomo, zawodnik poskarżył się światu, że nie może zabrać dzieci na obiad i lody, bo Sandecja nie płaci mu na czas pieniędzy. Nie wiemy, co Państwo Wolsztyńscy jedzą na obiad, ale skoro 26 tys. zł miesięcznych poborów wpędza ich w niedożywienie, to chętnie opublikujemy adresy miejsc, gdzie w Nowym Sączu za te pieniądze można zjeść 838 obiadów miesięcznie. Czyli 27 dziennie. A i na lody coś powinno zostać.
Piłkarz Rafał Wolsztyński komunikuje opinii publicznej w swoich mediach społecznościowych, że nie jest ogórkiem. To trochę dziwne co pisze, bo kilka linijek wyżej narzekał, że jest mizeria z kasą i na lody brakuje. W Nowym Sączu, gdzie kibice Sandecji zarabiają zazwyczaj jakieś 5 razy mniej niż Pan Piłkarz, za lodami ustawiają się zazwyczaj długie kolejki. Wystarczy poczekać jeszcze chwilę i kiedy zrobi się ciepło zobaczyć na własne oczy.
W tej smutnej historii o tym, jak ludziom brakuje na jedzenie, pojawia się zaskakujący finał. Zwrot akcji, niczym na diabelskim młynie w wesołym miasteczku. Co było na górze, nagle jest na dole. I odwrotnie. Jak się okazało Sandecja nie zapłaciła Piłkarzowi wspomnianych 26 tysi, bo Piłkarz, nie wystawił klubowi faktury za świadczone usługi. I nie ma znaczenia, jakiej jakości są te usługi obecnie. U szewca odwrotnie. Jak spieprzy usługę, to mu nikt nie zapłaci. Piłkarz zapomniał wystawić fakturę? Chyba nie, bo przecież nie jest – cytujemy klasyka – ogórkiem. Może zasiedział się na lodach? Nieważne. Najważniejsze, że wszystko było jak w starym żydowskim kawale: „Panie Boże, spraw, żebym wygrał milion w totolotka!”. Pan Bóg: „Ok, pomogę, ale przynajmniej wyślij kupon!”.















































































































































































































