W życiu każdego człowieka są chwile odciskające piętno na zawsze. Oprócz spraw osobistych, są wydarzenia narodowe, które pozostają w pamięci i na stałe kształtują nasze postawy. Osobiście uznaję 4 czerwca 1989 za jeden z najważniejszych dni w historii Polski. Aby uzasadnić tę tezę, muszę wrócić pamięcią do wcześniejszych dat i wydarzeń z mojego dorosłego życia.

Jest 16 października 1978 r. około godz. 19. Wspólnie z rodzicami i sąsiadami w mieszkaniu przy ul. Żółkiewskiego w Nowym Sączu czekamy na spotkanie ze znanym jezuitą o. Stanisławem Majchrem, który animuje powstanie Kręgu Rodzin. Staje w drzwiach i mówi: „Kardynał Wojtyła został papieżem!”. Szok! Dla nas, ludzi czasów PRL-u, jest to informacja poza wyobraźnią. Na co dzień nie mieliśmy kontaktu z wolnym światem, nie było internetu, portali, stacji informacyjnych, niezależnych mediów, błyskawicznego przekazu informacji. W kościołach zaczynają bić dzwony.

Włączamy telewizor. Za chwilę Dziennik Telewizyjny o 19.30 – może coś powiedzą?

Pierwsza informacja - nic! Może to nieprawda? Druga – nic, trzecia – podobnie. Wreszcie w czwartej informacji nieśmiałe potwierdzenie: pierwszy raz w historii chrześcijaństwa, po 455 latach panowania papieży pochodzenia włoskiego, na Stolicy Piotrowej zasiada Polak.

Nigdy nie zapomnę, co się wtedy u nas działo. Nasz dom oszalał! To wydarzenie, niby dalekie od naszego kraju, było jak świeży powiew i zapowiedź zbliżających się nowych czasów...

***

Niespełna rok później, między 2 a 9 czerwca 1979 roku, przybył z pierwszą wizytą do swojej ojczyzny Jan Paweł II. Jak miliony moich rodaków wędrowałem za papieżem krok w krok. Czy jest ktoś z mojego pokolenia, kto nie pamięta słów, które obudziły cały naród? „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi. Tej Ziemi!” i „Proszę Was, abyście całe to dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością”.

Będąc fizycznie obecnym na spotkaniu z papieżem w Nowym Targu i Krakowie po raz pierwszy zobaczyłem i doświadczyłem, jak nas jest wielu, i jak realnie czuło się powiew zapowiadający wicher historii...

***

A rok później wybuchła Solidarność! Solidarność międzyludzka i związkowa, solidarność serc i umysłów. Solidarność tamtych czasów była piękna, wyjątkowa, niepowtarzalna i bardzo pociągająca. Było nas 10 milionów! 16 miesięcy trwania „Solidarności” to doświadczenie oszołomienia świeżym powietrzem, gdy po latach wreszcie zostały otwarte okna! Cudowny wiatr spontanicznie przeżywanej wolności.

A potem 13 grudnia 1981 r. ówczesny generał zgasił światło i nastała ciemna noc stanu wojennego. Wprowadzono godzinę milicyjną, telefony zamilkły, cenzurowano każdy list prywatny, na kartki było niemal wszystko, a po chleb i 20 deko solonego masła ustawiały się kilometrowe kolejki. Ponad 10 tys. osób zostało internowanych. Nadzieja zgasła i tylko nieliczni w podziemiu drukowali tzw. „bibułę”, siedząc potem w więzieniach za odwagę napisania czegokolwiek poza cenzurą. I tak to trwało siedem lat. Zdawało się, że wiatr historii umilkł na długo.

***

Wreszcie nadszedł rok 1989 poprzedzony nieśmiałymi strajkami w Szczecinie i znakomitym wystąpieniem Lecha Wałęsy podczas debaty telewizyjnej z Alfredem Miodowiczem jesienią 1988. I nastał czas, którego nigdy w historii Polski nie było. Czas nazwany Okrągłym Stołem, kiedy przeciwnicy ideowi i polityczni pomimo wszystkich uprzedzeń i krzywd siedli przy jednym stole, by rozmawiać, jak zmienić rzeczywistość bez przemocy i bez krwi.

Tak zrodził się 4 czerwca, dzień, który rozpoczął bardzo szybki proces przemian demokratycznych nie tylko w Polsce, ale w całym bloku tzw. państw systemu komunistycznego. Dzień, w którym ostatecznie zwyciężyła idea solidarności. To nie upadek Muru Berlińskiego ani aksamitna rewolucja w Czechosłowacji, ani krwawa rewolucja w Rumunii, a właśnie wybory 4 czerwca i poprzedzający je Okrągły Stół nadały rytm i poruszyły całą Europę.

***

Dzisiaj w Polsce wśród wielu moich rodaków i polityków obwiązuje doktryna o tym, że Okrągły Stół i pierwsze częściowo wolne wybory to zdrada narodowa i Targowica. Zupełnie się z takim poglądem nie zgadzam. Mogę zrobić długi i zracjonalizowany wywód, ale wolę mówić o swoim sercu, emocjach i osobistym doświadczeniu.

Nie przez przypadek rozpocząłem artykuł od wspomnień z 1978 roku. Co jest cechą charakterystyczną tej dekady, począwszy od wyboru Jana Pawła II na papieża, poprzez Solidarność i 4 czerwca? Tą cechą wspólną jest SPOTKANIE człowieka z człowiekiem, spotkanie się pomimo trudności i oporów, dialog jako wartość podstawowa we wzajemnych relacjach. 4 czerwca to  poszukiwanie kompromisów, które nie są celem samym w sobie, a otwarciem drogi ku pełnej wolności...

Więc zamiast wielkich rozważań i przekonywania tych, którzy i tak nie dadzą się przekonać, wypowiadam swoje mini świadectwo. Wspominam nasz entuzjazm po nokaucie jaki zaserwował Miodowiczowi Wałęsa w trakcie pamiętnej debaty. Pamiętam naszą koncentrację na obserwowaniu obrad Okrągłego Stołu. Nasz zapał przy powoływaniu Komitetów Obywatelskich „Solidarność” w Nowym Sączu i organizowaniu prawyborów na kandydatów do Sejmu i Senatu. Pamiętam tłum chętnych do prac (oczywiście za darmo!) w komisjach wyborczych.

Nade wszystko odtwarzam w swej pamięci tę niebywałą radość po ogłoszeniu wyników wyborów tamtego dnia. Jakże byliśmy dumni, że w Senacie zasiądzie 99 procent przedstawicieli Komitetów Obywatelskich!

***

Kto nie przeżył tamtych lat, kto nie był żywym świadkiem tamtych wydarzeń, temu trudno zrozumieć, co się dzieje w sercu, kiedy wychodzi się z niewoli. W mojej pamięci 4 czerwca 1989 roku i poprzedzające ten dzień wydarzenia, powodują przyspieszone bicie serca.

Wspominam, jak rankiem 5 czerwca, dzień po oszałamiającym zwycięstwie Komitetów Obywatelskich, po raz pierwszy w życiu, poszedłem do... Komitetu Wojewódzkiego PZPR, by chodzić tam po opustoszałych korytarzach, po „ich” czerwonych dywanach, z głową podniesioną dumnie, w czapce, na której czerwoną farbą napisano „Solidarność”. Czułem wtedy prawdziwy huragan historii. Czułem, że rozpoczyna się zupełnie nowy etap, etap niełatwej, ale najpiękniejszej, a równocześnie najtrudniejszej sprawy, jaką jest WOLNOŚĆ!

***

„O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud dotąd zowie rokiem urodzaju” – napisał wieszcz w Księdze Jedenastej „Pana Tadeusza”. Myślę, że i dziś Adam Mickiewicz mógłby napisać takie słowa o 1989 roku, tylko czy lud ten rok zowie rokiem urodzaju? Czy dzisiaj, 30 lat po obaleniu komunizmu, stać nas na to, aby zasiąść przy wspólnym stole - wszak nie z komunistami! - ale ze swoimi oponentami politycznymi, by porozmawiać o przyszłości Polski? Osobiście wątpię. Niestety.

Leszek Zegzda

 

MAGIK MAŁA

Wypowiedz się w tej sprawie