Raz w roku część Nowego Sącza zmienia swoje oblicze, a w pewnych miejscach przez kilka dni słychać miarowy rytm modlitewnych śpiewów. Do naszego miasta z najdalszych zakątków globu przybywają bowiem tysiące chasydów, by oddać hołd człowiekowi, którego imię do dziś budzi u nich podziw, czyli Chaimowi Halberstamowi.
Okolice synagogi na Starym Mieście oraz cmentarz przy ulicy Rybackiej tętnią życiem, które dla postronnego obserwatora może zdawać się obrazem z innej epoki. To jakby „miasteczko w mieście”. Białe namioty, tymczasowe hotele i rytualne miejsca, które wyrastają niemal z dnia na dzień. Choć ten widok na stałe wpisał się w krajobraz Nowego Sącza, tegoroczna pielgrzymka jest szczególna. Przypada bowiem 150. rocznica śmierci cadyka, co sprawiło, że liczebność pielgrzymów znacznie przekroczyła ubiegłoroczne trzy tysiące. Ortodoksyjni Żydzi w tradycyjnych strojach, z pejsami i w charakterystycznych kapeluszach, nie są tu jednak obcymi. Są żywym echem historii tego miejsca.
Chaim Halberstam, znany jako Diwrej Chaim, nie był jedynie przywódcą religijnym. Był gigantem ducha, mędrcem i filantropem, którego autorytet wykraczał daleko poza ramy judaizmu. W XIX-wiecznym Nowym Sączu szanowali go wszyscy: od ortodoksyjnych żydów po chrześcijańskich sąsiadów.
Słynął z niezwykłej surowości wobec siebie i bezgranicznej empatii wobec innych. Legenda głosi, że co piątek rozdawał biednym wszystko, co posiadał, nie pytając o ich wyznanie. Gdy zmarł, Nowy Sącz pożegnał go jednym z największych pogrzebów w swoich dziejach, łączącym w smutku całą wielokulturową społeczność miasta.
Dlaczego co roku ulica Rybacka zapełnia się tłumem wiernych? Jak co roku wyjaśnia dr Łukasz Połomski z Sądeckiego Sztetlu, kluczem jest „Jorcait”, czyli rocznica śmierci. Według chasydzkich wierzeń, w ten jeden wyjątkowy wieczór dusza cadyka zstępuje z niebios. – Wierzą oni, że Świątobliwy Rebe przychodzi, aby zebrać prośby wiernych i osobiście przedstawić je przed Bożym Tronem – mówi historyk.
Przy ohelu (grobowcu) cadyka ustawiają się kolejki. Ludzie zostawiają tam „kwitłech”, czyli małe karteczki z prośbami o zdrowie, pomyślność i błogosławieństwo. W świetle świec i przy dźwiękach żarliwych modłów, historia sprzed 150 lat staje się znów namacalną teraźniejszością.
Obserwując tegoroczne uroczystości, trudno nie ulec wrażeniu, że Nowy Sącz na te kilka dni staje się stolicą światowego chasydyzmu. Choć dla wielu z nas jest to kultura egzotyczna, warto spojrzeć na nią jak na powrót do korzeni miasta. To czas refleksji nad tym, jak silna może być pamięć o człowieku, który półtora wieku temu uczył mieszkańców Sądecczyzny, że miłosierdzie i szacunek nie mają granic.
Czytaj także: Sądeczanie u stóp Polskiej Jerozolimy. Wyjątkowa relacja z Wielkiego Piątku w Kalwarii Zebrzydowskiej












































































































































































































































