Pije Kuba do Jakuba. Przeznaczenie

Pije Kuba do Jakuba. Przeznaczenie

„Chcecie, to wierzcie, chcecie, nie wierzcie” – jak śpiewała Irena Santor – ale przysięgam na wszystkie świętości, że to szczera prawda! Żona może potwierdzić!

Sprawa dotyczy wakacji. Otóż, odkąd pracuję w szkole (a tych lat to już przeszło ćwierć kopy) nie ma ani jednego wakacyjnego dnia, spędzonego w Nowym Sączu, w którym po wyjściu z domu, choćby na krótką chwilę, nie spotkałbym jakiegoś ucznia, czy absolwenta z mojej szkoły.

To jest nie do uwierzenia. Nawet statystycznie to jest mało prawdopodobne. Ja wiem, że I LO to ogromna szkoła, ponad tysiąc uczniów jednocześnie, ale 70 procent z nich mieszka poza Nowym Sączem, do tego miasto ma 57 km kwadr. powierzchni. Jak to się dzieje?

Żeby nie być gołosłownym. Zeszły rok, pierwsza sobota wakacji. Paskudna pogoda, zimno, wietrznie i deszczowo. Zrobiłem tego dnia tylko dwie rzeczy: pojechałem zatankować samochód i w pobliskim sklepie zrobić małe zakupy. Obok stacji paliw była budowa, na której pracował mój absolwent, a w sklepie spotkałem dwie uczennice – obie z matkami robiły zakupy.

W tym roku w pierwszy poniedziałek wakacji mały rodzinny spacer do najlepszej sądeckiej lodziarni. 2400 metrów w obie strony. Na plantach absolwentka i spacerujący z psem uczeń z mamą, w lodziarni pracuje uczennica, w drodze powrotnej trzech uczniów stojących pod barem z kebabami. I tak dzień w dzień.

Czasem krążę po mieście od świtu do wieczora: nigdzie żadnego ucznia. Już sobie myślę: to ten pierwszy raz… Ale wracam do domu bardzo późną porą, a tu zza pleców: Dobry wieczór!

Może tak właśnie wygląda to słynne bycie nauczycielem z powołania?

Więcej felietonów znajdziesz w najnowszym wydaniu DTS.

DTS

Filmoteka dts24

194 Videos