Muzeum socrealizmu w centrum Nowego Sącza

Rozmowa z Markiem Surowiakiem, byłym prezesem sądeckiego PKS, odwołanym ze stanowiska 16 września

wsb3

- Niewiele wiadomo o kulisach Pańskiego odwołania. Rada Nadzorcza PKS wydała tylko krótki komunikat, że Pański program restrukturyzacyjny przynosił firmie straty.

- Myślę, że związkowcy mogliby powiedzieć nawet, iż odwołano najgorszy zarząd przedsiębiorstwa od 60 lat. I to będą całe zarzuty. Z jednej strony potężne, z drugiej nie poparte żadnymi konkretami.

- Bardzo jest Pan pewny swoich racji.

- Już tłumaczę dlaczego. Kiedy obejmowałem PKS ponad rok temu, zastałem tam 3 mln zł długów wymagalnych. To takie długi, które każdy przedsiębiorca może zanieść do sądu i postawić zalegającą firmę w stan upadłości. Przychodząc zastałem firmę, w której przez ostatnie lata nie inwestowano ani w bazę, ani w autobusy. A jak już kupowano jakiś autobus, to dziadostwo za 10-15 tys. zł, w sytuacji kiedy średniej klasy autobus kosztuje 700 tys. zł.

- A może była to po prostu forma oszczędności?

- W takim razie gratuluję sposobu na oszczędności! Dzięki takim ruchom firma odbiegała od konkurencji lokalnej, gdzie trzeba walczyć z busiarzami i na trasach dalekobieżnych. Szwagropol jeździł taczkami, kiedy zaczynał 10 lat temu. Dzisiaj na przystanek PKS podjeżdża jelczem albo autosanem i nikt do niego nie wsiada, bo 15 minut później jedzie Szwagropol mercedesem z biletem w takiej samej cenie. Są dwa powody takiej sytuacji. Pierwszy to komfort tych samochodów, a drugi poważniejszy – czas jazdy. Reguluje go co prawda rozkład jazdy, ale w Szwagropolu jedzie się możliwie szybko do celu, a PKS się toczy, żeby zaoszczędzić na paliwie, bo przecież kierowcy mają swoje auta. Po kilku kursach można spuścić z baku 2-3 kanistry. To zalegalizowana praktyka.

- Ma Pan świadomość, że to mocny zarzut?

- Zderzyłem się ze złodziejstwem w PKS-ie i byłem w szoku! Najgorsze, że jedni kradną paliwo, a drudzy ich bronią. Przecież tam wszyscy wiedzą, że paliwo wycieka. Szacuję, że wycieka dziennie ok. 500 litrów. Nic z tym zrobić nie można, bo natychmiast uaktywniają się działacze związkowi i mówią, że tego pana zwolnić nie można, bo jest członkiem związku. W firmie są na to pisma, mogę podać konkretne nazwiska. W sądeckiem PKS-ie pracuje 281 osób z czego do związków nie należy tylko osiem osób z kierownictwa.

- Związki zawodowe działają w wielu przedsiębiorstwach, ale nie wszędzie odwołuje się z tego powodu zarządy. W stosunku do Pana postawiono konkretny zarzut, iż firma jest nadal na minusie.

- Zgoda, o to się rozbiłem. Po roku i pięciu miesiącach nie udało mi się wyzerować firmy. Trzeba się jednak przyjrzeć dlaczego wdrożone programy naprawcze nie zdążyły przynieść efektu. Programy te mówiły o sferach: organizacyjnej, majątkowej, finansowej i kapitale ludzkim. Jeśli chodzi o ludzi, to zastałem firmę z 390 pracownikami i ponad stu musiało odejść. Organizacyjnie przebudowałem całą strukturę – zwolniłem wszystkich kierowników oprócz głównej księgowej.

- Dlaczego ich Pan zwolnił?

- Bo byli niekompetentni! W wielu przypadkach kierownikami byli szefowie związków zawodowych. Przecież to chore! W normalnych przedsiębiorstwach się tak nie robi, no chyba, że kompetencja danej osoby jest wyjątkowo wysoka. Nowych kierowników przyjąłem na zasadzie otwartego konkursu. Generalnie wpuszczenie nowej osoby do tej firmy przypomina trochę przyjazd podróżnika do amazońskiej wioski odciętej od świata  – poprzedni był tam 30 lat wcześniej. Wszyscy się bronią rękami i nogami przed nowościami.

- Idąc do PKS-u miał Pan świadomość jaką sytuację zastanie?

- Nie. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie przypuszczałem, że w centrum Nowego Sącza, 200 metrów od mojego rodzinnego domu funkcjonuje muzeum socrealizmu. Inaczej tego nie umiem nazwać. Muzeum myślenia i zachowania ludzi, muzeum technologii. Socrealizm zakonserwowany ludźmi, bo średni okres pracy w tej firmie to 29 lat! Tam się nie trafiają nowe twarze.

- W dniu dymisji nazwał Pan organizację pracy PKS-u układem rodzinno-związkowym.

- Dziś bym poszerzył to określenie – to jest układ towarzysko-rodzinno-związkowy. Tam albo ktoś był kierownikiem, albo będzie, jeśli nie jest nim akurat w tej chwili. Karuzela stanowisk nieźle się kręci.

- Spróbujmy inaczej. Skoro wszystkim taki układ odpowiada, to czy spotkał Pan tam choć jedną osobę, która by powiedziała: „Prezesie Surowiak, ma Pan rację, tu trzeba ciąć!”

- Owszem, jest sporo osób, które widzą, że sytuacja w firmie nie jest normalna, ale publicznie i oficjalnie nikt tego powie. Słyszałem takie uwagi: „Przepraszam, ale ja tego głośno nie powiem, bo pracuję tu 30 lat i muszę jakoś żyć”. Rządzi tam od niepamiętnych czasów ekipa związkowa i rozkłada konsekwentnie to przedsiębiorstwo uwłaszczając się w sposób nieprawdopodobny. Ja temu uwłaszczeniu chciałem zapobiec, dlatego stałem się wrogiem.

- Na przykład wypowiedział Pan układ zbiorowy, który związkowcy sobie wywalczyli.

- Bo dawał wszystkim przywileje, które były 300-400 razy wyższe niż daje kodeks pracy! Na przykład od lat co roku o 1,5 procent wzrastała pensja. Dochodzi do takiej sytuacji, że pracownik ma 3 tys. zł podstawy, a z tytułu owego 1,5 procent ma jeszcze 2,5 tysiąca. Ale nie za pracę, tylko dlatego, że spędził w firmie 40 lat. Jeszcze ciekawsze były nagrody jubileuszowe. Po 35 latach pracy, czyli niemal wszyscy pracownicy, dostawało się 800 procent wynagrodzenia miesięcznego. Czyli pracownik brał ekstra 25-30 tys. zł, co dawało rocznie 500-600 tys. zł. Taka była skala tylko tych dodatkowych wynagrodzeń.

- A Pan chciał, żeby załoga biła Panu brawo, kiedy Pan im zabierał pieniądze?

- No dobrze, ale przez takie wydatki firma była pozbawiona możliwości regulowania zobowiązań. Istniało zagrożenie, że nie dostarczą nam paliwa. Zwyczajnie brakowało pieniędzy. Od początku musiałem przesuwać wypłaty, nie miałem na ZUS, na podatki. Nie starczało na obowiązkowe płatności, ale wypłata przywilejów szła pełną parą. Może narażę się tu mediom, ale powiem więcej – zastałem w PKS sytuację, gdzie związki zawodowe otrzymywały wszystkie możliwe gazety codzienne. Każdy z trzech związków osobny pakiet. Trochę się temu nie dziwię, bo co może etatowy związkowiec z pensją 4,5 tys. zł robić przez osiem godzin? To chociaż gazety czyta. Przeciąłem to natychmiast.

- Nie wiem, czy taką decyzją naraził się Pan mediom, ale tym co Pan powiedział, z pewnością naraził się Pan związkom zawodowym.

- Ale jeszcze nie wszystko powiedziałem.

- Czego Pan jeszcze nie powiedział?

- Na przykład tego, że tylko w ubiegłym roku wydano rodzinom pracowników 1043 bezpłatne bilety. Nie jednorazowe bilety, tylko stałe. Można np. na nie jeździć codziennie do Krakowa.

- Pańskim zdaniem nie powinno być takich biletów?

- A pańskim zdaniem powinny być? Jeśli ktoś pracuje w masarni, to znaczy, że jego cała rodzina będzie dostawała kiełbasę za darmo? Wyjaśnię to bardzo obrazowo. Gdyby te tysiąc ludzi jednocześnie wsiadło do autobusów, to zajmą 25 aut, czyli jednego dnia szczelnie wypełniają jedną czwartą taboru PKS. Przywilejów rozkładających tę firmę jest więcej. Od 2001 r. 80 osób miało w jednym z towarzystw ubezpieczeniowych opłacane ubezpieczenie na życie. To koszt ok. 150 zł miesięcznie na osobę. To luksusowe świadczenie. I żeby była jasność – jestem za tworzeniem przywilejów pracowniczych i w poprzednich zakładach sam takie rzeczy ustanawiałem. Ale w normalnej sytuacji finansowej firmy. Żeby do tego doszło, najpierw muszą się zapiąć koszty z przychodami, musimy oddać długi, zacząć inwestować i wtedy dopiero możemy próbować cokolwiek rozdawać. W PKS odwrotnie – żyjemy na kredyt, rozdajemy sobie wszystko, a nie mamy co do lodówki włożyć.

- Załoga pewnie patrzy na tę sytuację inaczej. Przyszedł Surowiak, zaczął zwalniać, odbierać przywileje, więc za co go mamy kochać?

- Ależ nikt nie musi mnie tam kochać. Skoro mnie odwołano, to znaczy, że nienawiść sięgnęła zenitu. Ale nienawiść nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Dzisiaj powiem tak – ta firma jest nie do uratowania! I nie dlatego, że ja stamtąd odszedłem. To jednak dzięki moim kontaktom udało się uzyskać 5 mln zł kredytu, którego część pozwoliła pospłacać zaległe zobowiązania, te sterty faktur, które powoli przykrywał kurz. Dwa miliony przeznaczyłem na inwestycje, które też wzbudziły kontrowersje, bo jak ja śmiałem zacząć budować za milion złotych najnowocześniejszą diagnostykę w Nowym Sączu? Po co to? Ano po to, by próbować zdywersyfikować przychody. Taka diagnostyka to kura znosząca złote jaja. Druga część inwestycji to zakup czterech nowoczesnych autobusów marki volvo, by skutecznie stanąć do konkurencji z prywatnymi przewoźnikami.

- Jaka, Pańskim zdaniem, przyszłość czeka ten zakład?

- Myślę, że likwidacja i prywatyzacja. Bo jeśli nie prywatyzacja to co? Mamy po sąsiedzku przykłady zaoranych zakładów. Choćby Nowomag, który – wydawało się – nie był w stanie upaść, albo Polmozbyt z bliskiej PKS-owie branży motoryzacyjnej. Żeby była jasność – jeśli zniknie PKS, to oprócz dramatu tych ludzki, nic się nie stanie. Przecież nie będzie tak, że ktoś nie dojedzie do pracy, bo PKS przestanie istnieć. Na każdej linii jest konkurencja, która w pięć minut wchłonie pasażerów. Konkurencja jest bardziej mobilna, dwa razy tańsza i dwa razy lepsza.

- A dlaczego udaje się np. Szwagropolowi, to co nie udaje się PKS-owi?

- Bo to prywatna firma. Bez związków zawodowych, które nie rozumieją sytuacji rynkowej, bez przerostów zatrudnienia. Zwolniłem sto osób, ale trzeba zwolnić kolejnych sto. Zastałem w firmie 60 mechaników, dzisiaj jest 30, ale Szwagropol ma tylko pięciu. Ktoś w PKS-ie myślał, że Surowiak porobi sobie trochę porządków i na kolejne dziesięć lat znowu będzie błogi spokój.

- A nie będzie?

- Nie będzie, bo sytuację weryfikuje rynek. W ciągu ostatniego roku kryzys na rynku przewozów towarowych i pasażerskich tak dotknął branżę, że przychody firm transportowych spadły od 25 do 40 procent. Po prostu jest mniej towarów i pasażerów do wożenia i z tym nie ma jak walczyć. Dodatkowo o 30 procent wzrosła cena paliwa. Rozmawiałam z właścicielami Szwagropolu. Co zrobili w tej sytuacji? Obcięli kierowcom wszystkie dodatki, jeżdżą na gołej pensji. Może ktoś sobie wyobrazić taką sytuację w PKS-ie? Związków zawodowych to nie interesuje, oni muszą mieć.

- Żałuje Pan, że się tam znalazł?

- Nie. To ciekawe doświadczenie. Myślałem, że moje 20-letnie funkcjonowanie menedżerskie pokazało mi już wszystko, ale to nie prawda. Takiej sytuacji jeszcze nigdzie nie widziałem. A na własne oczy zobaczyłem muzeum socrealizmu w centrum Nowego Sącza!

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

 

MAGIK MAŁA

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.