W tym roku DTS obchodzi swoje 15. urodziny. Z tej okazji przypominamy pod rocznicową winietą wybrane archiwalne teksty. Dobrej lektury!
DTS 9 (71) 2012 r.
Rozmowa z jezuitą o. Jackiem Prusakiem, publicystą „Tygodnika Powszechnego”, psychoterapeutą, od ponad roku operariuszem w kościele kolejowym w Nowym Sączu.
– Czuje się ksiądz w Nowym Sączu jak na zesłaniu?
– To było dość powszechne stwierdzenie, gdy tu ponad rok temu przyjechałem. Zostałem wyrwany ze środowiska, w którym spędziłem 10 lat. Ale to nie było zesłanie – nie mieszkam w więzieniu. Niektórzy myślą, że jeśli nie ma tu TVN, Tomasza Lisa, telewizji w ogóle, to już trudno mi będzie się odnaleźć. A przecież ja nie poślubiłem mediów. Mówienie, że jestem na zesłaniu, źle by świadczyło o Nowym Sączu i tutejszych placówkach jezuickich. Widząc, ile tu można robić, nie odebrałem przyjazdu tutaj w ten sposób. Święcenia kapłańskie otrzymałem 11 lat temu, a jeszcze nigdy nie pracowałem w parafii. Pobyt tutaj, poprzez uczenie religii w szkole oraz posługę w parafii, służył nabraniu doświadczenia duszpasterskiego, by lepiej przygotować się do trzeciej probacji, na którą wyjeżdżam wkrótce do Meksyku.
– Jest ksiądz postacią dość kontrowersyjną. Poglądy księdza nie są zawsze dobrze odbierane, szczególnie na religijnej i prawicowej Sądecczyźnie. Z czym przyszło się księdzu tu zmierzyć?
– Tę etykietę przypięto mi kilka lat temu. Nie ma środowiska, które prędzej czy później nie uznałoby mnie za osobę kontrowersyjną, ponieważ nie mieszczę się w sztywnych schematach jakichś grup kościelnych czy politycznych. Już się z tym pogodziłem. Jedyne, co mnie mierzi, to fakt, że te kontrowersje polegają często na zarzucaniu mi rzeczy, których nie robię – bo komuś się wydaje, że ma monopol na przeżywanie wiary i określanie jej dla innych. Trafiłem do parafii bardzo prężnie działającej duszpastersko. Stoi za tym forma religijności, która nie tyle jest mi obca, ile nigdy nie brałem w niej udziału. Mam trochę inną wrażliwość religijną. Moja konfrontacja z nowym miejscem polegała właśnie na próbie zaadaptowania się w środowisku, gdzie religijność miesza się i łączy z tradycją, przekonaniami politycznymi, społecznymi i patriotyzmem.
– Na czym polega ta księdza „inna wrażliwość religijna”?
– Zawsze pracowałem z ludźmi, którzy w swojej wierze mieli dużo pytań bądź w ogóle ją utracili. Byli to najczęściej studenci lub osoby z wyższym wykształceniem. Jeśli przez kilka lat przebywa się w otoczeniu takich ludzi, zupełnie inaczej się nastraja do bycia księdzem. Rzeczy, które tu są oczywiste, dla innych oczywiste nie są. To miało wpływ na styl moich kazań, rozmowy. W Nowym Sączu musiałem się dostroić do nowej rzeczywistości, nie wyrzekając się jednak swoich poglądów: to, jak myślę, to jedno, a co mogę powiedzieć z ambony – drugie. Nie chodzi oczywiście, że czegoś nie wolno mi powiedzieć, albo usprawiedliwiać hipokryzję, tylko o to, że słowa, które kieruję tu do wiernych związane są najczęściej z działalnością kaznodziejską, a nie medialno-publicystyczną.
– Sądeczanie nigdy więc nie będą mieli okazji widzieć księdza grzmiącego z ambony (jak to mają w zwyczaju robić księża w innych parafiach na Sądecczyźnie), że osoby głosujące w wyborach parlamentarnych na Ruch Palikota popełniły grzech i powinny się z tego wyspowiadać.
– Do polityki staram się nie mieszać, co nie znaczy, że nie poruszam w kazaniach kwestii społecznych. Nie zajmuję się jednak oceną polityków czy partii. W ogóle uważam, że „grzmienie z ambony” mija się z celem. Moje kazania mają więc inny charakter. Niemniej powiem, że głosowanie na Palikota przez katolika nie jest sprawą neutralną. Jeśli Palikot domaga się aborcji – i to aborcji na życzenie – to jak mogę, głosując na jego program, pogodzić to ze swoim sumieniem jako katolik? Można postawić z ambony takie pytanie wiernym bez ubliżania im jako osobom.
– Należy ksiądz do kręgu duchownych, którzy chętnie współpracują z mediami i nawet nie odmówi komentarza „Gazecie Wyborczej”. Mówi się o was „księża salonowi”. Czuje się ksiądz celebrytą w sutannie?
– Udzielania się w mediach nie traktowałem jako bycie na salonach, tylko formę obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. A ponieważ misją jezuitów jest „bycie na granicach”, nie unikałem kontaktów ze światem świeckich mediów. Ponieważ niewielu księży funkcjonuje w mediach, otrzymywałem nieraz 20 telefonów dziennie od dziennikarzy. Nawet jeśli próbowałem odmówić komentarza, bo nie czułem się kompetentny, by na dany temat się wypowiadać, odpowiadali: „Nikogo innego nie możemy znaleźć, a potrzebujemy opinii „człowieka Kościoła”, i potrzebujemy ją szybko”. To mogło sprawiać wrażenie mojej nadobecności w mediach. Jako zakonnik miałem łatwiej niż ksiądz diecezjalny, który ma więcej szczebli do przejścia, by uzyskać zgodę przełożonych na wypowiadanie się do mediów.
– Dlaczego tak niewielu księży jest w mediach?
– Sam chciałbym usłyszeć odpowiedź na to pytanie od hierarchów Kościoła. Wydaje mi się, że wśród biskupów jest wciąż duża nieufność do mediów, nastawienie, że kontakt księdza z mediami będzie zmanipulowany , tak by oskarżyć czy ośmieszyć Kościół. To po pierwsze. Po drugie – wielu księży po prostu tego kontaktu się boi, bo nie czują się przygotowani. Chętnie wypowiadają się do mediów katolickich, na swoim podwórku, ale już nastawionych świecko unikają.
– Może cały Kościół boi się mediów?
– Biskup Michalik w jednym ze swoich wywiadów przyznał, iż dużo czasu zajęło mu przekonanie się, że warto, by księża byli obecni w mediach. To nie znaczy, że biskupi nie próbują tego rozwiązać, tworząc raczej lokalne rozgłośnie radiowe i prasę diecezjalną. Tymczasem media publiczne stają się mocno antykościelne i antyklerykalne i jeśli nic się z tym nie robi, pogłębia się jedynie stereotypy. Obecność w mediach rozumiałem jako jeden z elementów bycia jezuitą. Bez tego pewnie szybciej obroniłbym doktorat i nie dostawałbym tak po głowie od ludzi, którzy zawsze sądzą o sobie, że są zatroskani o Kościół.
– Dostaje ksiądz po głowie za poglądy, które śmiało wypowiada. Wielu spośród takich jak ksiądz odeszło z zakonu, nawet z Kościoła. Nie miał ksiądz chwili zawahania, kiedy na przykład psy wieszano na księdzu za niepopularne w kręgach katolików stwierdzenia na temat homoseksualizmu?
– Jestem nie tylko księdzem, ale psychoterapeutą i doktorem psychologii . I w takich kwestiach wychodzi moja druga perspektywa patrzenia na rzeczywistość. Sposób mówienia o homoseksualizmie i agresja, jaka temu towarzyszy w kręgach katolickich, mocno mnie irytuje. Jest oparta na kompletnych stereotypach. Nie mówię tego, by zmieniać czyjeś poglądy czy stanowisko Kościoła. Jako terapeuta i psycholog nie mogłem zachować milczenia. To byłoby jak wyrzut sumienia wobec osób, których byłem terapeutą. Później musiałem się zmierzyć z różnymi zarzutami i oskarżeniami. Jako publicysta poruszam tematy albo trudne doktrynalnie albo niezrozumiałe dla ludzi stojących na obrzeżach Kościoła, albo takie, które bywają najczęściej kwestionowane przez samych katolików. Już z tego powodu narażam się na krytykę, gdyż w Polsce tradycję myli się z tradycjonalizmem, a wiarę z bezrefleksyjnym powtarzaniem Katechizmu. Niektóre środowiska mocno zbulwersowała moja wypowiedź, że cieszyłbym się, gdyby kobiety mogły w Kościele katolickim przyjmować święcenia prezbiteratu. Uznały to za sprzeczne z nauką Kościoła, a ja powiedziałem po prostu, że gdyby Kościół kiedyś taką możliwość uznał, to ja nie miałbym żadnych psychologicznych zahamowań w jej akceptacji. Nie uciekłbym od ołtarza, bo stałaby przy nim kobieta-ksiądz. Zajmowałem się również problematyką antykoncepcji i edukacji seksualnej, bo to są tematy „życiowe” i te elementy nauczania Kościoła, które katolicy najczęściej odrzucają. Nie unikałem również kwestii pedofilii w Kościele, bo znałem takie przypadki z kontaktów duszpasterskich i psychoterapii.
– I jeszcze nie okrzyknięto księdza heretykiem? Zakonnik może mieć odrębne od doktryn Kościoła zdanie?
– W jednym z najbardziej popularnych pism katolickich w Polsce zrobiono ze mnie współczesnego „ksiądz-patriotę”, główne zagrożenie dla jedności Kościoła w kraju. Na niektórych prawicowo-konserwatywnych portalach jestem z definicji ikoną „zepsutego księdza” – ale ta krytyka ma najczęściej podłoże emocjonalne, a nie merytoryczne. Trochę się już z nią oswoiłem, choć czasami poziom agresji skierowany na mnie po prostu mnie boli. Próba szukania przeze mnie języka, który by opisywał sens bycia chrześcijaninem, w sposób zrozumiały dla współczesnej wrażliwości i mentalności, powoduje, że zarzuca mi się liberalizm i progresizm. Nie jestem jednak żadnym heretykiem. Na mnie nie ciąży żadna kara kościelna. Liberała widzą we mnie prawicowi publicyści katoliccy, ale to są ich polityczne ograniczenia, a nie moje przekonania teologiczne. Nie jestem ani tradycjonalistą ani progresistą. A to, że od kilku lat jestem zaangażowany w dialog międzyreligijny, nie czyni ze mnie heretyka.
Wracając więc do poprzedniego pytania. Miałem wątpliwości, czy być księdzem w Polsce skoro wystarczy, że się otworzy usta, a już znajdzie się „kościelny inkwizytor” gotowy do wydania wyroku potępienia . Czasami nachodziły mnie pytania, czy jezuici chcą pracować w Polsce na granicach, czy jedynie pozostać przy zastanych duszpasterstwach i posługach. To nie była jednak kwestia wystąpienia z zakonu, czy porzucenia kapłaństwa, tylko wyjechania za granicę, żeby nie żyć w ustawicznym poczuciu bycia wewnętrznym outsiderem. Od kilku lat odbieram coraz więcej sygnałów, że moja działalność, jako księdza, jest w Polsce potrzebna. I to mnie trzyma. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym ją pełnić nie będąc jezuitą. Więc bardzo trudno zesłać mnie na skazania, co martwi moich „sympatyków”.
Rozmawiała Katarzyna Gajdosz
Fot. Grażyna Makara TP


























































































































































































































