Pekiniada 2022 (III). Gnojenie rywali

Pekiniada 2022 (III). Gnojenie rywali

Kubacki, Pekin 2022

Polscy skoczkowie narciarscy prezentowali w tym sezonie tak beznadziejną formę, że tylko niepoprawni optymiści mogli wierzyć, że ktokolwiek z naszych wywalczy medal na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie 2022. Ale nastąpiła cudowna metamorfoza i Dawid Kubacki sensacyjnie zdobył dzisiaj brązowy krążek. Metamorfoza tak cudowna, że osoby, hołdujące teoriom spiskowym, na pewno domyślają się na ten temat więcej, toteż teraz pochylimy się nad reprezentowaną przez nie patologią.

Od razu przyznam się bez bicia – jestem sinofilem, czyli miłośnikiem cywilizacji chińskiej. Właśnie: miłośnikiem nie państwa, a tym bardziej nie jego władz, lecz – cywilizacji! Bo ten rozległy kraj o rozmiarach kontynentu nie ma zwykłej kultury narodowej, jak np. polska, francuska czy niemiecka, lecz stanowi odrębną cywilizację.

Jako sinofil nie podzielam wielu opinii na temat Chin, które obowiązują w świecie zachodnim. Są one bowiem suflowane przez interesy USA, państwa, które w ten sposób bezwzględnie realizuje partykularne cele gospodarcze i polityczne. A u nas te opinie są niestety bezrefleksyjnie często powielane.

Przykład pierwszy z brzegu, zupełnie trzeciorzędny, ale dobrze obrazujący ogólne nastawienie. Widzę tekst specjalnego wysłannika pewnego portalu na Igrzyska do Pekinu. I tenże wysłannik wytyka Chińczykom, że w ich reprezentacji w hokeju na lodzie prawdziwego Chińczyka ze świecą szukać, bo wszystko to naturalizowani cudzoziemcy. A fe – Chińczycy, żeby wygrać, okradają innych!

A jakoś nie czytam potępień, że w reprezentacji Polski w tenisie stołowym najlepsi zawodnicy to Chińczycy! To już nie jest a fe? Bo jak Kalemu ukraść krowa to źle, ale jak Kali ukraść krowa to już dobrze? Zresztą dominująca obecność Chińczyków w prawie wszystkich reprezentacjach narodowych w tenisie stołowym na świecie to normalka. I dlatego już w ćwierćfinałach światowych imprez w tej dyscyplinie widzimy prawie wyłącznie chińskie nazwiska, choć w barwach różnych państw. Ale i tak w ostatecznym rozrachunku medale, w tym wszystkie złote, zdobywają Chińczycy reprezentujący Chiny, a nie Polskę, Niemcy czy USA.

Chodzi w każdym razie o to, że to, co po zachodniej stronie chwalimy za skrzętną realizację naszych interesów, po stronie chińskiej uważamy za naganne, tak jakby Chińczycy nie mieli prawa działać na swoją korzyść.

W tym miejscu przychodzi na myśl pojęcie szowinizmu, który – wedle Encyklopedii PWN – oznacza „bezkrytyczne umiłowanie własnego narodu, połączone z przekonaniem o jego wyższości nad innymi narodami i wrogością wobec nich”. W przypadku sportu szowinizm często przybiera postać kibicowania. Szkoda, że w ramach igrzysk olimpijskich nie są rozgrywane zawody w dyscyplinie dodatkowej – gnojeniu konkurentów, bo w tym mielibyśmy poważne szanse na strefę medalową.

Skokami narciarskimi interesuję się od szczęnięcych lat. Pamiętam, jak biegłem ze szkoły, żeby zdążyć na transmisję z konkursu w Bischofshofen* rozgrywanego w ramach Turnieju Czterech Skoczni. Pamiętam takich skoczków narciarskich z przełomu lat 60. i 70., jak Norwegowie Wirkola i Mork, Czech Raszka, Niemiec Aschenbach, Polacy Pawlusiak i Krzysztofiak. Pamiętam głos ówczesnego sprawozdawcy telewizyjnego – Jerzego Mrzygłoda. Komentował spokojnie i rzeczowo, nie podniecał się i nie zachłystywał jak jego następcy. Bo nie był szowinistą, lecz obserwatorem i jako taki widział lepiej niż oczadziali kibole z dzisiejszych kabin i studiów telewizyjnych.

A potem nastała era Małysza i wszyscy zaczęli się znać na skokach narciarskich. Wśród tych fachowców świeżej daty objawił się komentator Krzysztof Miklas, kochający skoczka z Wisły miłością pierwszą i ślepą. A kiedy Małyszowi zaczął zagrażać Hannawald, „bezstronny” Miklas nie mógł zdzierżyć tego podłego zamachu na swego ulubieńca i zaczął mnożyć najpierw zawoalowane, a potem już wypowiadane otwartym tekstem oskarżenia. Że Hannawald stosuje doping, że anorektyk, że psychol, że ciągle franca knuje. Nieustający hejt! Dobrze, że Miklasa wkrótce zastąpił nieco mniej fanatyczny Włodzimierz Szaranowicz. To znaczy: Szaranowicz też był bezkrytycznym wielbicielem Małysza, ale przynajmniej nie demaskował bez przerwy spisków z udziałem rywali polskiego skoczka…

Kiedy Szaranowicz odszedł niedawno na zasłużoną emeryturę, pojawiło się w mediach nowe pokolenie komentatorów, którzy kontynuują hejterską linię Miklasa. Ostatnio na wroga nr 1 polskich skoczków narciarskich pasowano byłego trenera Polaków – Austriaka Horngachera, który obecnie trenuje skoczków niemieckich. Miał donieść na naszych, że używają nieprzepisowych bucików. Jak on w ogóle śmiał, bydlak jeden? Tak jakby Polacy nigdy, ale to przenigdy nie skalali się informowaniem władz narciarskich, że konkurenci próbują omijać przepisy… Czyli znowu to samo: wszyscy inni nie mają absolutnie żadnego prawa działać we własnym interesie, lecz koniecznie muszą robić wszystko wyłącznie na naszą korzyść. A kiedy zrobią coś przeciwnego, natychmiast stają się u nas wrogami publicznymi.

I pomyśleć, że sam Małysz rozumie to, czego nie rozumieją polscy komentatorzy sportowi, bo na temat postępowania Horngachera wypowiedział się nadzwyczaj trzeźwo: – Horngacher gra w innym zespole, będzie więc robił swoje. Kiedy był u nas, robił zamęt w naszych sprawach, a więc to normalne. Każdy walczy o swoje, on też.

Nieco po Małyszu objawiła się w polskim sporcie urodzona w szpitalu w Limanowej biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk. Z kolei jej konkurentki należało zgnoić. A ponieważ nagroźniejszą rywalką była Bjoergen, narciarka znacznie bardziej utytułowana od Polki, zaczęto sączyć oskarżenia pod adresem Norweżki o doping. Sugerowała to też sama Kowalczyk. I polskim komentatorom oraz biegaczce z Kasiny Wielkiej w niczym nie przeszkadzał fakt, że to ona, a nie Bjoergen została w przeszłości złapana na dopingu i zdyskwalifikowana. To jeszcze jedna konkurencja, w której jesteśmy dobrzy: wypominanie źdźbła w cudzym oku i nie dostrzeganie belki we własnym.

I teraz skoro już wiemy, jak u nas rutynowo oczernia się rywali umiłowanych reprezentantów Polski, wyobraźmy sobie, jak zagadkowy sukces Kubackiego może zostać przyjęty w pewnych, specyficznych kręgach w Niemczech i Norwegii. Bowiem reprezentanci właśnie tych państw, brylujący w okresie przedolimpijskim, ponieśli klęskę w dzisiejszym konkursie na skoczni normalnej. Miejmy nadzieję, że tamtejsi tropiciele spisków nie potraktują Kubackiego tak, jak my traktowaliśmy ich mistrzów…

Ireneusz Pawlik

*Zdałem sobie sprawę, drogie dziatki, że fraza „biegłem ze szkoły, żeby zdążyć na konkurs w Bischofshofen” wymaga licznych wyjaśnień. Po pierwsze: wiadomo, że konkurs w Bischofshofen odbywa się 6 stycznia, ale za moich czasów to święto kościelne nie było świętem państwowym, więc trzeba było iść do szkoły. Po drugie: tak, chodziło się do szkoły, bo nie było covidu i nauki zdalnej. Po trzecie: tak, chodziło, bo rodzice nie wozili nas autami. W ogóle pojazdów było wtedy tak mało, że ulicą przejeżdżały góra trzy na godzinę, z tego i tak dwie to furmanki. A furmanka to był wóz zaprzężony w konie. A konie to obecnie rzadko widywany, niemal już endemiczny gatunek zwierząt pociągowych…

zdjęcie w nagłówku: zrzut ekranu z transmisji https://www.youtube.com/user/sporttvp…

Pekiniadę sponsoruje

 

Czytaj też:

Pekiniada 2022 (II). Encyklopedyści z TVP

Pekiniada 2022 (I). Pokój olimpijski