Ryszard Florek: wiedziałem, że założono mi teczkę

Rozmowa z Ryszardem Florkiem - prezesem firmy Fakro

- W zasobach archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej pojawiła się informacja, że Ryszard Florek był tajnym współpracownikiem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Szeroko, choć nieoficjalnie, komentuje się tę informację i wiele osób zadaje sobie pytanie, czy był Pan tajnym współpracownikiem SB?

- A kim jest tajny współpracownik?

- To osoba, która podpisała deklarację współpracy ze służbą bezpieczeństwa, pisała donosy, raporty i najczęściej brała za  to gratyfikację finansową.

BOCHENSKI

- No więc odpowiadam z całą odpowiedzialnością: nigdy na nikogo nie donosiłem, nie żądano ode mnie donosów na kogokolwiek i nie czerpałem żadnych korzyści majątkowych z tego typu działalności.

- Miał Pan świadomość, że w zasobach IPN może istnieć Pana teczka? Był Pan zaskoczony informacją, że widnieje tam Pańskie nazwisko i to w charakterze tajnego współpracownika?

- Wiedziałem, że założono mi teczkę, ale nie budziło to mojego najmniejszego niepokoju, bo na nikogo nie donosiłem. Miałem świadomość, że zawartość moich teczek  była związana z wywiadem naukowo-technicznym.

- Podpisał Pan deklarację współpracy z SB?

- Nie.

- A jaki dokument Pan podpisał, skoro SB traktowała Pana jako współpracownika?

- Podpisałem zobowiązanie do zachowania w tajemnicy rozmowy z funkcjonariuszem w urzędzie paszportowym. Natomiast żadnych zleceń od niego nie otrzymywałem i żadnych zadań nie realizowałem.

- W jakich okolicznościach doszło do rozmowy z funkcjonariuszem wywiadu naukowo-technicznego? Starał się Pan o zgodę na wyjazd na Zachód i powiedziano Panu: „jedź, ale w zamian  oczekujemy…”. No właśnie, czego oczekiwano?

- Za pierwszym razem dostałem paszport bez żadnego problemu. Wyjechałem do Niemiec, bo byłem prezesem AZS-u Politechniki Krakowskiej. W tamtych czasach można się było starać o wyjazd na zagraniczne praktyki, a to była duża atrakcja. W Niemczech, jako bardzo młody człowiek podejmowałem różne prace, zawsze na budowach. To było bardzo fajne doświadczenie. Jako student inżynierii lądowej chłonąłem każdą możliwą wiedzę, bo Niemcy były na zupełnie innym poziomie rozwoju technologicznego. To nie tylko dla studenta była wielka gratka. Nie było żadnych kontaktów. Dopiero gdy chciałem drugi raz wyjechać, zaczęły się problemy. Złożyłem wniosek o paszport i otrzymałem odmowę. Bez uzasadnienia. Potem dostałem wezwanie z urzędu paszportowego, a urzędnik zasugerował mi, że dostanę paszport, jeśli podpiszę klauzulę poufności. I podpisałem. Uważałem, że wtedy, w mojej sytuacji, było to najlepsze rozwiązanie dla mnie i narodu polskiego.

- Jakie sprawy miały pozostać poufne? Czego SB od Pana oczekiwało? Oto paszport - niech Pan jedzie do Niemiec, ale w zamian niech Pan przywiezie jakąś tajemnicę?

- Funkcjonariusz urzędu paszportowego wiedział, że niebawem będę inżynierem i znam język niemiecki. Podkreślał wielokrotnie, że mogę zrobić coś dobrego dla kraju. Nie wymagał ode mnie niczego konkretnego. Mówił, żebym po powrocie pisał o tym, co zobaczę. No więc kupiłem sobie powszechnie dostępny plan Hannoveru, na którym były zaznaczone m.in. zakłady przemysłowe. Spisywałem z niego potem jakieś ogólne informacje, do których każdy miał dostęp. Jako student budownictwa oglądałem nowe budynki, rozwiązania architektoniczne i konstrukcyjne. Zbierałem te informacje głównie z myślą o własnej firmie, którą w przyszłości chciałem założyć. Jaka to była tajemnica? Pozyskiwałem wyłącznie informacje techniczne, nigdy osobowych. Urzędnik chciał, żebym pisał obszernie, to pisałem. Pewnie był rozliczany z ilości opowieści o innych krajach, jakie mu kładziono na biurku.

- Taka „notatka z podróży”?

- Coś w tym stylu. Czasem połączona z dostarczeniem zamówionego przez funkcjonariusza zagranicznego prezentu. Zabawna – z dzisiejszego punktu widzenia - musi być zawartość tego, co zgromadzono w moich teczkach przechowywanych w IPN. Dzisiaj w internecie można znaleźć tysiąc razy bardziej szczegółowe dane o wszystkim, co kiedyś wydawało się wielką tajemnicą, a co miało służyć rozwojowi technologicznemu naszego kraju.

- Jest Pan ciekaw zawartości swoich teczek? Wybierze się Pan do IPN, żeby je przeglądnąć?

- Ale po co? Już powiedziałem, że notatki studenta na temat technologicznych zdobyczy Niemiec z lat 70. XX wieku, mogą się dzisiaj kwalifikować co najwyżej na materiał do kabaretu, w porównaniu z tym, co każdy może znaleźć w Internecie. Ale nie będzie to kabaret moralnego niepokoju. Pisanie tego typu notatek ani wówczas nie budziło, ani dzisiaj nie budzi we mnie żadnych moralnych rozterek. Nikogo nie krzywdziły, nie przyczyniały się do niczego złego. Do IPN-u się nie wybieram, ale – na szczęście – każdy, kto jest ciekaw tych notatek, może mieć do nich dostęp przy przebrnięciu przez odrobinę formalności. Życzę dobrej lektury. Mówię to jednoznacznie: nigdy na nikogo nie doniosłem. Nie pisałem o nikim, ani o żadnych sprawach dotyczących Polski. Po pobytach w Niemczech nie wspominałem np., że chodziłem do polskiego kościoła w Hannowerze. To było miejsce skupiające emigrantów, może nawet ludzi jakoś związanych z opozycją w kraju, więc domyślałem się, że mogę wówczas otrzymać zlecenie, którego na pewno bym nie wykonał. Dlatego pisałem tylko ogólnikowe relacje z perspektywy inżyniera budownictwa, które ponoć państwu polskiemu były do czegoś potrzebne.

- Skończyły się studenckie czasy, skończył się PRL…

- I skończyła się moja historia z wywiadem naukowo-technicznym. Nie było ciągu dalszego....

 

Wywiad ma jednak ciąg dalszy.

Całość opublikujemy w najbliższym wydaniu DTS.

 

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

Fot. z arch. R. Florka

Jan Duda

Wypowiedz się w tej sprawie