PRECEDENS NA SESJI! Radny apeluje do Kurka, inny wpada w oburzenie. Telebimy na każdej ulicy?

PRECEDENS NA SESJI! Radny apeluje do Kurka, inny wpada w oburzenie. Telebimy na każdej ulicy?

Na wczorajszą sesję rady miasta wybrałem się z wielką radością. Szedłem w przysłowiowych podskokach. Stęskniłem się za naszymi radnymi. Ale nie pasuje mi napisać w tej oficjalnej „relacji”: „mordy wy moje”. Ale żywię bardzo ciepłe uczucia do wszystkich radnych bez wyjątku, zresztą nie tylko do nich. Podobno pisarze i poeci zakochują się w swoich bohaterach. Dotyczy to także grafomanów — oni kochają nawet dwójnasób.

Minął szmat czasu od ostatniej sesji. Jest to pierwsza sesja w 2026 roku. Mam wielkie oczekiwania. Ale myślę, że dużo sobie obiecują także czcigodni Czytelnicy tych moich kurkowych relacji.

W tym moim afekcie zapomniałem się pokłonić Kasztanowi, ale wróciłem się i naprawiłem uchybienie. Dotknąłem pnia i nie wyczułem jeszcze tętna wiosennych soków. Ale zachowanie wróbli dawało nadzieję na nadejście Panny Wiosny.

Zasiadłem na sali ratuszowej, na przypiecku. Zawdziałem głęboko czapkę-niewidkę, aby mi jej nie zerwał huragan polemiki. Na ostatniej sesji tak mogło się przecież wydarzyć.

Zaczęło się od celebry. Ja to lubię, bo to takie sądeckie. Żałowałem jednak, że laudacji nie wygłaszał Pan Radny Artur Czernecki, to przecież dyżurny laudator. Czy ktoś postanowił zrobić mi na złość? Jednak szkoda, bo odpadł mi żelazny punkt tej mojej relacji.

Okazało się, że mój zawód pogłębiał się z kolejnymi kwadransami. Ustawiłem przecież swoją „antenę wychwytu” zdarzeń niezwykłych, wypowiedzi nietuzinkowych, a tutaj… nic! Pan Radny Ziaja był przy piłce nie „trzykroć”, ale chyba z 10 razy — i nic. Minęły już bite 3 godziny sesji.

Pomyślałem sobie, że sam jestem sobie winny, bo szastałem tymi „wiewiórkami” ponad miarę podczas sylwestrowego plebiscytu. No i wychodziło mi, że Panowie Radni nie chcą moich wiewiórek, a to takie milutkie stworzenie…

Nawet zawiódł mnie Pan Czernecki. Co prawda już wchodził „w trans”, ale… czy może zadowolić jego oświadczenie, że wykupi czas reklamowy na nowiusieńkich telebimach przy Kilińskiego, aby złożyć życzenia świąteczne naszym sądeckim Pisowcom? Mnie to nie zadowoliło, bo to tylko namiastka tych prawdziwie epickich oracji Pana Radnego.

Znowu miałem nadzieję, gdy z lekka zarygnął Pan Radny Targosz, i to do samego Pana Prezydenta Bochenka, ale skończyło się tylko ostrzeżeniem procesowym. No owszem, inspirujące było polecenie dla magistrackich prawników, aby wyostrzyli percepcję. To jednak było za słabe nawet na cytowanie.

Wątek telebimów sam w sobie był ciekawy: jak wszyscy podawali pomysły, co tam wyświetlać i jakie to szczęście dla miasta. Miałem nawet nadzieję, że Pan Czernecki zgłosi śmiały pomysł, aby zainstalować takie telebimy na każdej ulicy w mieście. Ulic w mieście jest dużo, chyba parę setek, ale gdyby tak zainstalować takie telebimy na głównych arteriach, to byłoby to. Korzyść publiczna i zyski. Wszystko układało się jak w żołnierskiej piosence.

Pewną ozdobą był głos Pana Rogóża w temacie pomysłów na treści telebimowe. Zgłosił pomysł promocji zespołów regionalnych i masywnie opowiedział wówczas o swojej karierze w takich zespołach, pozdrawiał członków zespołu. No i co z tego, że odbiegł od tematu? Ale było to takie wzruszające. Pan Rogóż jest najwybitniejszym specjalistą od dygresji. Nawet miejsca mu ustępuje sam Pan Czernecki. A dygresje pełnią funkcje różne: rozluźniające, inspirujące i tworzą familiarną atmosferę.

Ale ja, mimo tego akcentu, siedziałem i słuchałem coraz bardziej zawiedziony. Czas mijał. A może problem jest we mnie? Podniosłem swoje oczekiwania i stałem się zbyt wybredny? No cóż, aby otrzymać taką „wiewiórkę”, to nie wystarczy gadać nie na temat.

No, prawie spełniało moje oczekiwania wystąpienie Pana Ziai. Zaczął spokojnie o WOŚP. Ale potem zmienił temat na zgoła inny. Surowo potępiał czyny, jakie zostały ujawnione w Sądeckich Wodociągach. Wpadł w samonapędzającą się generatywność. Wstępował na kolejne szczeble potępienia, jak w kręgach piekielnych Dantego. Zagęszczał epitety, podnosił głos, rozbudowywał gestykulację.

Zaczął prosto: „My, radni, nie pozwolimy, aby pewne rzeczy zasypać, zakopać i zapomnieć”. Prawda, że ładnie brzmi ten przedrostek „za”? Mógł jeszcze dodać: zatuszować, zatrzeć, zamieść, zataić, zamilczeć. Nie dodał, bo brakło mu tchu.

Potem Pan Radny eskalował. Mówił: „Raport wywołał szok! Raport wywołał szok!”. Powtórzył dwukrotnie, a powinien był „po trzykroć”. A to dlatego, że pochylił głowę, jakby chciał nią uderzyć w stół prezydialny dla podkreślenia efektu tego szoku.

Jesteśmy wstrząśnięci! Jesteśmy przerażeni!” — tak kontynuował, a sala zamilkła, wszystko jakby się na chwilę zatrzymało. „Jest przerażające, bo jest faktem przyjętym przez komisję. Nie możemy być obojętni na pozorowanie prac, na rozrzutność”.

Nie ma naszej akceptacji!” Tę frazę już Pan Radny powtórzył „po trzykroć”. Zakończył teatralnie, patrząc gdzieś w dal. Ale zebrał się w sobie i na koniec podziękował za wyremontowany chodnik Prezydentowi i Wodom.

Już był koniec sesji, a ja nie mam jednak wiele materiału. Słabawy Targosz z Bochenkiem, ciekawszy Rogóż z dygresjami. Całkiem dobry Ziaja. Ale to przecież za mało. Potrzebna jest „truskawka na torcie”.

Ale wtem głos zabrał Pan Artur Czernecki. Mówił wolno, dobitnie, poruszył wiele kwestii. Zastosował zdumiewający motyw z greckich tragedii. Gdy skończył dany wątek, przyjmował rolę chóru i wygłaszał refren pochwalny — dytyramb na cześć Pana Prezydenta Ludomira Handzla, że to on, że to dzięki niemu. Aktorsko był bez zarzutu, bo do takich występów trzeba przybrać operetkową postawę.

To bardzo nowatorskie było. Ale raczej z Ajschylosa, który czynił chór głównym bohaterem, inaczej niż Sofokles, który z chóru robił tylko widza. A przecież Pan Prezydent widzem nie jest!

Czy Pan Prezydent jest zadowolony z takich laudacji? A to już jest bardzo osobista sprawa. Nie chcę jej rozstrzygać za Pana Prezydenta. Ja osobiście… Ale co tutaj ja będę opowiadał, robił wynurzenia. Moja opinia nie ma tutaj żadnego znaczenia.

Mówił Pan Czernecki niezwykle poruszająco o balu dla dzieci, „największym w Europie”. Występował w roli współorganizatora chyba, bo tak z tej wypowiedzi wynikało. Nie miałem już wątpliwości, gdy podkreślił „po trzykroć”, że nie robi na tym polityki. Ja jednak uznaję mądrość Henrego Kissingera, że należy wierzyć wyłącznie w zdementowane informacje.

No i na koniec występu Pana Czerneckiego doczekałem się wreszcie prawdziwej gratki – wisienki i truskawki jednocześnie!

Pan Radny zwrócił się do mnie bezpośrednio (sic!). On wie, że ja siedzę sobie przy piecu jak kot Bonifacy, z czapką-niewidką, zawdzianą jak szlafmyca. Pokręcił się, rozejrzał się teatralnie i rzekł był do mnie temi oto słowy:

„…i tym wszystkim, nie ma tego pana, gdzieś tam pod piecem miał zawsze siedzieć, Strusia czy Kurka, nie wiem, nie pamiętam, co on tam mówił, proponuję mu, aby naprawdę brał przykład z Prezydenta Ludomira Handzla. Szczęść Wam Boże.”

Mocna sprawa! Aż mną wstrząsnęło, już miałem chęć zdjąć czapkę-niewidkę i podbiec do Pana Radnego, i wycałować go „po trzykroć” z dubeltówki, tak po polsku. Oto on — upodmiotowił mnie. Jako pierwszy! Nie zważał na fakt fantomowości mojego istnienia. Bez żadnych obaw wkroczył w świat oniryczny pełen ważnych symboli.

W tym świecie egzystuje: Wernyhora, Chochoł, Konrad, Król-Duch, Stańczyk, Pan Tadeusz, Kordian, Wokulski, Kmicic z Zagłobą, ale i Franek Dolas z Bolkiem i Lolkiem. Zamieszkuje w tym świecie także Kurek, tylko siedzi na bardzo niskiej grzędzie, w pokorze, i „nie robi na tym polityki”.

No ale pomyślałem sobie, że może to jednak nie o mnie chodzi, tylko o „Pana Strusia”. Może i on siedzi sobie na przypiecku. Kręcił się owszem ktoś taki na poprzedniej sesji, zwalisty i z sumiastym wąsem. Kurka wodna! To byłaby wielka strata i nieporozumienie. Poczułem zwykłą, ludzką zazdrość o Pana Strusia.

Nie, to nie o mnie chodzi, tylko o tego Pana Strusia. A może jednak… przecież ja chowam głowę w piasek, zawdziewając tę czapkę-niewidkę. Struś może być zatem metaforą. Oby! Pan Radny był tak poetycko usposobiony: wcześniej grecki chór, a teraz metafora strusia.

Wpadłem w zadumę, biało mi się zrobiło przed oczami. Ale jak mam rozumieć to branie przykładu z PLH? Mam brać przykład – „naprawdę”. Czyli jednak dosłownie?

Trzeba mi zatem wystartować w wyborach. Wygrać je. I potem budować stadion? Drugi? Ale można pomyśleć o stadionie dla Dunajca. Czy budować basen na Łubince? Można wybudować basen nad Kamienicą. Rynek Maślany także można pobudować w takiej Porębie. Amfiteatr? Na Falkowej! Daj Boże, Panie Radny Czernecki!

Mógłbym także zaskoczyć i podbudować drugi ratusz na Wólkach. Na Starej Sandecji wystawić teatr operowy wzorowany na mediolańskiej La Scali. Jak widać, program wyborczy sam się pisze… A Pan Czernecki wskazał Strusiowi-Kurkowi drogę.

Wyszedłem na płytę rynku, jakby w malignie. Zatoczyłem łuk wedle Kasztana. Zobaczyłem w konarach 3 wiewiórki i jednego chomika. Nie wiem, jak dotarłem do domu. Położyłem się od razu do łóżka. Obudziłem się rano i zabrałem się za napisanie tej relacji.

Czytaj też:

Nowy Sącz w „Ekstraklasie” wydatków na piłkarską drużynę

Filmoteka dts24

217 Videos