List spod wyciętego drzewa. Ludzie upominają się o zieleń. Nie „gdziekolwiek”, tylko tam, gdzie była

List spod wyciętego drzewa. Ludzie upominają się o zieleń. Nie „gdziekolwiek”, tylko tam, gdzie była

Jagiellońska – ulica w Nowym Sączu, która pamięta jeszcze stukot końskich kopyt, dziś pulsuje innym rytmem i oddycha innym powietrzem. Nieco mniej zdrowym niż dawniej. A płuca ulicy wycięto, bo były schorowane…

Wiosną tego roku na odcinku ulicy przy numerach 20, 22 i 24 coś zniknęło. Z krajobrazu i z pamięci mniej uważnych przechodniów. Drzewa. Wyrosły z woli ludzi, z ziemi, z czasów, gdy jeszcze nie wszystko obliczano na milimetry i metry sześcienne, a cień i zieloność były ważne.

Wiosną przyszła piła i odjechała z  korzeniami zielonych wspomnień. Został beton i pytanie, które nie daje spokoju mieszkańcom: czy nie ma już miejsca dla drzew w tym zakątku miasta? 

Jeden z mieszkańców kamienicy, która do niedawna miała widok na zieleń upomniał się o nią w urzędzie:
Wnoszę o przywrócenie zieleni miejskiej to jest drzew rosnących przy ul. Jagiellońskiej nr 20, nr 22, nr 24, które zostały wycięte przez Miejski Zarząd Dróg z powodu ich uschnięcia. Drzewa te rosły od około 20 lat, jednak nie były pielęgnowane należycie przez Wydział Komunalnej Obsługi Miasta, nie została też utworzona odpowiednia przestrzeń ziemi  do ich podlewania i zostały przymurowane kostką brukową przez Zarząd Dróg. Niniejszy wniosek jest popierany przez mieszkańców i użytkowników lokali przy ul. Jagiellońskiej” – pismo tej treści trafiło do Miejskiego Zarządu Dróg w kwietniu tego roku.

Odpowiedź dyrektora MZD Piotr Gumoli można streścić w dwóch słowach dość powszechnych w urzędniczej nomenklaturze: to niemożliwe.
” W przypadku odtworzenia drzew we wskazanej przez Pana lokalizacji niemożliwe byłoby spełnienie co najmniej kilku warunków technicznych, a w szczególności szerokość chodnika musiałaby zostać zmniejszona do wymiarów mniejszych niż minimalnie wymagane, ponieważ należy uwzględnić potrzebny teren biologicznie czynny do zapewnienia prawidłowych warunków wegetacji drzew. Szerokość chodnika projektuje się w zależności od funkcji trasy dla pieszych oraz miarodajnego natężenia ruchu pieszych i nie powinna być ona mniejsza niż 1,80 m. Podnieść należy również, że we wskazanym miejscu występuje znaczne natężenie ruchu pieszego i jakiekolwiek zawężanie chodnika jest tutaj niewskazane, ponieważ prowadziłoby do utrudnień w ruchu. W porozumieniu z Wydziałem Komunalnej Obsługi Urzędu Miasta uzgodniono, że w ciągu ul. Kościuszki występują istniejące zieleńce, w których możliwe będzie wykonanie nasadzeń zastępczych” – odpisał.

Nasz Czytelnik nie kupuje tej argumentacji. Nie pasuje mu narracja o „technicznych niemożliwościach” i domaga się – uparcie, z szacunkiem, ale bez złudzeń – żeby Jagiellońska znowu oddychała, żeby dało się tu przejść cieniem, a nie tylko tropem wybetonowanego prostokąta.

Trudno mu pogodzić się z myślą, że urzędnicy nie rozumieją, że nie chodzi o liczbę drzew w tabeli excela, która ma się zgadzać, tylko o ten jeden, konkretny zakątek miasta, który kiedyś był zielony, a dziś choruje na „betonozę” *… Bo tu nie chodzi o drzewa w ogóle. Tu chodzi o drzewa TU. O mikroklimat, o cień, o wspomnienia, o kawałek korzenia zrosły z miejską tkanką i z pamięcią ludzi uważnych na detale.

„...nie można przyjąć interpretacji Pana Dyrektora odnośnie możliwości odtworzenia urządzenia drzew. W tym roku
na wiosnę zostały wycięte z tego powodu „że wyschły” — co nie odpowiada prawdzie, gdyż jeszcze w zeszłym roku były zielone, miejsca po nich zostały zabetonowane. Drzewa w tych miejscach były już 100 lat temu, a obecny Miejski Zarząd Dróg w Nowym Sączu wyciął te drzewa. W imieniu mieszkańców i użytkowników lokali ul. Jagiellońskiej stanowczo prosimy o przywrócenie poprzedniego stanu i o nasadzenie drzew jak we wniosku z dnia 11 kwietnia” – tak brzmi kolejne pismo do urzędu.

Można się przerzucać rozporządzeniami, tłumaczyć, dlaczego się nie da, dlaczego zieleń przegrywa z chodnikiem, a chodnik z przepisem. Można też próbować zrozumieć ludzką walkę o to, aby można było oddychać własnym miejscem. Aby miejsce mogło oddychać…

Jagiellońska pyta więc urzędników, czy potrafią wyjść zza biurka, stanąć na chodniku i zobaczyć, jak wygląda pusta ziemia po drzewie.

Będziemy pilnować, aż coś się zazieleni.

Bo każde miasto ma tyle życia, ile zdoła ocalić w swoich korzeniach.

„Betonoza”, termin spopularyzowany przez miejskiego aktywistę Jana Mencwela, opisuje proces, w którym z miejskiego krajobrazu znika zieleń, ustępując miejsca betonowi, kostce i asfaltowi. Paradoksalnie, beton ma tanie utrzymanie – nie trzeba go podlewać, pielić ani przycinać. Dlatego wybierają go władze, które chcą błyszczeć w statystykach unijnych dotacji, zamiast sadzić drzewa, których pielęgnacja to wydatek już po inwestycji.

 

 

Czytaj też:
Dwór pełen duchów. Jeden z nich przepowiedział przyszłość…

Filmoteka dts24

194 Videos