Omnia Beneficia – letni sen baroku. Dzień pierwszy.

Omnia Beneficia – letni sen baroku. Dzień pierwszy.

No i miałem pojechać w czerwcu do Stratford-upon-Avon. Nie pojechałem.

Dlaczego właśnie tam planowałem jechać? Trzy noce spędziłem nad Snem nocy letniej Williama Szekspira.

To chyba całkiem naturalne, że czytamy Sen na początku lata, jak to właśnie czynię każdego roku. Tym razem chciałem jednak być bliżej Szekspira, pojechać do Stratfordu.

Jednakże do zmiany planu zmusiły mnie ważne przyczyny…

Pojechałem do Starego Sącza na festiwal Omnia Beneficia 2025. Tak, właśnie na ten słynny festiwal muzyki dawnej, gdzie czas płynie inaczej. Ale czy muzyka baroku jest naprawdę „dawna”? To już kwestia względna.

Zapoznałem się z programem festiwalowym. No i przestałem wierzyć w ślepy przypadek. Zdumiały mnie konwergencje. Ci, którzy układali program, także czytają Sen nocy letniej Szekspira na początku lata. To oczywiste, ponieważ pierwszy koncert festiwalu o tym świadczy dobitnie.

Theatrum Instrumentorum I – Schütz & Buxtehude. Jest tu wyraźna symetria, a może nawet synergia. Szekspir napisał komedię wcześniej, zatem Schütz i Buxtehude z pewnością inspirowali się Snem nocy letniej. Ktoś zapytałby, skąd to wiem. Ja nie wiem, ja to czuję.

Poza tym sprawę skonsultowałem ze swoim kotem-melomanem. Tak, mam takiego kota. I nie prawdą jest, że koty słuchają kociej muzyki. A na dowód jego muzycznych inklinacji podam, że mruczy wręcz intencjonalnie, realizując basso continuo do moich nocnych spotkań z literaturą i winem. Gdy czytałem Sen, on mruczał właśnie w rymie z Fili mi Absalon Schütza.

Muszę wyjaśnić wybór miejsca koncertu, czyli kościoła św. Elżbiety. W znaczącej części ma charakter sakralny, ale jest umiejętnie przeplatana z elementami świeckimi. Ja osobiście żałuję, że w repertuarze zabrakło świeckiej kantaty. Miłosne arie à la Monteverdi idealnie pasowałyby do miłosnej komedii Szekspira.

Jest także zagadka. Czy zostaną użyte organy Głowińskiego i na nich właśnie realizowane będzie basso continuo. Ale czy to pewne? Dlaczego nie ma o tym słowa w programie?

Tak, wiem, to festiwalowy suspens. Najlepsze festiwale świata miewają takie niedopowiedzenia; paradoksalnie zwiększają frekwencję i stają się tematem rozmów tuż przed koncertami.

No dobrze, tyle wstępu. Nadeszła środa, koncert o 19.30. Dla lepszego „strojenia” duszy kosztowałem pięcioputtonowego tokaju. Pierwsze aszú powstały w latach 1630–1640 – dokładnie w czasach Schütza i młodego Buxtehudego, a ledwie pół wieku po premierze Snu nocy letniej. Złoty kolor tokaju i długi, korzenny finisz pasują idealnie do barokowych ozdobników.

Może kogoś dziwić, że wszystko, co robię przed starosądeckimi koncertami, jest wystudiowane. Brak mi spontaniczności? To ma związek z muzyką, a ściślej – z muzykami. Oni realizują zapis nutowy z wielkim pietyzmem. Owszem, w kadencjach istnieje pewna swoboda, ale zasadniczo potrzebna jest dyscyplina. To zobowiązuje. Pamiętajmy, że to nie jazz. Tu ważny jest timing i drive smakowania, nie sam dobór trunku.

Pojechałem wcześniej. Nie zabrałem kota. Był zawiedziony. Lecz jak wejść z kotem na ramieniu na koncert? Mógłbym wzbudzić sensację i obniżyć percepcję słuchaczy. Kotowi później wszystko opowiem i posłuchamy razem muzyki ex post.

Do Starego Sącza wiózł mnie szwagier. Jechaliśmy w ciszy – szwagier ma słoniowe ucho. Było jeszcze jasno, choć noc była bliska. Lato trwało czwartą dobę. Czas przeżyć sen nocy letniej.

Szekspir opowiada o świecie, w którym zmysły są zawodne nocą. Czy to może wydarzyć się na koncercie?

Całą drogę zastanawiałem się, czy kurator festiwalu powiąże dzisiejszy koncert wprost z Snem. Bardzo tego chciałem. Może nawet zostanie odczytany fragment, na przykład ten:

Pamiętasz, jak niegdyś siedziałem na urwisku

I słuchałem syreny na grzbiecie delfina…

Postanowiłem jednak być aktywnym słuchaczem i poddać się flow. Sam będę wiązał motywy, a potem o tym napiszę.

Uzyskałem nawet stan konstruktywnej maligny. Nie wiem, jak znalazłem się na kościelnej ławce. Ludzi było wielu. Pan Burmistrz, lokalna elita, stała i zmienna festiwalowa publiczność, przedstawiciele mediów muzycznych. Szykowano nawet bezpośrednią transmisję.

Zapowiedziano koncert fachowo. Ani słowo o symultanie muzyki i Snu nocy letniej. Dostrzegłem jednak delikatną sugestię i uruchomiłem fantazję.

Na wszelki wypadek przypomnę, o co chodziło w komedii. Otóż, czworo ateńskich kochanków i trupa rzemieślników trafiają nocą do zaczarowanego lasu. Król elfów Oberon zleca figlarzowi Pukowi skropienie ich oczu magicznym sokiem, co wywołuje lawinę pomyłek sercowych i farsowych gagów. O świcie czary znikają, pary łączą się właściwie, a przygoda okazuje się letnim marzeniem.

Na scenie kościoła stanęła zwięzła, lecz bogato barwiona kapela barokowa – prawdziwy „teatr instrumentów”. Cztery skrzypaczki – Justyna Skatulnik, Katarzyna Cendlak, Katarzyna Olszewska i Victoria Melik. Kornety i flety proste w rękach Marleen Leicher oraz Cathérine Renno, trąbki Mariana Magiery i Pawła Durowskiego. Puzony Andreasa Neuhausa, Turala Ismayilova i Wima Becu. Niższy rejestr dopełnią dulciany Adriana Rovatkaya, Moni Fischaleck i Beniamina Lewiego.

W części wokalnej pojawi się kwartet solistów: sopran Anna Zawisza, alt Piotr Olech, tenor Maciej Gocman i bas Andrzej Zawisza. Ich zadaniem będzie klarowne podanie biblijnych tekstów Schütza i Buxtehudego.

Dyskretny puls organów Marcina Szelesta – zarazem dyrygenta zespołu – spoi wszystkie warstwy w zwarte basso continuo. No i właśnie, czy Maestro Szelest będzie grał na organach Głowińskiego, czy „podręcznym” pozytywie?

That is the question! Tak, oto jest pytanie. Jakże przydatne byłyby umiejętności bilokacji maestro Szelesta. Jest przy zespole i jednocześnie za organami na piętrze. Ale wszak zaistnieje magia Snu nocy letniej.

Słuchałem i rymowałem – muzykę baroku splatałem z wersetami Szekspira. Szło mi to tak:

Dieterich Buxtehude – Mein Gemüt erfreuet sich BuxWV 72 otworzył wieczór jasnym blaskiem kornetów i trąbek; no i opowieść śpiewaków. To znana kantata, dość uroczysta, noworoczna, ale religijna. Zagrana została z eleganckim umiarem, a nawet powściągliwie, to dodało uroku. Mnie ujęła sopranistka Zawisza. No i rozstrzygnęła się koncertowa, zagadka, maestro Szelest grał na pozytywie.

Szekspir kreśli to, co dzieje się w pałacu Tezeusza: trwa poranek przedślubnych przygotowań. Egeusz stawia żądania, Hermia protestuje, lecz dwór zachowuje jeszcze dzienny ład – wszystko wydaje się pod kontrolą. Tak też zachowuje się publiczność festiwalowa.

Johann Erasmus Kindermann – Symphonia, a 5. To zostało zagrane z dużym wyczuciem. Podział ról został precyzyjnie zarysowany. Zagrane z dużym czuciem.

W komedii Szekspira Lysander, Demetriusz, Hermia i Helena wyślizgują się z Aten. Kierują kroki ku lasowi, gdzie – jak wierzą – znajdą wolność. Porządek miasta zostaje za nimi, a pierwsze odgłosy gęstwiny przyspieszają im tętno. W kościele wszyscy jednak siedzą zasłuchani.

Heinrich Schütz – Fili mi Absalon SWV 269. Zaskakujący skład: bas i 4 puzony. Bas opada nisko, puzony kreślą szerokie chromatyczne łuki. Jest uroczyście. Gdy napisze, że elegancko, to zabrzmi trywialnie. Bas jest dostojny, to oczywiste, bo śpiewa Zawisza.

Zaczyna się odsłona dramatu… W głębi lasu Oberon dostrzega zdradę Tytanii i obmyśla zemstę. Jego gniew staje się mroczną osią: harmonia natury zostaje zachwiana, a magia zaraz spłynie na śpiących ludzi. W kościele św. Elżbiety publiczność wciąż zasłuchana.

Bez przerwy wchodzi Schütz – In lectulo per noctes / Invenerunt me custodes civitatis SWV 272–273. Sopran alt i trzy dulciany. Alt w wersji męskiej Piotra Olecha. Brzmi to precyzyjnie, ale dystans i wyczucie to cecha dzisiejszego koncertu. Ważna jest proporcja.

Puk otrzymuje od Oberona magiczny sok i rozpoczyna psoty. Eliksir pada na niewłaściwe powieki, uczucia przeskakują, kochankowie miotają się w chaosie, nie rozpoznając własnych serc. Wnętrze świątyni trzyma napięcie.

Napięcie rośnie – Johann Heinrich Schmelzer – Sonata XII, a 7. Brzmi haendlowsko. Mimo, że Haendel się jeszcze nie narodził. Ale są barokowe triady i triumfalne brzmienia. Zagrane z dużym wyczuciem.

W szekspirowskim lesie trwa obłędny pościg: Helena goni Demetriusza, Demetriusz Hermię, Hermia Lysandra, a Lysander już nie wie, kogo kocha. Puk śmieje się z ukrycia, pomyłki mnożą się z każdym krokiem. A na festiwalowym koncercie nikt nie jest przez pomyłkę.

Schütz – In te Domine speravi SWV 259. No są wreszcie repetycje, powtarzany refren. Jest religijnie, ale i dworsko. To piękna pieśń.

Oberon dostrzega skalę zamętu i każe Pukowi odwrócić czary. Mgła nad polaną rzednie, niespokojne serca wracają na właściwe tory. W kościele czuje się pewne poruszenie, a raczej wzruszenie.

Na ten utwór wielu czekało: Anonim – Sonata, a 4 violini (Codex Rost). To zaskakujący kwartet na cztery skrzypce. Zagrane z dużym czuciem, melodyjnie. Zaryzykuję, że brzmi trochę mozartowsko. To jest prawdziwy gwóźdź programu,. No i to premiera.

Puk poprawia ostatnie detale: zdejmuje czar z Lysandra, przenosi eliksir na Demetriusza. Koła niepewności stają, choć w powietrzu drży cień nocnego nieporządku. Publiczność reaguje bez zmian – ledwie skrywanym wzruszeniem.

Rozjaśnienie przynosi Schütz – Freue dich des Weibes deiner Jugend SWV 453. Tutaj są tempa niesamowite. Ale funkcja blachy nie do przecenienia. No i to pasuje jak ulał do szekspirowskiej komedii. W końcu to pieśń o miłości, całkiem ludzkiej, no i namiętności przypisanej, młodości.

A w szekspirowskiej komedii o brzasku kochankowie odkrywają prawdę: pary łączą się właściwie, gniewy stygną, a według dekretu Tezeusza wszyscy ruszą do ołtarza. Świt oczyszcza nocne pomyłki i przywraca zgodę. Tej wśród publiczności nie brakowało nigdy.

Zwieńczeniem jest Schütz – Es ging ein Sämann aus SWV 408. Ładne i trochę taneczne. Ale jest tutaj alegoria biblijna. Bardzo ładne. Jest klamrą tego koncertu i rymuje się z początkowa kantatą. To tworzy symetrię.

Na scenę wraca Puk z epilogiem. Prosi, by wszelkie uchybienia uważać za sen, i lekkim gestem zamyka balet nocy. Iluzja spełnia swoje zadanie; poranek staje się faktem, a wspomnienie letniego snu rezonuje dokładnie tyle, ile trwa ostatni akord.

Tak, i tutaj już zdawało się, że na środek kościoła wstąpi Pan Burmistrz, ale przecież on nigdy nie występował w roli Puka. Nie musi za nic przepraszać i niczego wyjaśniać.

Koncert się skończył masywną owacją. Program dobrany gustownie, umiejętnie zagrany w poszukiwaniu doskonałej proporcji. Z takim programem i takim graniem wróżę duże tournée po salach koncertowych Europy. Ale będzie zapamiętane, że zaczęło się od Omnia Beneficia w Starym Sączu.

Ja już wiem, gdzie powinno się grać ten koncert. Leśne molo jest miejscem wprost idealnym. Szekspir byłby uradowany. Ale nawet nie przypuszczał, że akcja Snu nocy letniej może się rozgrywać w konarach starosądeckich drzew. Muzycy stanęliby w atrium leśnego mola. Jest problem z organami. No cóż, baso continuo mogłyby być realizowane na cymbałach.

Rzucam ten pomysł, mam nadzieję, że nie w próżnię. W Starym Sączu, w noc świętojańską, corocznie będzie grany barokowy koncert w leśnym molo. Oni tutaj mają wszystko co trzeba. Jest leśne molo. Są także muzycy – Vasa Consort. Jest i grupa teatralna. Publiczność przybędzie. A wydarzenie uzyska renomę światową.

Wracam. Kot nie czeka na mnie. Jest obrażony. A ja mam nagłą potrzebę posłuchania Sarabandę Heandla. Otworzyłem butelkę samorodni produkcji Oremusa. Wiem, że jest to niespójne, bo sarabande modlitewne nie jest. Chodzi jednak o słodką kwaśność. Tak smakują leśne borówki kosztowane nocą.

Dzisiaj jest drugi koncert. Będę.

aut. Adam Kurek

Materiał publikowany w ramach partnerstwa na rzecz promocji kultury

 

Filmoteka dts24

217 Videos